Najdalej na północ. Tam, gdzie rządzą niedźwiedzie – artykuł nagrodzony w konkursie Travelera
Artykuł Katarzyny Gierycz o Longyearbyen – najbardziej na północ wysuniętym mieście świata – znalazł się w gronie wyróżnionych prac w konkursie „Zostań Autorem National Geographic Traveler”, zorganizowanym z okazji 20-lecia magazynu.

- Katarzyna Gierycz
Spis treści:
Longyearbyen. Kolorowe, niegdyś górnicze miasto wciśnięte między czysty błękit arktycznego morza a wysokie góry fiordu. Wrośnięte w surową tkankę tundry. Miasto hen na północnym krańcu świata, dumne ze swego 78 równoleżnika. Bijące rekordy bycia „naj”: najdalszy bar północy, kościół, sklep, fortepian... i samo, zamieszkane miasto. Bo choć istnieją inne, położone dalej – pozostają widmami: niemymi, opuszczonymi świadkami kopalnianej, minionej świetności.
Miasto bez korzeni
Jeden supermarket, parę sklepów, kilka barów i restauracji. Mały port i życie zawieszone między morzem a górami. Kilka, nieczynnych już, kopalni wokół. Nie można się tu urodzić i nie można być pogrzebanym. Nie można być biednym, ale i bogactwo nie rzuca się w oczy. Lepiej być młodym i zdrowym – do szpitala jest ponad 1000 km. Wodą.
Trudno się przywiązywać. Niedługo może wyjechać on albo ja. Za miesiąc, dwa, rok albo kilka lat będą tu zupełnie nowi ludzie. Z innych krajów, z innych światów. Niewielu zostaje na dłużej. Tylko pięć rodzin ma szansę usiąść do stołu w trzy pokolenia. Większość przeżyje noc i dzień polarny najwyżej kilka razy i wróci „do siebie” – jednego z 60 krajów pochodzenia mieszkańców wyspy. Codzienność Svalbardu nie jest łatwa.
Arktyka nie pachnie morzem
Lipiec 2025. Właśnie przylecieliśmy. Pierwsze, co uderza to cisza i przestrzeń. Zmysły starają się dostroić do miejsca nieoczekiwanego i jakby wytłumionego. Nos też nie ma o co się zaczepić. Nawet nie pachnie tutaj morzem. Uderza brak słono-rybnego zapachu wybrzeża. Nie ma kutrów rybackich. Jednostki, które stoją w porcie nie służą gastronomii. Wiele z nich to statki badawcze, ale większość to rozmaitej wielkości łodzie turystyczne. Pozwalają doświadczyć „arktycznej przygody”.
Turyści z południowej części globu, bo przecież trudno znaleźć tutaj innych, złaknieni są podbiegunowych doświadczeń. Złaknieni widoku lodowców i zwierząt polarnych, z niedźwiedziem na czele. Aby go zobaczyć gotowi są na wiele. Nadzieja zobaczenia króla Arktyki pomaga znosić targanie zimnym wiatrem, zmienną pogodę oraz uporczywe „wypatrywanie” oczu w rytmie gwałtownego czasem bujania łodzi. Teoretycznie łatwiej mają odwiedzający Svalbard w czasie krótkiego lata. Tundra mieniąca się zielenią, przetykaną kolorami kwiatów, brązem oraz złotem, stanowi lepsze tło niż śnieg. Ale natura bywa kapryśna.
Pokazywanie elementu 1 z 4









Zobaczenie misia – chociaż więcej ich tu niż ludzi – wcale nie jest proste. Podobnie innych wielkich, dosłownie i w przenośni, bohaterów tego miejsca: wielorybów. Bywają tu. Można zobaczyć płetwala błękitnego, ale trzeba mieć szczęście. Nie dlatego, że ich w sezonie mało, ale dlatego, że skala tego miejsca przerasta nasze, przesiąknięte cywilizacją, wyobrażenia.
Tu wygrywa natura
Svalbard wymaga innej miary. Wielkie są połacie pustych dolin czy grzbietów górskich, wielkie są lodowce i ogromny jest bezmiar otaczających archipelag wód. Trudno od razu zrozumieć, że nawet 30-metrowe olbrzymy mają gdzie się ukryć. Niełatwo pojąć, że 3000 niedźwiedzi ma wystarczająco dużo miejsca, by nie być stale „do dyspozycji” i nie zważać na spragnione wrażeń turystyczne oczy.
Svalbard uczy szacunku do przyrody, do jej niezależności. Natura zderza się z wolą człowieka. I wygrywa. Stajemy się gośćmi, a nie panami. Musimy się dostroić i – często – wyjechać z niespełnionymi marzeniami. Nie dopiąć swego? Nie zobaczyć upragnionych zwierząt, nie mieć zdjęć, nigdzie ich nie zamieścić? Zaakceptować, że komuś innemu, chwilę wcześniej lub później jednak się udało? Dzisiejszy człowiek nie bardzo to lubi. Trudno nam znosić porażki i być cierpliwym. Ale… Svalbard wymaga innej miary. Tutaj zwalnia czas i zasad nie dyktuje człowiek.
Na szczęście – na pocieszenie? – wystarczy przejść się po kolorowym Longyearbyen, by zobaczyć wiele zwierząt. W lecie napotkamy niezliczoną ilość gniazdujących ptaków, a przez cały rok śmieszne, nieduże svalbardzkie renifery pasące się spokojnie pomiędzy domami. Zobaczymy też najpewniej, przemykającego gdzieś chyłkiem, lisa polarnego.
Znak ostrzegawczy na końcu chodnika
W lipcu na zwiedzanie mamy dużo czasu. Dzień trwa całą dobę i organizm wariuje. Spacery o północy, w jasnym słońcu, nie są niczym dziwnym. Przynajmniej na początku. Chodzimy więc dużo, ale, niestety, nie daleko. Z każdej strony miasta granicę wyznacza charakterystyczny znak: niedźwiedź na tle trójkąta ostrzegawczego. Dalej nie można iść bez broni. Koniec samodzielnej przechadzki w tę stronę, chociaż nogi i serce rwą się do zachwycających krajobrazów i przestrzeni w dolinie. Dalsza droga jedynie z przewodnikiem z bronią. Kolejny raz to turysta musi się podporządkować. Zaakceptować warunki.
Znowu zmienia się pogoda, plamy słońca wyłaniają się zza chmur to tu, to tam. Rozjaśniona tundra mieni się barwami, a w oddali widać skąpane w błękicie morza i powietrza białe szyty gór. Prosta i zarazem piękna surowość krajobrazu zapiera dech w piersi. Aż zatyka wolnością. Zwłaszcza, że zaczyna znowu wiać, co przy dobrym ubraniu zupełnie nie przeszkadza. Wiatr omiata twarze i myśli. Pomaga przewietrzyć się. Przewietrzyć ciało i ducha. Poustawiać priorytety.
Źródło: National Geographic Traveler
Z okazji 20-lecia polskiej edycji „National Geographic Traveler” redakcja zaprosiła czytelników do udziału w wyjątkowym konkursie. Chętni opowiedzieli nam o miejscach, które zachwycają, poruszają lub zmieniają sposób patrzenia na świat, a najlepsze z tych historii trafią na łamy magazynu i stronę internetową.

