Ateny na weekend. W tym mieście najlepiej chodzić tak, jak greckie koty: własnymi ścieżkami
Stojąc na Placu Syntagma, w samym sercu miasta, czuję intensywny, słodko-gorzki zapach. Jest świdrujący, niemal odurzający. To nerantzia – gorzkie pomarańcze, które o tej porze roku spadają na ateńskie chodniki, rozgniatane przez tysiące butów przechodniów i kół pędzących skuterów. Nikt ich nie zbiera, nikt ich nie je, bo są zbyt cierpkie, ale dla mnie to właśnie one, a nie oliwa czy tymianek, są prawdziwym zapachem ateńskiej zimy. Ta woń owoców rosnących na betonie, uparcie trwających w szczelinach pękniętych płyt chodnikowych.

Spis treści:
- Fascynująca mieszanka
- Tam, gdzie toczy się prawdziwe życie
- Antyki, słońce i sztuka (po)wolności
- Teatr codzienności
- Kulinarny archeolog w podziemiu
- Ateny – informacje praktyczne
Choć nad Atenami niezmiennie góruje Akropol – wieczny, marmurowy punkt odniesienia, który od tysiącleci definiuje to miasto – tym razem postanowiłem odwrócić od niego wzrok. I pochodzić po mieście własnymi ścieżkami niczym ateńskie koty – niespiesznie, z ciekawością, zaglądając w nieoczywiste zaułki. Bez mapy, instynktownie skręcając tam, gdzie wabił mnie zapach jedzenia lub gwar toczących się przy stolikach rozmów.
Fascynująca mieszanka
Uciekając w piątkowe popołudnie z mroźnej, szarej Polski, wylądowałem w objęciach ateńskiego przedwiośnia. Pogoda była kapryśna – raz ostre słońce, raz gwałtowne ulewy zamieniające wyślizgane, marmurowe chodniki w zdradliwe lodowiska – ale termometry pokazywały upragnione piętnaście stopni na plusie! Zamieszkałem w hotelu InnAthens, ukrytym w cichym pasażu, zaledwie kilkaset metrów od budynku parlamentu. To doskonały punkt startowy, bo tuż obok, przed Grobem Nieznanego Żołnierza, wartę pełnią gwardziści Evzones. Ich charakterystyczne spódnice (fustanella) mają dokładnie 400 plis – po jednej na każdy rok tureckiej niewoli – a podkute buty z pomponami ważą po półtora kilograma każdy, przez co ich krok podczas zmiany warty słychać wyraźnie niemal w całej okolicy.
Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, malując miasto słynnym, attyckim światłem – ostrym, a jednocześnie miękkim – ruszyłem w stronę Plaki. To najstarsza dzielnica Aten, często niesłusznie sprowadzana przez turystów jedynie do roli tła dla sklepików z pamiątkami. Tymczasem Plaka jest archiwum ateńskiej duszy, labiryntem, w którym historia nawarstwia się jak geologiczne pokłady.
Szedłem brukowanymi uliczkami Kydathineon i Tripodon – tą drugą chodzili już starożytni ateńczycy, udając się do teatru Dionizosa. Dziś Plaka to fascynująca mieszanka: neoklasycystyczne rezydencje z XIX wieku, pomalowane w ciepłe barwy ochry, terakoty i sjeny, sąsiadują tu z ruinami z czasów rzymskich i małymi, bizantyjskimi kościółkami, które wyglądają jak wciśnięte siłą między nowszą zabudowę. Nad głowami plączą się pnącza bugenwilli i jaśminu, które nawet zimą dają obietnicę zieleni. To „Dzielnica Bogów”, ale i ludzi, którzy od wieków żyją tu w cieniu Akropolu, wieszając pranie na balkonach z kutego żelaza, tuż nad głowami przechodniów.

Wierny zasadzie, że do tawerny karmiącej jak matka wraca się regularnie, pierwszy wieczór spędziłem w „To Kafeneio” przy ulicy Epicharmou 1, gdzie bywałem już wcześniej. I której atmosfera bardzo mi odpowiada. Przytulna restauracja z kominkiem, wygodnymi ławami z poduchami oraz kelnerami wyglądającymi niczym figury greckich bogów, które zeszły z cokołów, znajduje się w historycznym, 400-letnim budynku pamiętającym czasy panowania osmańskiego i narodziny niepodległej Grecji.
