Dolina Baryczy jak Masai Mara. Polska „wielka migracja” odbywa się dwa razy dziennie
Każdy, kto choć trochę interesuje się fotografią przyrodniczą, kojarzy kadry z afrykańskiego rezerwatu Masai Mara – dramatyczne, pełne napięcia przeprawy zebr i antylop gnu przez rzekę. Mało kto jednak wie, że równie spektakularne widowisko odbywa się regularnie w Polsce, w Dolinie Baryczy.

- Jan Zięba
W przeciwieństwie do Kenii, gdzie na brzegach rzeki w Masai Mara staje sznur jeepów wypełnionych turystami z teleobiektywami, nad polskimi stawami można to cudowne zjawisko obserwować jedynie wśród śpiewu ptaków i rechotu żab. Dwa razy dziennie, z właściwą przyrodzie regularnością, widowisko toczy się bez udziału tłumów.
Wiosenne migracje jeleni
Dolinę Baryczy większość z nas kojarzy przede wszystkim z unikatową ornitofauną oraz widowiskowym jesiennym rykowiskiem, gdy potężne byki jeleni brodzą pośród żurawi. Wiosną przyroda serwuje tu jednak swój inny, niezapomniany spektakl. W rolach głównych występują łanie oraz ich nowo narodzone cielęta.
Ich dobowa rutyna jest podporządkowana surowym zasadom bezpieczeństwa. Jelenie dzień spędzają na odizolowanych od stałego lądu wyspach, gdzie młode są bezpiecznie ukryte przed drapieżnikami i ludźmi. Wieczorem ogromna, licząca ponad 100 osobników chmara rusza na okoliczne łąki, by się posilić, a przed świtem wraca tą samą drogą do swojej bezpiecznej enklawy.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Facebook i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Odkryłem to zjawisko po wielu latach regularnego odwiedzania Stawów Milickich. Pewnego wieczora, gdy siedziałem nad stawem zachwycając się muzyką natury odgrywaną przez żaby i wodne ptactwo, zobaczyłem sznur łań przecinający lustro wody. Kolejne powroty nad ten staw potwierdziły fascynującą regularność ich zachowania.
Jak zobaczyć przejście łań z cielętami przez stawy
Aby to udokumentować, trzeba dostosować się do rytmu natury. Na miejscu pojawiam się około godziny 18:30. Zostawiam kampera na parkingu. Siadam na brzegu i po prostu czekam, zatapiając się w niezwykłym koncercie przyrody – chórze żab, odgłosach ptaków i szumie trzcin.
Zwierzęta pojawiają się na skraju szuwarów. Czasami z gęstwiny wyłania się pojedyncza łania, innym razem matka prowadząca blisko siebie młode. Najbardziej spektakularne są jednak momenty, gdy na brzegu gromadzi się duża grupa kilkudziesięciu osobników. Przez chwilę panuje tam poruszenie, widać biegające i skaczące cielęta. W końcu najbardziej doświadczona licówka decyduje się na krok w stronę otwartej wody. Gdy tylko rusza naprzód, reszta chmary bez wahania podąża za nią.
Pokazywanie elementu 1 z 4









Początkowo brodzą, ale woda szybko staje się głęboka. Cielęta – jako najmniejsze w stadzie – niemal natychmiast muszą zacząć płynąć. Zadziwiające jest to, jak doskonale radzą sobie z tym wyzwaniem praktycznie od pierwszych dni życia. Gdy całe stado dociera na drugi brzeg, następuje charakterystyczny moment otrzepywania się z wody. Zimno, sięgające niekiedy zaledwie 5 stopni Celsjusza, zdaje się nie robić na jeleniach najmniejszego wrażenia. Po przejściu chmary na stawie zostają już tylko ptaki, a ja kładę się spać, by za kilka godzin powtórzyć cały proces.
Szansa na wyjątkowe zdjęcia
Poranny (a właściwie nocny) budzik dzwoni o 3:15. Przed 4:00 rano, gdy wokół panuje jeszcze szarówka, siedzę na brzegu. Pomiędzy czwartą a piątą spektakl zaczyna się na nowo, tym razem w przeciwnym kierunku. Rano jelenie są przeważnie bardziej zorganizowane, idą zwartą, potężną grupą. Zanim wejdą do wody, widać je z daleka, jak majestatycznie przemieszczają się wzdłuż ściany trzcin. To znak, że za około piętnaście minut rozpocznie się główna przeprawa.
Wizualnie i emocjonalnie to najpiękniejsza część dnia. Jeśli fotografowi dopisze szczęście, nad wodą unosi się gęsta mgła, a w tle słychać klangor żurawi i donośne głosy łabędzi krzykliwych. Ta naturalna symfonia w połączeniu z widokiem płynących jeleni tworzy mistyczny, wręcz nierealny obraz. Po kilkunastu minutach chmara znika na wyspie i znowu zapada cisza. Aż do wieczora.
To nasza rodzima, codzienna Wielka Migracja. Spektakl ukryty wśród Stawów Milickich, wymagający zarwania nocy i ogromnego szacunku do dzikiego życia.

