O cechach dobrego dokumentu, obowiązkach dokumentalisty wobec bohaterów i momentach zwrotnych w życiu zawodowym rozmawiamy z Ewą Ewart.

Maciej Wesołowski: Mówi pani o tym, że wartościowy film dokumentalny to taki, który zmienia ludzkie życie na lepsze, a z drugiej strony przyznaje, że nie ma złudzeń, że może cokolwiek zmienić. Frustrujące?

Ewa Ewart: Na pewno. Dość długo do tego dochodziłam. Na początku byłam takim Judymem, chciałam zmieniać, naprawiać świat, wierzyłam, że mam na coś wpływ. Potem, stopniowo, zdawałam sobie sprawę, że to nie takie proste. Dziś, jak o tym myślę, widzę, że byłam niesłychanie naiwna. Dla własnego zdrowia psychicznego przestałam się napinać. Uznałam po prostu, że jestem wielką szczęściarą, że w ogóle mogę takie filmy robić. Tworzę filmy, które pokazują jakąś smutną prawdę o świecie, ale nie mam żadnego wpływu na to, co zrobią decydenci.

 

Kiedy pani to zrozumiała?

Przy okazji filmu o Korei Północnej. To był film dokumentalny, który ujawnił współczesny holokaust praktykowany w państwie Kimów. Reżim regularnie dokonuje eksperymentów chemiczno-biologicznych na więźniach politycznych. Nie jestem w stanie pojąć, że nikt nie zrobił odpowiedniego użytku z tej informacji, potwierdzonej w naszym filmie niezbitymi dowodami. Do dziś w koreańskich łagrach giną setki ludzi. Wielu poddawanych jest torturom czy niszczącym organizm doświadczeniom naukowym. Hipokryzją współczesnego świata jest, że politycy o tym wiedzą i czasem nawet o tym mówią, ale kompletnie nic z tym nie robią. A to się dzieje tuż obok nas. Jesteśmy globalną wioską, systemem naczyń połączonych, i nie możemy udawać, że nas to nie dotyczy! Powinniśmy mieć tego świadomość i powinniśmy się temu przeciwstawiać. Tak dużo energii i pieniędzy poświęcamy na celebrowanie rocznic Holokaustu, a jednocześnie nic nie robimy, by zapobiec temu, co dzieje się niemal na naszych oczach. Być może podczas naszej rozmowy cztery osoby zostaną zagazowane w koreańskich komorach.

 

Ale też pisze pani, że po filmie przyspieszyły prace w amerykańskim parlamencie nad jedną z ustaw dotyczących Korei.

No tak. Ale to była jedna ustawa. Coś na otarcie łez. Zdarza się, że po moim materiale ktoś bogaty czy wpływowy odezwie się, chce pomóc. Czasem ktoś założy jakąś fundację. Ale muszę panu powiedzieć, że wciąż są to reakcje jednostkowe, można by je policzyć na palcach jednej ręki. To paradoks, że przy okazji pracy nad tym filmem w sumie łatwiej przyszło mi umówić się z ważnym ministrem w Korei niż w Waszyngtonie. Nikt z ówczesnej administracji Białego Domu nie zgodził się na udział w filmie. Początkowo miał to być materiał o tym, jak Zachód próbuje doprowadzić do nuklearnego rozbrojenia Korei Północnej. To był proces, który toczył się pod egidą USA, a nikt w Ameryce nie chciał zabrać głosu na ten temat. W sumie chwała Bogu, że tak się stało, bo to mnie skierowało na inny, znacznie bardziej istotny temat – obozów.

 

Przypadek?

Tak, ale też intuicja. Zawsze jej wierzę i nie zdarzyło się, żebym na tym źle wyszła. Mam świadomość tego, co robię, jestem odpowiedzialna za własne decyzje, raczej nie tracę kontroli nas swoim życiem, ale też wiem, że czasem warto zrezygnować z nawyku i chęci kontrolowania wszystkiego i bez przerwy. Warto zaufać intuicji. Takie zawierzenie tej tajemniczej sile w środku totalnego chaosu oraz wiara w to, że się uda, nieraz przekuwały się w moje największe sukcesy, były punktami zwrotnymi. Czasem wręcz ratowały mi życie.

 

Które momenty z pani zawodowego życia były takimi punktami zwrotnymi?

Trudno wartościować. Na pewno reakcje dzieci z Biesłanu były czymś takim. Dla mnie ważne jest to, że zawsze byłam uczciwa wobec moich bohaterów. Nigdy nie złamałam złożonego im przyrzeczenia.

 

Często utrzymuje pani kontakt ze swoimi bohaterami?

Z dziećmi Biesłanu kontaktowałam się przez pięć lat, bo z góry umówiliśmy się, że po tym czasie do nich wrócę. Ale nie zawsze tak jest. Mimo chęci zwykle po paru miesiącach to się urywa. Siłą rzeczy.

 

A zdarzyło się pani, choćby nieświadomie, skrzywdzić swojego bohatera?