Przy ogniu buzującym w kominku zamówiłem klasykę: aromatyczne wołowe klopsiki w gęstym sosie pomidorowym i kieliszek domowego wina. Siedząc w cieple, otoczony gwarem greckich rozmów, delektując się tym co miałem na talerzu, poczułem błogi spokój, którego tak bardzo mi brakowało.
Tam, gdzie toczy się prawdziwe życie
Sobotni poranek przeznaczyłem na poznanie miejsc, do których turyści zaglądają rzadziej. Idąc w stronę dzielnicy Exarchia, mijałem niekończące się rzędy bloków mieszkalnych. To polykatoikia – architektoniczny symbol współczesnych Aten, betonowe wielorodzinne budynki, z charakterystycznymi ciągami balkonów osłoniętych markizami (zwanymi tentes), które zdominowały panoramę miasta po II wojnie światowej. Dla jednych są symbolem chaosu i „betonowego morza”, dla innych – genialnym rozwiązaniem, które pozwoliło milionom Greków znaleźć dom w stolicy. To w polykatoikii toczy się prawdziwe życie: na balkonach suszy się pranie, starsi ludzie grają w karty, a sąsiedzi przekrzykują się nad ulicą. Bez zrozumienia tych betonowych uli, nie zrozumie się Aten.
Gdy dotarłem do Exarchii, miasto pokazało swoją „pomazaną” twarz. Graffiti jest tu wszędzie. Nie jest to jednak bezmyślny wandalizm, ale kronika bólu i buntu. Eksplozja street artu nastąpiła po 2008 roku, w momencie wielkiego kryzysu ekonomicznego i zamieszek po śmierci nastolatka Aleksandrosa Grigoropulosa. Ściany w Exarchii krzyczą. Obrazy wychudzonych dzieci, zaciśnięte pięści, polityczne hasła i surrealistyczne wizje lepszego świata pokrywają każdy centymetr muru. Grecy, naród o gorącej krwi, nie potrafią milczeć. Kiedyś debatowali na Agorze, dziś debatują sprayem na betonie. To dowód na to, że Ateny to żywy organizm, który wciąż walczy o swoją tożsamość. – Skoro nie chcą nas słuchać politycy, to wysłuchują ściany – usłyszałem od przechodnia, który najpierw przyglądał mi się z uważnością, gdy fotografowałem zapisane elewacje, by wreszcie podejść i zamienić kilka słów.

Po południu szukając ukojenia po dawce miejskiej ekspresji, trafiłem do Anafiotiki. To chyba najbardziej niezwykłe miejsce w Atenach – architektoniczny paradoks i „wyspa na lądzie”. W połowie XIX wieku król Otton sprowadził do stolicy najlepszych budowniczych z cykladzkiej wyspy Anafi, by wznieśli jego pałac. Ci, tęskniąc za domem, zbudowali sobie własną osadę na północnym zboczu Akropolu, nielegalnie, pod osłoną nocy. Wchodząc tu, ma się wrażenie teleportacji. Znikają betonowe bloki i hałas miasta. Wąskie, kręte ścieżki, na których z trudem mijają się dwie osoby, biegną między malutkimi, bielonymi wapnem domkami o płaskich dachach. Okiennice są błękitne, w donicach (często zrobionych ze starych puszek po oliwie) rosną zioła, a na każdym murku wygrzewają się koty. To enklawa absolutnej ciszy i spokoju, zawieszona między niebem a betonowym morzem miasta w dole.
Wieczorem, pełen wrażeń, wróciłem do „To Kafeneio”. Tym razem na stole wylądowały wybitne dolmades – ręcznie robione gołąbki w liściach winogron. Znów było mi dobrze, jak u mamy.
