Pańszczyzna w Polsce oznaczała niewolę chłopów. Znieśli ją dopiero zaborcy
Poddańczy system pańszczyźniany przetrwał na ziemiach polskich najdłużej w Europie. Aż do czasu rozbiorów szlachta uważała za Polaków właściwie tylko siebie, a chłopstwo traktowała jako osobną, gorszą i podporządkowaną grupę narodową.

Na ziemiach Polski systematycznie rósł wymiar pańszczyzny. Począwszy od XVI w. jej wysokość liczono w dniach na tydzień z jednego łanu (ok. 18 ha) ziemi uprawianej przez chłopów. W 1520 r. ustawą sejmową ustalono wymiar na 1 dzień w tygodniu, by w połowie wieku podwyższyć do 2, zaś w XVII w. do 3, a nawet 4 dni w tygodniu z jednego łanu.
Ekspansja gospodarcza szlachty odbijała się nie tylko na losie chłopstwa, ale i rozwoju miast. Szlachta widziała w mieszczaństwie rywala gospodarczego i sojusznika króla w jego staraniach o wzmocnienie władzy monarszej, dlatego dążyła do eliminacji mieszczan z życia politycznego i gospodarczego. Fatalna dla tej klasy okazała się konstytucja sejmu piotrkowskiego z 1565 r., która zakazywała polskim kupcom handlu zagranicznego, zostawiając go w rękach kupców zachodnich.
Kryzys gospodarki szlacheckiej
Koniunktura osiągnęła szczyt w 1618 r., kiedy z Gdańska wypłynęło ok. 240 tys. ton zboża. Jednak w miarę wzrostu wydajności rolnictwa na Zachodzie polski eksport zaczął maleć. W drugiej połowie XVII w. spadł poniżej połowy rekordu z 1618 r. Aby utrzymać dochody, szlachta zwiększała produkcję i sprzedawała plony po dużo niższych cenach na rynkach lokalnych. W Gdańsku utrzymali się tylko magnaci. Średnia szlachta powiększała areał i dokręcała śrubę poddanym. Chłop musiał pracować nawet 5–6 dni w tygodniu na folwarku, od świtu do zmierzchu, a nierzadko i w nocy. Pańszczyznę odrabiały więc całe rodziny i zatrudnieni parobkowie. Na dodatek z wykorzystaniem własnych zwierząt pociągowych i narzędzi.

Przez zalew lokalnych rynków produktami wytwarzanymi na folwarkach chłopom coraz trudniej było sprzedać własne zboże. Ich dochody spadały, a wraz z nimi zapotrzebowanie na rzemiosło, dalej pogarszając kondycję miast, które zaczęły przypominać bardziej wiejskie osady niż miasta zachodnie.
Jakby ucisku było mało, przez kraj przetoczyły się w połowie XVII w. wojny. Skierowane przeciwko szlachcie i magnaterii powstanie na Ukrainie pod wodzą Chmielnickiego (1648–1657), wojna z Rosją (1654–1667) i okupacja przez nią ziem litewskich i białoruskich, wreszcie potop szwedzki (1655–1660) doprowadziły do wyniszczenia gospodarki i 30-procentowej depopulacji. W miastach zniszczeniu uległo nawet dwie trzecie zabudowy. Większość gruntów leżała odłogiem, chłopi potracili zwierzęta, kurczyły się gospodarstwa, nadeszły lata głodu. Co robiła więc szlachta, by utrzymać dochody? Wpadła na pomysł, by pędzić gorzałę i poić nią chłopów, czemu sprzyjał jej monopol propinacyjny – wyłączne szlacheckie prawo do produkcji i sprzedaży alkoholu w obrębie swoich dóbr. Monopol przynosił często wyższe zyski niż uprawa roli, a chłopów pozbawiał resztek gotówki.
Gospodarka kraju nie była w stanie wyjść z kryzysu bez restrukturyzacji. Do tego potrzebny był kapitał na inwestycje w infrastrukturę, innowacje i podnoszenie kwalifikacji siły roboczej. W Rzeczypospolitej kapitału nie brakowało, ale przeznaczony był na konsumpcję. Kryzys dopadł nie tylko gospodarkę, ale i demokrację szlachecką, czego przejawem było liberum veto – zerwanie sejmu, zastosowane po raz pierwszy w 1652 r. Wszystko to pogłębiało osłabienie władzy królewskiej, chaos w wojsku i skarbie. Prywata szlachty paraliżowała próby reform i umacniała korupcję.
Zaborcy uwolnili polskich chłopów
Ostatecznie targane wewnętrznymi sporami państwo upadło, podzielone w latach 1772–1795 przez zaborców. Nie upadł natomiast system folwarczny. Pod zaborami panowie nadal wyciskali chłopów jak cytrynę.
I tak poddańczy system pańszczyźniany przetrwał na ziemiach polskich najdłużej w Europie. Na Zachodzie zniesiono poddaństwo osobiste praktycznie u schyłku średniowiecza, a proces uwłaszczenia chłopów dokonywał się przez dziesięciolecia w drodze wykupywania ziemi. W Królestwie Polskim poddaństwo i pańszczyzna zostały zniesione najpóźniej, dekretem cara Aleksandra II w 1864 r. Trzy lata wcześniej w pozostałej części zaboru rosyjskiego, jak i w samej Rosji. W Galicji – rozporządzeniem cesarza Ferdynanda I Habsburga w roku 1848, zaś w zaborze pruskim stopniowo w latach 1806–1850. Wszędzie na różnych zasadach, które przynosiły inne podziały ziemi i skutki.
W zaborze pruskim powstały duże gospodarstwa rolne wykorzystujące pracę najemną i dysponujące środkami na inwestycje. Podniosły się też kultura rolna oraz poziom życia wsi. W zaborach austriackim i rosyjskim ziemię nadano chłopom na mocy dekretów, bez odszkodowań. W efekcie wzrosła liczba małych gospodarstw, które w kolejnych pokoleniach ulegały dalszemu rozdrobnieniu, co pogłębiało ubóstwo wsi.
Wszędzie wolność chłopom dawali zaborcy. Wprawdzie w Królestwie Polskim uwłaszczenie zapowiedzieli powstańcy styczniowi, tyle że nie mieli jak go przeprowadzić. Mówiono już o nim w czasie powstania listopadowego, chcąc pozyskać chłopów. Jak pisze historyk Kamil Janicki, aż do czasu rozbiorów szlachta uważała za Polaków właściwie tylko siebie, a chłopstwo traktowała jako osobną, gorszą i podporządkowaną grupę narodową.