Na pewno nigdy z premedytacją tego nie zrobiłam. Ale jeżeli wbrew mojej dobrej woli i wbrew temu, jakie były warunki, bohater poczuł się potraktowany nie fair,
to trudno mi za to odpowiadać. Taką sytuację miałam przy filmie o Smoleńsku. Jedna z bohaterek, która świadomie zgodziła się na udział w filmie, potem wylała na mnie kubeł pomyj. Najpierw uprzejmie się zgodziła, potem rozmawiałyśmy przez półtorej godziny, nie spieszyła się, nie narzekała. Miło się pożegnałyśmy. A potem okazało się, że w jej mniemaniu wszystko jest źle.
A przecież użyłam tam autentycznych, niezmanipulowanych w żadnym stopniu fragmentów jej wypowiedzi.

 

Próbowała to pani wyjaśniać?

Nie. Zdałam sobie sprawę, że nawet gdybym bardzo się starała, to wszystko trafi w próżnię.

 

Jakie cechy powinien posiadać dobry dokument i kim powinien być dobry dokumentalista?

Dobry dokument to taki, który zostanie przez widza na długo zapamiętany i który stanie się punktem odniesienia przy szukaniu odpowiedzi na trudne pytania współczesnego świata. Dobry dokumentalista powinien umieć taki film stworzyć. Postarać się znaleźć nieograny, a przy tym chwytliwy sposób na pokazanie tematu i poszukać bohaterów, z którymi widz będzie mógł się identyfikować. Ja dość szybko się zorientowałam, jak bardzo osobowość reżysera decyduje o tym, jaki powstanie film. Jak duży ma to wpływ na styl i narrację. Twoje osobiste cechy odciskają silne piętno na tym, co tworzysz. Ja na przykład jestem bardzo ciekawska...

 

Bez tego chyba nie da się uprawiać tego zawodu?

Zgadza się. Ale ja mam tego w nadmiarze. Ciekawi mnie świat, ludzie. Z tego nadmiaru często rodziły się najlepsze moje pomysły. Jestem zwierzęciem stadnym na wskroś, lubię ludzi. Choć bardzo lubię też moje momenty samotności. Myślę, że w tym zawodzie ważne jest wyzbycie się stereotypów w myśleniu. Nie można dać się wpuścić w kanał. Ktoś kogoś zaszufladkował, nadał mu etykietę, a my ślepo w to wierzymy, bo wiele osób przed nami to potwierdziło. Nie! Zawsze trzeba dojść do własnych wniosków. Sprawdzić, zweryfikować i dopiero oceniać. Wypracowanie w sobie mechanizmu niezależnej, niezaangażowanej oceny – to podstawa. To pozwala na stworzenie wiarygodnego, dobrego merytorycznie materiału. Ważne są też upór i determinacja. Ja na przykład kompletnie nie uznaję słowa „nie”. Gdy ktoś wyrzuca mnie drzwiami, natychmiast wchodzę oknem i dalej drążę, dopóki nie pojawi się „tak”. Dobry dokumentalista to również ktoś, kto jest wielozadaniowy, kto umie ogarnąć wiele spraw naraz. Ważna jest elastyczność w działaniu. Zawsze trzeba mieć plan B i umieć zareagować, wcielić go w życie, gdy plan A nie wypala.

 

Coś jeszcze?

Świetne przygotowanie merytoryczne. Bo to determinuje całą resztę. Plus zdrowa doza pokory w stosunku do zawodu. Najbardziej niebezpieczna jest sytuacja, gdy jeszcze przed podjęciem tematu wydaje ci się, że już wszystko wiesz, że nic cię nie zaskoczy. To jest sygnał, że czas zmienić zawód i zacząć sprzedawać marchewkę w sklepie.

 

Najlepsi aktorzy mówią czasem, że nawet po 50 latach pracy na scenie mają tę samą tremę co na początku. Albo i większą.

Dokładnie. Kiedy ktoś mnie pyta, który ze swoich filmów uważam za najlepszy, zawsze mówię, że ten, którego jeszcze nie zrobiłam. Krótko mówiąc: „jesteś tak dobry, jak twój ostatni film”.

 

Ewa Ewart

Ur. w 1956 r. Dziennikarka i reżyserka filmów dokumentalnych, absolwentka iberystyki UW. Przez lata związana z BBC, ostatnio z TVN. Laureatka nagrody A. Woyciechowskiego, Wiktora, Mediatora i Royal Television Society. Nominowana do Emmy. W ub. roku wydała książkę biograficzną Widziałam.

Najważniejsze filmy:

ETA: Wyjście z cienia, 1998
Uśmiech historii, 1998
Wojna kokainowa, 2000
Rosja: Miasto trujące, 2003
Przepustka do piekła, 2004
Dzieci Biesłanu, 2005
Gorbaczow. Człowiek, który zmienił świat, 2011
W milczeniu, 2011
Zdobyć miasto, 2014