Reklama

Spis treści:

  1. Śląski Wersal i romantyczne pejzaże
  2. Czym właściwie jest fine-dining?
  3. Przemysłowa wieża i kulinarny spektakl
  4. Szef kuchni, który wyłamał się ze schematów
  5. Odwiedźcie Pszczynę, bo warto

Wizyta w restauracji Steampunk była dla mnie pierwszą okazją do odwiedzenia Pszczyny. Do „Perły Górnego Śląska” było mi zwykle nie po drodze, bo inne kierunki z jakiegoś powodu zawsze miały pierwszeństwo. Jakże się myliłem, bo przeżyłem tam ucztę nie tylko kulinarną. To po prostu wyjątkowe miasto!

Śląski Wersal i romantyczne pejzaże

Muszę to przyznać – byłem nim zaskoczony. Nie tylko wszechobecną gwarą, którą podsłuchiwałem na malowniczych uliczkach, nie tylko małymi – wciąż działającymi! – sklepikami, ale po prostu jej… magią. Zaskoczył mnie przepiękny i świetnie utrzymany zamek książąt Hochbergów otoczony malowniczym parkiem (są w nim żubry!), zaskoczyła mnie starówka, ale okazało się, że prawdziwa magia kryje się nieco wyżej – na szczycie górującej nad miastem zabytkowej wieży. To tam mieści się Steampunk.

Zamek w Pszczynie
Zamek w Pszczynie to naprawdę romantyczne miejsce. Szczególnie o zachodzie słońca. My jednak zmierzaliśmy dalej. Fot. National Geographic Polska

Czym właściwie jest fine-dining?

Zanim kroki z parku skierujemy do pszczyńskiej gwiazdki Michelin, warto zrozumieć, o co w tym całym fine-diningu w ogóle chodzi. To trochę onieśmielający termin, który kojarzy się ze sztywną atmosferą, mikroskopijnymi porcjami zagubionymi na wielkich talerzach i rachunkiem przyprawiającym o zawrót głowy. Dlaczego więc ludzie z całego świata rezerwują stoliki z wielomiesięcznym wyprzedzeniem i celowo podróżują setki kilometrów do takich miejsc? Bo „nie da się zrozumieć świata bez poznania kuchni”.

Fine-dining to po prostu coś więcej niż zaspokajanie głodu – to kulinarny teatr, podróż przez smaki i sztuka w jadalnej formie. Goście nie przychodzą tu, by po prostu zjeść obiad, ale by przeżyć emocje porównywalne z wizytą w wybitnej galerii czy na świetnym spektaklu. Płacimy za wizjonerstwo szefa kuchni, za niecodzienne połączenia smakowe, których nigdy nie odtworzylibyśmy w domu, i za historię, jaka kryje się za rzemieślniczym produktem. Choć pojedyncze porcje są niewielkie, menu degustacyjne składa się z kilku lub kilkunastu takich dzieł, co w efekcie daje wielogodzinną, niesamowicie nasycającą wszystkie zmysły ucztę. I wspomnienie, które zostaje na długo.

Przemysłowa wieża i kulinarny spektakl

W Pszczynie ten kulinarny teatr odbywa się wysoko nad ziemią. Nad miastem góruje bowiem potężna, ceglana Wodna Wieża. Ten imponujący zabytek stał się domem dla restauracji Steampunk – miejsca, które zdobyło niedawno pierwszą na Śląsku gwiazdkę Michelin (gwiazdkowych restauracji w całej Polsce jest zaledwie 11). Obserwowałem ją z dołu i przełykałem ślinę – nie wiedziałem jeszcze, że za chwilę mam przeżyć coś naprawdę niecodziennego.

Wnętrze wieży to hołd dla epoki rewolucji przemysłowej. Miedź, surowa stal i wielkie zębatki stanowią fenomenalny kontrast dla klasycznego pałacu oddalonego o kilkaset metrów i wprost budzą skojarzenia z dziełami Juliusza Verne’a. Trudno się nie zachwycić, nie tylko widokiem z samej góry.

Wystrój restauracji robi wielkie wrażenie. Fot. Steampunk

Fine-dining w przystępnym wydaniu

Przyznam szczerze – bałem się tej kolacji. To miało być moje pierwsze zderzenie z fine-diningiem, więc sam nie wiedziałem, czego się spodziewać. Pamiętacie jednak, gdy pisałem, że to podróż przez smaki? Przecież żadna podróż nie może się przecież odbyć bez wprawnego kapitana, a ja, wsiadając na okręt Steampunku, szybko poznałem naszego sternika – Ziemowita Owczarza, szefa kuchni.

