Po opuszczeniu Hongonu powoli zbliżamy się do najtrudniejszego i najwyżej położonego odcinka trasy – przełęczy Sherpani Col (6180 m) oraz West Col (6190 m). Zanim je przekroczymy, aklimatyzujemy się w Makalu Base Camp. W momencie dotarcia do bazy uświadamiamy sobie kolejny popełniony przez nas błąd logistyczny: przez 40 dni zupełnie niepotrzebnie nieśliśmy sprzęt wspinaczkowy. Dużo lepszym rozwiązaniem byłoby zorganizowanie przesyłki z Katmandu do wioski znajdującej się dwa dni drogi
od Makalu BC.

Od bazy wędrujemy z ekipą holendersko-belgijską, razem pokonujemy wysokie przełęcze. Ten odcinek to kwintesencja wysokogórskiego szlaku: lodowce, pokryte śniegiem wypłaszczenia, konieczność użycia sprzętu asekuracyjnego, ciągnące się kilometrami piargi i bloki skalne. Przez kilka dni towarzyszy nam widok Everestu i Lhotse. Po przejściu przełęczy decydujemy się na zejście do Lukli i krótki wypad do Katmandu. Musimy wyrobić zezwolenia i przedłużyć wizę, która na wjeździe wydawana jest tylko na 90 dni, a planowany przez nas czas przejścia szlaku to ok. 130 dni.

 

Środek

Powracamy na szlak w rejonie Solo Khumbu, na trasę prowadzącą do bazy pod Everestem. Po prawie dwóch miesiącach wędrówki przez słabo zamieszkałe tereny trafiamy do himalajskiej wersji ośrodka turystyki masowej w Namche Bazar – hoteliki, bary, puby, bankomaty, masa sklepów z dobrami wszelkimi. Trasa z Lukli do Namche przypomina ciągnącą się kilometrami wioskę, po której spacerują turyści. Właściciele hotelików narzekają jednak na słaby sezon spowodowany trzęsieniem ziemi, którego skutki są widoczne w tej części Nepalu. Kiedy z Namche odbijamy na zachód, na szlaku znów robi się pusto. Przejście przełęczy Tashi Labsta (5760 m) i dwóch lodowców (Drolambu i Trakarding) to kolejny test wytrwałości oraz tolerancji dla błędów na mapie i w przewodniku. Oprócz raków nie mamy już sprzętu wspinaczkowego – został w Katmandu, bo nie jest potrzebny, jak sugeruje autor przewodnika. Gdy utykamy na półce skalnej, z której nie możemy zejść z braku liny, ratuje nas kilka taśm asekuracyjnych i karabinków, jakie mamy ze sobą.

Kolejne dni to przedzieranie się przez kamienną pustynię, walka z głodem i pragnieniem (nie ma wody, nie możemy przygotować jedzenia ani herbaty) i prawdopodobnie największy kryzys podczas całego przejścia. Obawiamy się, że nie uda się nam znaleźć właściwej drogi albo wpadniemy do jednej z wielu szczelin. Poza tym w nocy jest bardzo zimno (–20°C) i wieje huraganowy wiatr. Dzięki górskiemu doświadczeniu Bartka udaje się nam zejść z lodowca i trafić do właściwej doliny w regionie Rolwaling, który dość mocno ucierpiał podczas trzęsienia ziemi. Co rusz napotykamy opuszczone i zniszczone wioski, co stanowi dość przygnębiający widok. Z drugiej strony jest pięknie i nostalgicznie – jesień w górach, szerokie doliny, szlaki trawersujące wysokie zbocza oraz serdeczność i pogoda ducha ludzi zamieszkujących te strony.

W jednej z wiosek, po rozmowie z napotkanym nepalskim przewodnikiem, podejmujemy decyzję, że opuszczamy kolejny region, czyli Langtang, który praktycznie został zmieciony z powierzchni ziemi. Pod zwałami błota i skał w dalszym ciągu leżą ciała ludzi i naszym zdaniem przejście przez Langtang byłoby niemoralne i nieetyczne. Dlatego kolejnym etapem jest Manaslu i Annapurna, przez które praktycznie przebiegamy. Trasa jest oczywista i na dodatek oznaczona, co stanowi dla nas pewną zagadkę, gdyż oba odcinki są nawigacyjnie bardzo łatwe i mocno uczęszczane.

 

Zachód

Wejście w region Dolpo na zachodzie to ulga – po kilku tygodniach na trasach turystycznych tęsknimy za dzikimi i odludnymi terenami. Przed nami znów biwaki, spanie pod namiotem, uczty z liofilizatów, wizyty w wioskach. A przynajmniej taki jest plan. Szybko jednak okazuje się, że na wysokościach powyżej 4500 m o tej porze roku (początek grudnia) prawie nie ma wody. Zbieramy resztki brudnego śniegu, topimy, gotujemy, przecedzamy przez pieluchę. Wioski są puste – ludzie zeszli na zimę w doliny. Jest pięknie i przerażająco równocześnie. Błękitne niebo, brunatne, pozbawione roślinności zbocza, szmaragdowe rzeki, stare gompy, kompletna pustka i świadomość, że na chwilę mamy góry na wyłączność.

Ta część Nepalu bardzo długo pozostawała w izolacji, jeszcze nie jest popularna turystycznie, więc miejscowi nie są przyzwyczajeni do widoku cudzoziemców, trudno się z nimi porozumieć po angielsku, a nepalski w naszym wydaniu budzi ogólną wesołość. Śpimy u miejscowych, wieczory spędzamy na rozmowach za pomocą rąk i wymianie uśmiechów. Ze względu na trudne warunki panujące w wyższych partiach szlaku podejmujemy decyzję, że do samego końca wędrujemy głównie wariantem prowadzącym przez doliny i wioski.