Haiti oddziałuje na wyobraźnię, jak mało które miejsce na świecie. Wydaje się mieścić w sobie z jednej strony pewien magiczny i nadprzyrodzony ładunek, a z drugiej niejasną i niepokojącą reputację, która nęci i hipnotyzuje. Do konfrontacji z haitańską rzeczywistością należy dobrze się przygotować. Bieda wydaje się tu być permanentna.

Z miejscowości SOSUA wyruszamy bladym świtem, aby dotrzeć do granicy jeszcze przed południowym żarem z nieba. Mimo wczesnej pory, na trasie panuje podejrzanie wzmożony ruch, zwłaszcza na odcinku z PUERTO PLATA do NAVARRETE. Od czasów dyktatury Rafaela Trujillo, który sprawował na wyspie rządy oparte na terrorze i wyrafinowanych torturach, droga pozostaje niedokończoną autostradą. Osobom o słabych nerwach zalecamy drzemkę: niech lepiej nie oglądają kierowców – torreadorów szos, którzy z nogą na gazie, regularnie wymijają „na trzeciego”. W miejscowości ESPERANZA (hiszp. nadzieja), w lokalnym comedorze, czyli jadłodalni nadzieję zamieniamy na obfite, tutejsze śniadanie. Ruszamy dalej, docierając do miasta MAO (żadnych nawiązań do „Wielkiego Sternika” komunistycznych Chin też nie odnajdujemy), a potem pędzimy zjawiskową Valle del Cibao, doliną gdzie rozległe ryżowe pola sąsiadują z plantacjami zielonych bananów i tytoniu. W LOMA DE CABRERA czujemy już oddech Haiti. To najbiedniejszy kraj półkuli zachodniej, zajmujący jedną trzecią wyspy o tej samej nazwie (pozostała jej część należy do Dominikany, drugiego po Kubie, największego państwa na Morzu Karaibskim).
– W tym kraju  nie znajdziecie wielu drzew  – słyszymy ochrypły głos Dominikańczyka seniora, który dosiada się w Restauración i towarzyszy nam w podróży po Haiti trzęsącym się busem. Jak to możliwe, aby naturalna, zielona granica tak gwałtownie się kończyła? Po stronie dominikańskiej – zielono. I nagle – po stronie haitańskiej – jedynie wypalone słońcem wzgórza. Widzimy obnażony ląd, gdzie ledwie rosną pojedyncze drzewa (przeważnie kwitnących mangowców). To efekt rabunkowej gospodarki, w wyniku której większość z nich wycięto, przeznaczając je na opał. Pokonujemy ostatnie kilometry w strefie przygranicznej, gdzie dwukrotnie zatrzymuje nas uzbrojona po zęby kontrola. Docieramy do haitańskiej wioski TILORY.
Wszędzie wdziera się pył jałowej ziemi. Wnika przez otwarte na oścież okna. Mielimy go w ustach. Osiada na ubraniu, sandałach i sprzęcie fotograficznym. Pojawia się pierwszy autochton. Na chudym ramieniu niesie zniszczony, płócienny worek. Gdy widzi nasz pojazd, wyciąga dłoń w jego kierunku, prostuje ramię na całą długość i prosi:
 – Dajcie! Chwilę później wjeżdżamy w niepoliczalny tłum czarnych jak smoła ludzi. Czujemy się niczym kokosowe wiórki na ciemnym cieście – murzynku. Parkujemy w epicentrum ruchliwego i hałaśliwego targowiska, gdzie osacza nas mrowie chwiejących się  straganów i prowizorycznych kramów, rozłożonych wprost na ziemi. Zupełnie, jakby zapomniany afrykański lud sprzed wieków rzucić na Karaiby wraz z balastem piekielnego upału, który wyciska z człowieka ostatnie poty.