Antyki, słońce i sztuka (po)wolności
W niedzielę obudziło mnie słońce wdzierające się bezczelnie przez okna hotelowego pokoju. Niebo miało ten odcień głębokiego, nasyconego błękitu, który zna się z greckich pocztówek. Pogoda była perfekcyjna – pełne słońce i rześkie, ale ciepłe powietrze, które sprawia, że po prostu chce się żyć.
Dzień rozpocząłem od wizyty na Placu Avissinias na Monastiraki, który w niedziele zmienia się w pchli targ Yusurum. W promieniach słońca stare, mosiężne lampy naftowe lśniły jak złoto, a winyle z muzyką rembetika (greckiego bluesa) wyglądały jak czarne lustra. Na chodniki wylała się historia miasta wyciągnięta z zakurzonych strychów: zaśniedziałe klamki, porcelanowe filiżanki i pożółkłe fotografie. W tym chaosie panuje jednak metoda. Ateńczycy przychodzą tu nie tylko kupować, ale dotykać przedmiotów, targować się dla samego sportu i rozmawiać ze sprzedawcami.
Obserwując ten spektakl znad filiżanki freddo espresso w Café Avissinia, zrozumiałem sedno greckiego stylu życia. Kawa nie jest tu paliwem, ale celebracją chwili. Widać to w starych kafenio, gdzie mężczyźni godzinami dyskutują nad jednym napojem, przesuwając w dłoniach paciorki komboloi – nie po to, by się modlić, ale by zająć ręce i uspokoić myśli.
Nasycony kofeiną, ruszyłem przed siebie bez konkretnego celu. Szedłem, po prostu ciesząc się życiem. To był ten rzadki moment absolutnego szczęścia, kiedy nie musisz nigdzie biec, niczego załatwiać. Napawałem się grecką pogodą, chłonąc ciepło, tak deficytowe w polskim lutym. Łapałem się na tym, że idąc ulicą, uśmiecham się sam do siebie – do ludzi, do zapachów, do tego światła.
Dotarłem m.in. do dzielnicy Psyri. W tygodniu pełna hałasu i rzemieślniczego stukania młotków, w to słoneczne niedzielne popołudnie odsłaniała swoje ciche, artystyczne oblicze. Mijałem zamknięte warsztaty szewców i kaletników, zaglądając przez witryny do małych pracowni, gdzie w tygodniu powstają ręcznie robione sandały i wiklinowe krzesła. Cisza i słońce pozwalały mi skupić się na detalach – na niesamowitych muralach, które w tej dzielnicy pokrywają niemal każdą wolną ścianę, zamieniając ulice w galerię sztuki pod gołym niebem.
Wracając w stronę centrum, zatrzymywałem się przy antycznych ruinach, które w Atenach są naturalną częścią krajobrazu. Tym razem nie „zaliczałem” zabytków. Przystanąłem na dłużej przy Wieży Wiatrów na Rzymskiej Agorze, podziwiając precyzję marmurowych reliefów w ostrym świetle dnia. Usiadłem na murku przy monumentalnej Bibliotece Hadriana, patrząc w spokoju, jak starożytne kolumny splatają się z nowoczesną zabudową. Ta chwila powolnej kontemplacji, bez zerkania na zegarek, pozwoliła mi dostrzec grę światła na kamieniach, której nie zauważa się w biegu.
Spacer zakończyłem na Placu Syntagma. Choć mieszkałem tuż obok i przechodziłem przez plac codziennie, w słoneczne niedzielne popołudnie miał on zupełnie inną energię. Nie było tu politycznych demonstracji, pośpiechu w drodze do metra, była za to muzyka. Usiadłem na ławce przy fontannie, ramię w ramię z ateńczykami, i po prostu słuchałem. Dźwięki buzuki mieszały się ze śmiechem dzieci ganiających gołębie. To był ten moment, w którym poczułem greckie kefi – stan ducha, który trudno przetłumaczyć, a który oznacza spontaniczną radość życia, czerpanie energii z bycia tu i teraz, w słońcu, wśród ludzi. Bez patrzenia na zegarek, bez wielkich planów.
