Kanwa tego dramatu jest nie tylko autentyczna, ale w swej realności nawet tragiczniejsza, niż to przedstawili autorzy filmu. W połowie 1943 roku japońskie konwoje morskie płynące do Birmy (mającej być odskocznią do opanowania Indii) ponoszą coraz większe straty, nękane przez lotnictwo i okręty podwodne aliantów. W kwaterze głównej cesarskiej armii zapada więc decyzja przebicia alternatywnego, bezpieczniejszego szlaku kolejowego z Tajlandii do granicy birmańskiej. (Tu dygresja: Tajowie nie mogli się wprawdzie przeciwstawić okupacji Japonii, ale weszli w taktyczny sojusz z nią, oskubując przy okazji pod jej osłoną terytoria swych sąsiadów. Wypowiedzieli nawet wojnę Wielkiej Brytanii i USA. Tuż przed nieuchronną klęską Japonii uznali, że było to wbrew ich konstytucji, zgłosili chęć oddania tego, co zabrali i w rezultacie wyprzedzającego manewru Tajlandia – jako pierwsza z satelitów Osi – znalazła się w ONZ).
Do budowy kolei ściągnięto prze-szło 60 tysięcy jeńców alianckich wziętych do niewoli podczas walk w Azji i na Pacyfiku. Byli to głównie Brytyjczycy, następnie Holendrzy, Australijczycy, Amerykanie oraz ponad ćwierć miliona robotników azjatyckich różnych narodowości.
Pracowały jednocześnie dwie brygady, jedna od strony Birmy, druga w Tajlandii. Bezlitośnie poganiane, przedzierały się przez malaryczną, zalewaną ciągłymi deszczami dżunglę, w warunkach, które wyniszczały jeńców piorunująco. Padali jak muchy z morderczego wysiłku, niedożywienia i chorób, nieludzko traktowani przez Japończyków. Paradoksalnie – ginęli także z rąk swoich, w wyniku bombardowań Anglików i Amerykanów, bo Japończycy obozy jenieckie lokowali rozmyślnie obok lotnisk, składów paliwa lub amunicji i stanowisk baterii przeciwlotniczych. Nie pozwalali też oznaczać szpitali czerwonym krzyżem. Podczas jednego z alianckich nalotów we wrześniu 1944 zginęło stu jeńców, ponad 300 odniosło rany. Kiedy obie grupy robocze połączyły tor na granicznej Przełęczy Trzech Pagód, zapłaciło już za to życiem sto kilkanaście tysięcy ludzi. Na każdy z 415 km toru przypadło 280 grobów; padł co czwarty z alianckich jeńców.



Wycieczkę z Bangkoku nad rzekę Kwai i z powrotem można odbyć w jeden dzień, to nieco ponad 120 km. Pociągiem jest się na miejscu w 2,5 godziny, autobusem rejsowym jeszcze szybciej, autokary turystyczne zatrzymują się po drodze na krótko w Nakhon Pa-thom. Jest tam kolosalna stupa (wysoka na 125 m) nad najstarszą w Tajlandii świątynią buddyjską (IV wiek p.n.e.) i największą w tym rejonie świata.
Dojeżdża się do Kanchanaburi, stolicy prowincji o tej samej nazwie. Znajdo-wała się tam baza, przez którą przechodzili jeńcy w drodze do obozów rozrzuconych wzdłuż kolei, a także największy ponoć szpital jeniecki w historii II wojny światowej; był czas, gdy przebywało w nim 8 tysięcy pacjentów. Sporo z nich zostało na zawsze w miasteczku. Spoczęli na osobnym cmentarzu, którym opiekuje się Komisja Grobów Wojennych Wspólnoty Brytyjskiej.
Z Kanchanaburi nad rzekę jest jeszcze dwa kilometry. Stoi tam stosowna tablica informacyjna, a obok niej parowa lokomotywka w charakterze podfałszowanego eksponatu historycznego, bo kursowała tędy, ale już po wojnie. Mostów na rzece Kwai było właściwie trzy. Dwa pierwsze, prowizoryczne, z drewna, mniej więcej takie, jaki na filmie wznoszą jeńcy pod kierunkiem pułkownika Nicholsona (gra go Alec Guinness). Z wody wystają resztki jednego z nich, na miejscu drugiego o sto metrów dalej, stoi most żelazny. Japończycy sprowadzili go w częściach z Jawy i złożyli ponownie rękami jeńców. Wszystkie trzy mosty były po kolei niszczone – bądź przez lotników amerykańskich startujących z bazy na południu Chin, bądź brytyjskich z Cejlonu. Nawiasem mówiąc, to na Cejlonie właśnie, a nie w Tajlandii, kręcony był film Leana, w zupełnie innej scenerii. Po wojnie trzy zwalone do wody przęsła żelaznego mostu (latem 1945) podnieśli w ramach reparacji Japończycy.
Kilka kilometrów od mostu jest wioseczka o nazwie Chung Kai, dokąd chętni mogą dopłynąć łodzią. Jest tam zbudowany przez jeńców kościółek i cmentarz, na którym leży 1700 Anglików i Holendrów. Gdy wróciwszy stamtąd, orzeźwiałem się jogurtem w nadrzecznej gospodzie, wśród turystów snujących się ospale po placyku na przyczółku mostu, powstało nagle poruszenie. Jego przyczyną był pociąg, który wychynął zza wzgórz po drugiej stronie rzeki i gwiżdżąc wjechał wolno na most. Przez moment powiało autentyzmem – mogło się zdawać, że czas się cofnął i z Birmy wraca towarowy pociąg japoński, ale iluzja zaraz uległa odczarowaniu. Było to zaledwie kilka pasażerskich wagoników kursujących na krótkiej lokalnej linii. Przez okna wyglądały uśmiechnięte, kolorowo ubrane dziewczęta, a Japończycy owszem, byli: skakali wokół jak pasikoniki, terkocąc kamerami i pstrykając spustami migawek Canonów i Asahi Pentaxów.
Boulle i Lean na gruncie faktów skonstruowali fabułę, która miała być oskarżeniem okrucieństwa i absurdów wojny. Można jednak odnieść wrażenie, że z biegiem lat most na rzece Kwai traci tę symbolikę – jest w coraz mniejszym stopniu ponurym pomnikiem czasu pogardy, a w coraz większym ciekawostką historyczną poddaną władzy komercji. Warto się zamyślić nad zachwianiem tej proporcji.  
SMAK LUKSUSU
STATEK RZECZNY RV River Kwai, z odrobiną luksusu – w stylu kolonialnych jednostek z przełomu wieków XIX i XX pływających ongiś po rzece Irawadi w Birmie, w górę rzeki z Kanchanaburi odpływa w każdy poniedziałek; wyciecz-ka trwa 4 dni i kosztuje 580 USD.
W dół rzeki odpływa w każdy czwartek i kosztuje podobnie.
7-DNIOWY REJS rozpoczyna się w każdy poniedziałek, koszt – ok. 980 USD.
Dojazd do miejsca wypłynięcia autokarem z Bangkoku do Kanchanaburi, w drodze zwiedzanie miejsc najważniejszych dla regionu; po zakończeniu rejsu powrót do Bangkoku autokarem; w cenie pełne wyżywienie i zakwaterowanie na statku.
DLA SPORTSMENÓW – istnieje możliwość zamiany zwiedzania w czasie przerw w rejsie na... grę w golfa, w każdy poranek na innym polu golfowym.
Do dyspozycji samochód z kierowcą!