Miałem okazję zasiąść przy tzw. Chef’s Table, czyli specjalnym stoliku umieszczonym tuż przy samej kuchni. Stamtąd obserwowałem pracę zaledwie kilkuosobowego, starannie dobranego zespołu – podziwiałem ich precyzję, był czas na rozmowy. Moje obawy szybko zostały rozwiane – szef pieczołowicie, szczerze opowiadał nam o wszystkich daniach, sugerował w jakiej kolejności je jeść czy jak się do nich zabrać, by zrozumieć pełnię smaku. Czułem się otoczony opieką, a nasz metaforyczny, kulinarny statek łagodnie i przyjemnie sunął przez fale.

zespół restauracji Steampunk
Zespół restauracji Steampunk i szef kuchni Ziemowit Owczarz (trzeci od prawej) czuwają, by wszyscy goście byli otoczeni taką samą opieką. Fot. Steampunk

Moja kolacja składała się z 9 dań, ale nie będę wam zdradzać szczegółów – nie chcę psuć niespodzianki. W zaufaniu powiem tylko, że warto lubić ryby i wszystko to, co żyje w morzu… chociaż jeden z moich kompanów był ich zdecydowanym przeciwnikiem, a i tak był zachwycony. To cała magia Owczarza – pokazać nam, że nawet smaki, które do tej pory nie były naszymi faworytami, mogą fantastycznie zagrać w odpowiednim połączeniu. Jadłem kawior wprost z dłoni, jadłem lody ze szparagów czy jagnięcinę. Smakowałem dań, na które w życiu bym nie wpadł. No i wino, to wino…

Ziemowit Owczarz
Po lewej polski kawior jedzony wprost z dłoni, a po prawej Ziemowit Owczarz przy pracy. Ekscytacja na twarzach gości była ogromna. Fot. National Geographic Polska

Szef kuchni, który wyłamał się ze schematów

Przyznanie gwiazdki Steampunkowi było zaskoczeniem wyłącznie w innych częściach Polski. Przy stoliku od jednego z gości padło zdanie: „Jeśli Steampunk nie dostałby tej gwiazdki, to nie wiem, kto powinien ją dostać”. Mieszkańcy Górnego Śląska spodziewali się, że kunszt Ziemowita Owczarza zostanie doceniony.

Jego droga do prestiżowego wyróżnienia jest niezwykle fascynująca, bo kompletnie zrywa ze schematami utartymi w branży gastronomicznej.

– Nigdy nie pracowałem w restauracji za granicą, nigdy też nie byłem w restauracji wyróżnionej gwiazdką Michelin – zdradza mi szef kuchni, lekko się uśmiechając. Brak wielkich, europejskich staży nie przeszkodził mu w zdobyciu kulinarnego Mount Everestu.

Ogromny szacunek do produktu przejął od swojej… mamy. Jak sam wspomina, wszystko zaczęło się w domu rodzinnym, gdzie niezwykle rygorystycznie podchodziła do zdrowego żywienia czy jakości jedzenia – wyeliminowała z diety np. mięso. Chociaż sam Owczarz korzysta z niego w swojej kuchni, to nie zapomina o swojej przeszłości. I tego, skąd pochodzi, bo kuchnia śląska odbija się echem w jego daniach, nawet jeśli mają one azjatycki sznyt.

Odwiedźcie Pszczynę, bo warto

Mam nadzieję, że przyznanie restauracji Steampunk gwiazdki Michelin stanie się dla wielu przyczynkiem do tego, by odwiedzić „Perłę Górnego Śląska” i ściągnie tam tych, którzy – tak jak i ja – do tej pory omijali to magiczne miasto. Śląski Wersal ma wiele do zaoferowania – połączenie historycznego piękna, natury i wyjątkowego klimatu z kulinarnym rzemiosłem to doświadczenie kompletne. Zdecydowanie warto zarezerwować tu stolik. I nocleg, żeby w pełni doświadczyć miasta!

Pszczyna
Pszczyna naprawdę jest warta odwiedzenia. To piękne miasto zdecydowanie zasługuje na miano „Perły Górnego Śląska”! Fot. Marcin Cyran/Muzeum Zamkowe w Pszczynie

Źródło: National Geographic Polska

Nasz autor

Jonasz Przybył

Redaktor i dziennikarz związany wcześniej m.in. z przyrodniczą gałęzią Wydawnictwa Naukowego PWN, autor wielu tekstów publicystycznych i specjalistycznych. W National Geographic skupia się głównie na tematach dotyczących środowiska naturalnego, historycznych i kulturowych. Prywatnie muzyk: gra na perkusji i na handpanie. Interesuje go historia średniowiecza oraz socjologia, szczególnie zagadnienia dotyczące funkcjonowania społeczeństw i wyzwań, jakie stawia przed nimi XXI wiek.
Jonasz Przybył
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...