O tym, że życie wraca na ulice Hanoi i innych miast świadczą coraz bardziej uporczywe dźwięki klaksonów. Znika konieczność izolacji, powróciły więc normalny ruch uliczny i wszechobecne korki. Ludzie wypełnili chodniki lawirując między straganami które jak zawsze skutecznie blokują im przejście. Sklepikarze przecież muszą jakoś walczyć o klientów.

Wietnam restartuje też branżę turystyczną, otwierając hotele i przywracając regularne połączenia lotnicze wewnątrz kraju. Zero przypadków śmierci, 288 zarażonych. To nie przypadek, że w tym azjatyckim kraju statystyka (nawet jeżeli tylko ta oficjalna) dotycząca zachorowań wygląda tak dobrze.

 

Granica

Główny powód to zamknięta pod koniec stycznia granica z Chinami. Nie wpuszczano żadnych obcokrajowców. Po prostu przestano wydawać wizy. Każdy ”swój” po przylocie trafiał automatycznie na kwarantannę. Dla porównania: Malezja ma 7 tys. zainfekowanych, Tajlandia 3 tys. a Singapur ponad 25 tys.

Władze Wietnamu zarządzały izolację każdej wsi zaatakowanej przez patogen, ale drastyczne ograniczenia pozostawały punktowe, lokalne. Informacje o tym, gdzie odkryto właśnie nowe ogniska choroby ogłaszano na ulicach dwa razy dziennie. Pojazdy z głośnikami na dachach krążyły po wszystkich miastach.

Z czasem możliwe stało się luzowanie obostrzeń. Najwolniej przebiegało to w miejscach największego ryzyka, czyli metropoliach jak Hanoi i mieście Ho Chi Minh. Długo utrzymywano w nich zakaz gromadzenia się powyżej 10 osób. Zmieniło się to dopiero na początku maja, gdy zezwolono działać lokalom z karaoke, kinom czy barom.

 

Powrót do normalności

Hanoi w końcu otworzyło też swoje atrakcje dla turystów. 15 maja znów działać ma popularna dzielnica handlowa Hoan Hiem. W maju otwierają się też szkoły i przedszkola. Każdemu wracającemu dziecku będzie mierzyć się temperaturę na wejściu.

Nowych infekcji nie było od 15 kwietnia. Wszyscy liczą, że ten stan się utrzyma. Na wszelki wypadek dzieci mają zakaz bliższych kontaktów z rówieśnikami. Ale to jednak dzieci, więc rzeczywistość sama zweryfikuje skuteczność środków zapobiegania.

Na ulice wrócili ludzie a uliczni sprzedawcy jedzenia znów wystawiają dla klientów swoje charakterystyczne małe krzesełka z plastiku. Czuć zapach gotowanego kurczaka i marynowanej wieprzowiny opiekanej na ruszcie, przekonuje dziennikarka Katie Lockhart. 

Wygłodniali ludzie zmuszani do gotowania ciągle tych samych posiłków wylegli tłumnie na miasto w poszukiwaniu dawno nie widzianych smakołyków. Dystansowanie się społeczne poszło w zapomnienie. Znów można zabijać nudę plotkując ze znajomymi i palić bambusowe fajki. Reporterka CNN, która w Wietnamie utknęła od stycznia z nieukrywaną radością opisuje dziś ”uśmiechnięte miasto”.

 

Restart gospodarki

Według Lockhart Hanoi po pandemii nie wygląda szczególnie inaczej. Owszem, ludzie mają maski na twarzach i nadal otworzyło się tylko 75 proc. firm, ale ”miasto jest jak dawniej”. Największe trudności ma branża turystyczna. Szacuje się, że w dwóch pierwszych miesiącach roku Wietnam nie zarobił na przybyszach 7 mld dolarów.

Hotelarze bazowali na gościach zza granicy, dziś próbują zarobić na miejscowych. 23 kwietnia ministerstwo transportu zgodziło się na zagęszczenie siatki połączeń lotniczych z zastrzeżeniem jednak, że samoloty nie mogą być pełne. Właściciele hoteli są bardziej wstrzemięźliwi i zdecydowali się czekać przynajmniej do połowy maja, jak nie dłużej, na naturalny powrót gości. Otworzyło się na klientów nawet, niezbyt szczęśliwie nazwane, kasyno Corona – jedyne w kraju, gdzie obcokrajowcom wolno uprawiać hazard obok miejscowych

Jak to możliwe, że relatywnie ubogi kraj jak Wietnam uznaje się dziś za ”success story” globalnej pandemii koronawirusa? Wydawałoby się, że bezpośrednie sąsiedztwo kraju, z którego SARS-CoV-2 rozniósł się po świecie nieuchronnie przełoży się na większą liczbę przypadków choroby COVID-19. Według oficjalnych danych przynajmniej, tak się nie stało.

 

Jak komunista z komunistą

Granica lądowa z Chinami ma 1444 km długości i rozciąga się od szczytu Shiceng Dashan na zachodzie do ujścia rzeki Beilun/Ka Long koło chińskiego miasta Dongxing i wietnamskiego Móng Cái na wschodzie. Na szczęście dla Wietnamu w większości przebiega ona przez górskie pustkowia, po obu stronach zamieszkałe przez nieufne obcym mniejszości etniczne. Problematyczne, z punktu widzenia bezpieczeństwa przynajmniej, są odcinki granicy wyznaczone rzekami Czerwoną, Longbao i Nanxi.

Odpowiedzi szukać należy, twierdzi serwis The Diplomat  w głęboko zakorzenionym braku zaufania komunistycznych władz Wietnamu wobec ich komunistycznych kolegów z Chin. Może na forum publicznym liderzy mogą być ”czerwonymi” braćmi, promując wspólne działania swoich służb medycznych. Na granicy jednak sytuacja wygląda zgoła inaczej.

Gdy 1 lutego w Wietnamie było dopiero kilka przypadków COVID-19, podjęto decyzję, co określić można było wówczas jako drastyczne posunięcie, o wstrzymaniu wszystkich lotów z Chin, Hongkongu i Makao. Zamknięto też szczelnie (na ile to możliwe) granicę lądową i morską. Trzy dni wcześniej wydziały konsularne przestały wklejać wizy do paszportów z tych trzech miejsc. W Polsce jeszcze 11 lutego lądowały samoloty Air China.

Szkoły zamknięte z powodu świąt nowego roku księżycowego nie otworzyły się planowo 3 lutego. W kraju liczącym 95 milionów osób było wówczas 8 przypadków choroby. Władze podeszły do problemu w charakterystycznie militarny sposób.

Premier Nguyen Xuan Phuc nazwał walkę z COVID-19 ”Wiosenną Ofensywą 2020”. Było to bezpośrednie nawiązanie do ataku komunistycznych wojsk na znajdujący się wówczas (1975 rok) pod amerykańską kontrolą, Sajgon. Wroga udało się pokonać 45 lat temu, uda się i teraz – przekonywał polityk.