Teatr codzienności

Ostatniego dnia umówiłem się ze znajomą, Olympią Gerakopoulou – pół Polką, pół Greczynką i licencjonowaną przewodniczką po Atenach. Spotkaliśmy się rano, by wspólnie ruszyć na Targ Centralny – Varvakios Agora przy ulicy Athinas.
Wejście do tej hali targowej jest jak wejście na scenę opery w szczycie aktu. Uderza nas kakofonia dźwięków, zapachów i kolorów. To miejsce jest teatrem codzienności, który trwa tu nieprzerwanie od XIX wieku. Rzeźnicy w zakrwawionych, białych fartuchach rąbią tusze z chirurgiczną precyzją, przekrzykując się nawzajem: „Ela, ela! Najlepsza jagnięcina! Zobacz to mięso!”. Obok, w alejce rybnej, na kruszonym lodzie lśnią srebrne dorady, gigantyczne tuńczyki wyglądające jak trofea, a ośmiornice i kalmary ułożone są w misterne wzory.
Olympia poruszała się w tym tłumie z naturalną swobodą, witając się ze sprzedawcami jak ze starymi znajomymi. – Patrz na oczy ryb, Michalis, muszą być błyszczące, wypukłe, wtedy wiadomo, że ryby są świeże – instruowała mnie, gdy przeciskaliśmy się przez tłumek klientów. – Tu nie ma miejsca na kompromisy. Ateńczycy są wymagający, jedzenie to dla nas religia.
Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie królują warzywa i owoce. Zatrzymałem się przy stoisku, które wyglądało jak martwa natura namalowana przez mistrza: góry pomarańczy, pęki świeżego oregano i tymianku. Ale ja szukałem czegoś konkretnego: cytryn! Ktoś zapyta: po co mi cytryny z Grecji? Przecież te cytrusy są w każdym polskim sklepie. Otóż nie.
Greckie cytryny smakują naturą. Te kupione na targu w Atenach nie są pokryte warstwą wosku i środków grzybobójczych, co jest standardem przy długim transporcie do Polski. Właśnie dlatego ich zapach jest tak intensywny, że czuć go nawet przez skórkę, która kryje w sobie tyle olejków eterycznych, że wystarczy lekkie zadrapanie paznokciem, by aromat słońca wypełnił cały pokój. W każdym razie najpierw wypełniły moją torbę, do której trafiła też górska herbata – tsai tou vounou – pęki suszonego gojnika, który Grecy piją na wszystko: od przeziębienia po złamane serce.
Dopiero po zakupach, obładowani cytrynami, oliwkami i ziołowymi herbatkami, usiedliśmy na kawę przy deptaku niedaleko Ateńskiej Trylogii – imponujących, neoklasycystycznych gmachów Akademii, Uniwersytetu i Biblioteki. Z Olympią zawsze rozmawiam o greckiej naturze. To dla mnie ważne, bo mój prapradziadek pochodził z Peloponezu, więc w tych rozmowach doszukuję się własnego DNA.

– Michalis, Grecy są jak ten krajobraz: czasem szorstcy jak kamień, ale w środku pełni słońca i ciepła – tłumaczyła mi, upijając łyk kawy. – Mamy w sobie gen wolności. Dlatego żyjemy na zewnątrz. Dom to dla nas często tylko sypialnia, naszym salonem jest ulica, plac, kawiarnia. Tu się kłócimy, tu kochamy, tu żyjemy – mówiła, a ja coraz bardziej rozumiałem, dlaczego w Grecji tak mi dobrze. Przy okazji dostałem też małą lekcję języka. Olympia uczyła mnie wymawiać słowo agapi (miłość). – To ci się na pewno przyda, bo Grecję łatwo pokochać, a ona odwzajemnia to uczucie z nawiązką – śmiała się. Przed pożegnaniem (za chwilę zaczynała oprowadzanie grupy) zaciągnęła mnie jeszcze do pobliskiej drogerii po naturalne kosmetyki do włosów i ciała, tłumacząc, że sekret ich skuteczności tkwi w tej samej ziemi, która rodzi te niezwykłe cytryny, które mam w torbie.