Raz w tygodniu Haitańczycy z okolicznych wiosek ściągają do Tilory, aby wymienić towary. Dominikańczycy przekraczają granicę w tym samym celu. Handel przebiega tu intensywnie i raczej na zasadzie barteru „ty mi zielone banany, ja tobie czarną fasolę”. To niepowtarzalna okazja, aby w tej wyludnionej okolicy zakosztować klimatu haitańskiej prowincji. Najpierw jednak musimy uwolnić się od zgrai młodocianych wyrostków, natarczywie próbujących cokolwiek wyłudzić.



Wioska rozłożona jest na niewielkim wzniesieniu, a pojedyncze domostwa oddzielają zbite żywopłoty z poskręcanych kaktusów. Haitańczycy, których mijamy, pozornie prezentują się dość nieprzyjaźnie. Kreolski język, którym mówią, brzmi tak, jakby właśnie rzucano czary. Nasz niewinny żart pod adresem muła objuczonego maniokiem wywołuje pewną niejednoznaczną sytuację, podczas której kilkakrotnie pada słowo voodoo. Złowróżbna aura towarzysząca temu ludowemu kultowi, będącego mieszanką religii afrykańskiej i katolickiej, sprawia, że czujemy się co najmniej nieswojo. Napięcie rozładowuje kolejna sfora dzieciaków, która ciągnie nas w stronę przybytku wyniośle opisanego: Klinik Tilory. Ten niewielki, betonowy budynek w stanie surowym ściąga wolontariuszy z wielu krajów świata. Podobnie jak i pobliski, pękający w szwach sierociniec zapewniający bezdomnym maluchom jedną strawę i opiekę tylko w ciągu dnia. Natomiast po zmroku muszą radzić sobie same, co zważywszy na wiek wychowanków, wydaje się szokujące.
W Tilory działa również szkoła, z której dobiegają kreolskie słowa do melodii swojskiego: Panie Janie. Roczny koszt nauki haitańskiego dziecka wynosi 10 dolarów. To równowartość ceny dwóch kiczowatych laleczek voodoo z bazaru.  Wprost ze szkoły wpadamy do zagrody pełnej czarno-białych kóz. Okazuje się, że na zaimprowizowanej arenie walczą dwa zadziorne koguty, a wygniecione banknoty przechodzą z ręki do ręki. Przez moment przyglądamy się tym bojowym ptakom, po czym żwirowym traktem schodzimy do szosy, która wiedzie do Port-au-Prince...
Do haitańskiej stolicy celowo nie zamierzamy dojechać. Okresy krwawych dyktatur, nieudolnych rządów, skorumpowanych do cna politykówi powracających rebelii prowokowanych przez żądnych władzy przywódców gangów mocno odbiły się na kondycji tej, niegdyś uroczej, karaibskiej metropolii. Obecnie stacjonują w niej pokojowe oddziały ONZ. Haitańczycy z wiosek oddalonych o dziesiątki kilometrów od Port-au-Prince sprawiają wrażenie nieświadomych tego, co się tam dzieje. Pozorną łączność ze stolicą ich kraju podkreślają licznie rozmieszczone, wyblakłe plakaty wyborcze. Nie wiadomo tylko, których wyborów dotyczą.  Już tyle ich tu było... Życie mimo dojmującego ubóstwa płynie tam barwnie i wypełnione jest pulsującym rytmem tradycyjnych, ludowych bębnów, jak i rytmem szorstkiego hip-hopu rodem z Nowego Jorku. Haitański świat budują skrajne kontrasty. Obok połyskującego w słońcu sprzętu high-tech, kto wie, czy nie z kontrabandy, ryje w spieczonej ziemi czarny warchlak. Kobiety  śmigają na zakurzonej motorynce  w stroju żywcem wyjętym z latynoskiego tasiemca  o niewolnicy Isaurze. Prawdziwą esencję Haiti wychwytują malunki tutejszych ludowych artystów, którzy na niezliczonych płótnach rozwijają dobrze kojarzoną w świecie, haitańską sztukę naiwną. Dzieła te łączą w sobie wolę życia, „smutek tropiku” z typową dla tego kraju aurą nieprzewidywalności. Aurą, która czyni go ciekawym i na swój sposób wartym odkrycia.