Wydany przez cara Aleksandra II dekret z marca 1864 r. nie ustępował zasadom powstańczym, a co ważniejsze – ogłoszony został przez faktycznego włodarza. Znosił powinności wsi względem dworu, nadawał chłopom na własność nie tylko grunty użytkowane, ale też skonfiskowane ziemianom walczącym w powstaniu styczniowym, nadawał ziemię chłopom bezrolnym.
Krwawe bunty chłopskie
Brak świadomości narodowej chłopów nie oznaczał, że biernie godzili się na swój los. Buntowali się, tyle że przeciwko panom, a nie zaborcom. Zniesienie pańszczyzny w Galicji przyspieszyła rabacja Jakuba Szeli w 1846 r. Na skutek plotki, że szlachta będzie zabijać chłopów, jeśli ci nie przystąpią do narodowego zrywu, wybuchło powstanie.
Jak pisze w książce „Wielcy zdrajcy od Piastów do PRL” Sławomir Koper, krwawe porachunki z ziemianami były najliczniejsze na terenach, gdzie za sprawą Kościoła rozwinął się masowy ruch trzeźwości. Prawdopodobnie brak możliwości zwyczajowego topienia chłopskich krzywd w alkoholu spowodował topienie ich we krwi panów, którzy przez lata rozpijali lud. Zbrojni w kosy, widły i siekiery chłopi zniszczyli ponad 500 dworów oraz zabili 1200–3000 ziemian i urzędników.
Według Michała Rauszera, autora „Bękartów pańszczyzny”, rabacja praktycznie zahamowała odrabianie pańszczyzny, bo panowie zaczęli się chłopów bać. A gdy dwa lata po rewolcie Europa przeżywała Wiosnę Ludów, cesarz zwany „Dobrotliwym” zniósł pańszczyznę definitywnie.
Wolność i darowana ziemia wzbudziły entuzjazm i wdzięczność ludu. W wielu miejscach w Galicji i Kongresówce zaczęły wyrastać pomniki wolności – krzyże pańszczyźniane i kapliczki, przy których świętowano wyzwolenie. Wzniesiono ich setki, część z inskrypcjami dziękczynnymi dla cara lub cesarza. W Kongresówce akcję inspirowały często władze, ale chłopi stawiali krzyże bez przymusu. Nawet na Jasnej Górze wznieśli pomnik Cara Wyzwoliciela ufundowany z dobrowolnych składek chłopów.
Car przetrwał na cokole w Częstochowie do 1917 r., ale wiele pomników wolności stoi do dziś. Odkrywają je teraz po latach zapomnienia badacze i pasjonaci.
Więcej o sytuacji chłopów w Rzeczypospolitej piszemy w najnowszym wydaniu magazynu National Geographic Polska. Skorzystaj ze specjalnej oferty prenumeraty!