Kulinarny archeolog w podziemiu
Dalej ruszyłem sam. Chciałem zjeść w tawernie bez szyldu, o której opowiedział mi przy śniadaniu recepcjonista w hotelu. W nawigację wbiłem więc nazwę „Diporto” i dotarłem na róg ulic Sokratous i Theatrou, w sercu dzielnicy targowej. Rozglądałem się bezradnie. Wokół tylko obdrapane mury, gwar targu Varvakios i wszechobecne graffiti. Żadnego neonu, żadnego menu wystawionego na chodnik. Były tylko dwie pary zardzewiałych, blaszanych drzwi wpuszczonych w ziemię, otwartych na oścież.
Zaryzykowałem i zacząłem schodzić po stromych, wyślizganych stopniach. W piwnicy, pod ścianami stały stuletnie beczki z winem, a przy prostych stołach, przykrytych ceratą w kratę, siedzieli ramię w ramię robotnicy w kombinezonach i starsi ateńczycy. W głębi, przy wielkich garach, uwijał się pan Mitsos, właściciel tego miejsca.

Usiadłem przy chybotliwym stoliku. Nie zdążyłem nawet dobrze rozejrzeć się po sali, gdy kelner był już przy mnie. Czas reakcji? Może 30 sekund. – Fasolada? Fava? Psarakia? (Zupa fasolowa? Pasta z grochu? Rybki?) – rzucił krótko, nie bawiąc się w uprzejmości. Nie minęła minuta, a stół był już zastawiony. Przede mną wylądowała fava – gęsta, żółta pasta z grochu, polana oliwą i posypana cebulą, parująca fasolada (zupa fasolowa), kawał chleba i talerz smażonych rybek, które jeszcze rano pływały w morzu. Do tego szklanka retsiny nalewanej prosto z beczki.
Proste, surowe, genialne w swojej szczerości jedzenie. Chciałem podzielić się moimi wrażeniami. Wysłałem zdjęcie tego niezwykłego wnętrza do Olympii. Odpowiedź przyszła błyskawicznie: „Znam, mają tam super zupę soczewicową. Widzę, że odkrywasz w Atenach wszystko, to co pod ziemią też, jak archeolog”. Uśmiechnąłem się do ekranu. Olympia trafiła w sedno. W Atenach wszyscy patrzą w górę, na Akropol. A czasem, żeby dotknąć prawdziwej historii, trzeba zejść do podziemia, za zardzewiałe drzwi.
Ateny – informacje praktyczne
Dojazd
- Do Aten bezpośrednio z Warszawy można dolecieć m.in. Polskimi Liniami Lotniczymi LOT. Ceny biletów zaczynają się od ok. 600 zł w dwie strony.
- Do miasta dojechałem metrem M3, co zajmuje około 45 minut. Kupiłem 3-dniowy bilet komunikacji miejskiej za 20 euro.
Nocleg
Spałem w hotelu InnAthens położonym 5-minut spacerem od placu Syntagma. To bardzo przyjemne ciche miejsce, pokoje są przestronne, a śniadania urozmaicone. Za pokój na dwie noce zapłaciłem 900 zł.
Nasz autor
Michał Cessanis
Od 14 lat redaktor prowadzący i sekretarz redakcji National Geographic Traveler oraz autor podróżniczej serii „Do zobaczenia” w Dzień Dobry TVN i TVN Style. Dziennikarz, który od lat życie spędza w drodze, łącząc pasję do eksploracji z rzetelnym warsztatem reportażysty. W swoich tekstach szczególną wagę przywiązuje do detali, historii spotykanych ludzi oraz ochrony dzikiej natury. Autor książek: „Opowieści z pięciu stron świata” i „Made in China”. Jako ambasador plebiscytu „Cuda Polski National Geographic Traveler” z równą pasją odkrywa nieznane zakątki kraju, co najdalsze krańce globu. Ma w genach ciekawość świata i otwartość na inne kultury. Nie straszne są mu ekstremalne warunki czy bariery językowe – dla niego to nie przeszkody, lecz paliwo do działania i tworzenia angażujących opowieści.