NO TO W DROGĘ ■ Państwo, które obejmuje zachodnią część wyspy Haiti (kiedyś Hispaniola) na Morzu Karaibskim w archipelagu Wielkich Antyli. Graniczy z Dominikaną, najbiedniejszy kraj półkuli zachodniej.
■ Powierzchnia: 27 750 km2,
ludność 7,5 mln, języki: francuski i kreolski.
■ Stolica – Port-au-Prince. ■ Panuje tu klimat tropikalny, półsuchy w miejscach, gdzie góry zasłaniają drogę przed pasatami. Występują tu dwie pory deszczowe trwające od kwietnia do czerwca i od października do listopada. ■ Nie jest wymagana przy pobytach turystycznych do 90 dni. ■  Najszybciej liniami Air France z międzylądowaniem w Paryżu. Bilet w obie strony od 3 700 zł. ■ Port Salut Beach House Bar and Grill, Port Salut, Bois Butteau, Pointe Sable, pokój 2–os. ze wspólną łazienką od 15 zł.
■ Coconut Villa Hotel Haiti***, Delmas 19 , Port-au-Prince, cena pokoju 2–os. od 200 zł.
www.coconutvillahotel.com ■ Znakomite połączenie kuchni afrykańskiej i francuskiej. Warto spróbować habichuelas con dulce - potrawy z fasoli na słodko, tortilla de huevos y papas – placka z jajkami i ziemniakami, mangú de plátano – purée z gotowanych bananów, omletu z grzybami djon djon, jus de patate – potrawy ze słodkich ziemniaków – batatów. ■ Zakaz wwożenia i posiadania jakichkolwiek narkotyków. Kary przewidziane za naruszenie tych przepisów są bardzo surowe.
■ Lepiej unikać wszelkich zgromadzeń i demonstracji, w szczególności o charakterze politycznym.
■ Zdarzają się porwania dla okupu, napady z bronią w ręku, jak również strzelaniny, szczególnie
w stolicy kraju.
■ Stan dróg jest zły, nie ma zorganizowanej pomocy drogowej.
■ Turyści fotografujący mieszkańców bez ich zgody mogą spotkać się z agresywnymi reakcjami.
■ Uwaga na pająki – w tamtejszych lasach są tarantule wielkości ponad 30 cm. Wprawdzie ich jad nie zabija, ale może spowodować osłabienie organizmu. ■ 1 stycznia – Rocznica ogłoszenia niepodległości. W 1804 r. Haiti stało się pierwszym niepodleg-łym państwem na Karaibach.
■ 7 kwietnia  – Rocznica śmierci Toussaint L’Ouverture’a (1803), jednego z przywódców powstania na Haiti przeciwko francuskim rządom kolonialnym.
■ 17 października – Rocznica śmierci Jean-Jacques’a Dessalines (1806 r.), pierwszego władcy niepodległego Haiti.
■ 11 listopada – Rocznica zwycięstwa Haitańczyków nad Francuzami w bitwie pod Vertires.
■ 5 grudnia – Święto Odkrycia Haiti przez Krzysztofa Kolumba
(pierwsza wyprawa w 1492 r.). ■ Warto kupić i spróbować curacao. Jest to likier pomarańczowy produkowany ze skórek pomarańczy (głównie na Haiti). Jego odmiany: najmocniejszy (do 40%), wytrawny i bezbarwny Curaçao Sec i Curaçao Triple Sec, pomarańczowy (30%) Red Orange i zielony lub niebieski Curaçao Blue.
■ Produkują tu piłki do bejsbola. ■ Pierożek – empanada 1 zł, sok ze świeżo wyciśniętych, tropikalnych owoców – na ulicy 1,5 zł, w  lokalu 3,70 zł. Butelka wody mineralnej 70 gr–1 zł (0,5 l). Świeże mango 70 gr – 1,80 zł. Drink: rum z limonetą – 6,5 zł. Filiżanka kawy już od 50 gr. Balsam do opalania z filtrem od 22,50 zł.  Klapki plażowe w podobnej cenie (w supermarketach 100 proc. droższe). www.haititourisme.org
www.haiti-news.com