Co najmniej 150 wraków zalega na dnie polskiego Bałtyku. Niektóre z nich wkrótce trafią do wirtualnego skansenu.

Co leży na dnie Bałtyku? – pytam Tomasza Bednarza, archeologa podwodnego, nurka zawodowego z Działu Badań Podwodnych Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku. – Najlepiej rozpoznanym pod tym względem rejonem jest Zatoka Gdańska, w której znajduje się ponad 20 pozostałości po drewnianych jednostkach. Najmłodsze z nich pochodzą z XIX wieku – odpowiada.

– Do tego należy dodać te XX-wieczne, które zatonęły głównie podczas działań wojennych. Łącznie na całym polskim wybrzeżu, od Świnoujścia do Krynicy Morskiej, jest tych wraków około 150. I wciąż odkrywane są nowe.

Większość wraków zostaje na dnie

Są też samoloty, choć to raczej pojedyncze sztuki. W latach 80. XX wieku do morza wpadł myśliwiec Mig-21. Działo się to zresztą na oczach ekipy badawczej Centralnego Muzeum Morskiego (tak dawniej nazywała się gdańska placówka) podczas prac ze statku Kaszubski Brzeg.

Na Ławicy Słupskiej znajduje się z kolei wrak samolotu z II wojny światowej. W roku 2012 Marynarka Wojenna trafiła na inny wrak – niemieckiego samolotu Junkers. Na początku października zaś z morza na północ od Rozewia wyciągnięto samolot Douglas A-20, również z czasów II wojny światowej. Niebawem trafi do zbiorów Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie.

Wyciąganie wraków z wody to jednak rzadkość. Większość z nich na zawsze zostaje na dnie morza.

– Główny powód to oczywiście koszty – wyjaśnia Bednarz. – Zwykle motywem decyzji o podniesieniu szczątek jest groźba zniszczenia związana z planowaną inwestycją. Na wiosnę wydobywaliśmy na przykład z Martwej Wisły wrak XVIII-wiecznej jednostki rzecznej. Leżał w korycie, które ma zostać pogłębione. Trzeba go było wydobyć.

Wraki, które zostają w Bałtyku, poza trzema wyjątkami (wprowadzonymi po to, by nie profanować pochowanych razem z nimi ciał pasażerów i załogi) dostępne są dla płetwonurków, oczywiście po uzyskaniu zgód władnych urzędów morskich.

Za kilka lat wcale nie trzeba będzie jednak schodzić pod wodę, by je obejrzeć. Pomysł na ich udostępnienie ma wspomniane Narodowe Muzeum Morskie, które w swoim serwisie internetowym planuje stworzyć „Wirtualny skansen wraków”.

Nowatorska metoda modelowania fotogrametrycznego

– Chcemy w atrakcyjny sposób pokazać wszystkie wraki z Zatoki Gdańskiej. Tak, by każdy mógł wirtualnie zanurzyć się w jej wodach. Posługujemy się nowatorską metodą dokumentacji podwodnej – fotogrametrycznymi modelami trójwymiarowymi – mówi Bednarz.

Powstają na podstawie fotogramów (zdjęć zrobionych za pomocą specjalnych urządzeń) wykonanych na danym stanowisku archeologicznym, z reguły z bardzo dużej liczby zdjęć.

– Obiekt o wymiarach 20 na 15 metrów wymaga wykonania kilku tysięcy fotogramów. I to właśnie z nich na komputerze powstaje model przestrzenny – wyjaśnia płetwonurek.

– Do tej pory podobną dokumentację wykonywało się za pomocą modelowania na podstawie zdjęć czy rysunków, a końcowy efekt w dużej mierze zależał od budżetu i osoby, która je składała. W naszym przypadku to oprogramowanie jest odpowiedzialne za stworzenie modelu i robi to w sposób bardzo szczegółowy. To zupełnie nowa jakość, rewolucja w dokumentacji i metodyce badań podwodnych.

Pionierzy z gdańskiego muzeum

Kiedy w zeszłym roku NMM odwiedzili pracownicy Viking Ship Museum w Roskilde w Danii, byli zaszokowani tym, co zobaczyli. Metoda fotogrametryczna była już wcześniej stosowana na lądzie, ale nie pod wodą. Archeolodzy podwodni z NMM robią to jako pierwsi na Bałtyku i – obok Texas A&M University – są światowymi liderami w stosowaniu tej metody. Obie instytucje w 2013 roku wprowadziły do podwodnej dokumentacji archeologicznej tworzenie tego typu modeli.

Oprócz dbałości o szczegół metoda ma jeszcze jedną zaletę – sprawdza się także w warunkach bałtyckich, gdzie przejrzystość wody nie jest duża i często nie przekracza metra. To wystarcza do wykonywania fotogramów, ale już nie do pracy innymi metodami, niezależnie od tego, jak skuteczne okazywały się w warunkach basenowych.

Wiekowy alkohol na dnie morza

Pionierskie próby przyniosły już efekty. Muzeum dysponuje modelem wraku tzw. Porcelanowca, jednostki z pierwszej połowy XIX wieku. Jego nazwa pochodzi od wyrobów ceramicznych na nim odkrytych. Porcelanowiec najprawdopodobniej nigdy nie zostanie wydobyty na powierzchnię. Będzie za to pierwszym eksponatem w wirtualnym skansenie.

Wkrótce dołączą do niego dwa kolejne: badany w tym roku wrak spoczywający przy wyjściu do portu oraz Głazik. – To jednostka, w której w czerwcu tego roku znaleźliśmy zakorkowaną butelkę „Selters” sprzed dwóch wieków, w której, jak się okazało, przetrwał do naszych czasów alkohol – gin. Butelka też znajdzie się zresztą w modelu. Będzie można kliknąć i zobaczyć, w którym dokładnie miejscu ją znaleźliśmy – mówi Bednarz.

Co dalej? – Wykonanie zdjęć to nie jest jedno nurkowanie. Żeby stanowisko obfotografować, trzeba je wcześniej do tego przygotować. Oczyścić z sieci, lin, omułków i pąkli, a także częściowo odsłonić z piasku. Warunki muszą być stałe, dlatego fotogramy musimy zrobić w dwa, trzy dni następujące po sobie. Obróbka komputerowa też trwa. Chcemy, żeby rocznie przybywały nam cztery jednostki, a po czterech latach nasz skansen był już gotowy – wyjaśnia pracownik muzeum.

Placówka liczy, że na realizację projektu uda się pozyskać dofinansowanie, głównie z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Stronę z pierwszymi siedmioma eksponatami chciałaby uruchomić już w 2015 roku.


Tomasz Bednarz z butelką "Selters" (
fot. Narodowe Muzeum Morskie)

Butelka "Selters" (fot. Narodowe Muzeum Morskie)