Niech Kraków drży z obawy. Na Dolnym Śląsku rośnie mu bowiem potężna konkurencja –Świdnica, miasto pod wieloma względami wyjątkowe. Powody jego niezwykłości wyliczać można długo. Mieszkała w nim Marysia Kunicka, niezwykła kobieta, która dała nazwę jednemu z kraterów na Wenus, i Manfred von Richthoffen, Czerwony Baron, najsłynniejszy lotnik I wojny światowej.

 W centrum, niemal obok siebie, stoją dwie wspaniałe świątynie; protestancki Kościół Pokoju, zbudowany bez użycia jednego gwoździa, i monumentalny kościół pw. Świętych Stanisława i Wacława, z trzecią pod względem wysokości (103 metry) wieżą w Polsce. W tej materii Świdnicę przebiły tylko wieże Jasnej Góry i całkiem niedawno Lichenia. Najważniejsze jest jednak to, że zabytkowe miasto bez przerwy tętni życiem. Knajpki, podziemne puby, mnóstwo koncertów, wystaw i przeglądów – radosny festiwal bez początku i końca. Może dlatego Świdnicę nazywa się Małym Krakowem i – wierzcie mi – jest to miano całkowicie zasłużone.
Lawendowy rynek. Oczywiście, zaraz po przyjeździe do Świdnicy można pobiec odkrywać zabytki, wdrapać się na wieżę, obcować z historią przez duże H. Ale może najpierw malutka chwila przyjemności? Na przykład przy kawie i fantazyjnej pralince? W pobliżu Rynku działa słynna Manufaktura Czekolady „Chocoffee”, której właściciel Jacek Sikora jest jeszcze większym oryginałem niż jego czekoladki. W Paryżu skończył szkołę znanego mima Marcela Marceau, studiował medycynę, potem odpoczywał od marności świata w dzikich zakątkach Syberii. W końcu osiedlił się na Dolnym Śląsku i postawił na czekoladę. Choć wszyscy dookoła wróżyli mu klapę, on uparł się na fabrykę, a właściwie fabryczkę pralinek. Jacek o czekoladzie wie wszystko i opowiada o niej z ogniem w oczach. Najważniejsza wiedza, jaką wyniosłam po wizycie w jego manufakturze, to ta, że prawdziwa czekolada nigdy nie rozpuszcza się w dłoni. Dopiero w ustach. Dlatego właściciel „Chocoffee” bez przerwy eksperymentuje. Pominę takie drobiazgi, jak pralinka z chilli – to jedyna przyprawa, która nie zmienia smaku czekolady – miętowe wiśnie w białej polewie, marcepanowe cegiełki z pomarańczą czy kokosowe usta. Jacek Sikora wymyślił jeszcze czekoladkę z pleśniowym serem, której smaku opisać się nie da, po prostu trzeba jej skosztować. Potem jej smak zawsze już będzie kojarzył się z wizytą w Świdnicy.
O ile ulice wokół Rynku pachną czekoladą, to samo serce miasta ma zapach lawendy. Beata i Tomasz Norbertowie założyli w kompleksie ratusza „Cudawianki”. Zaczęli od pałki lawendy przywiezionej przez ciocię z Ameryki, a teraz mają czterohektarowe pole tych ziół. Kiedy w ciepłe dni otwierają okna swojej lawendowej galerii, wszystko dookoła pachnie. Zapach tańczy po misternych płaskorzeębach na domach, przysiada na kamiennych portalach, w końcu spada na piwne ogródki. Zabytkowe centrum Świdnicy zalicza się do najcenniejszych, obok wrocławskiego, zespołów staromiejskich na Śląsku. Rynek z barokowym ratuszem otaczają bogato zdobione kamienice, narożników rynku pilnują cztery zabytkowe fontanny oraz imponująca kolumna św. Trójcy. Raz w miesiącu w cieniu zielono-żółtych kamienic rozkłada się giełda staroci. Z całej Polski przyjeżdżają kolekcjonerzy i wtedy wśród ton antyków i staroci można znaleźć nie tylko wykwintną porcelanę, modne chwilowo popiersia Lenina, militaria z wykopków, ale i takie rarytasy, jak grafiki Mai Berezowskiej. W niedzielne poranki świdnicki rynek tętni pełnią życia. Tak było podobno i przed laty, już w XV wieku w mieście pracowało aż 113 karczmarzy, w karczmach zaś emocje pękały najczęściej. Dlatego rada miejska wydała 27 rozporządzeń, zabraniając m.in. gry w karty i kości, wykręcania się od mszy świętych i zastępowania ich spacerami oraz piciem wódki, a także „noszenia wstrętnych pludrów i wymyślnych strojów”. Nie wiadomo, czy mieszczanie posłuchali, bo dziś trudno zliczyć w Świdnicy knajpki i restauracje.


W „Śródziemiu” podają wymyślne sałatki, pizze i owoce morza po przystępnych cenach, do kultowego „Bunkra” w podziemiach pruskich fortów chodzi się na piwo, a na kawę i ciasta do „Cafe 7” w zabytkowym kompleksie Kościoła Pokoju. Klimatyczną kawiarenkę w dawnej stróżówce prowadzi Bożena Pytel, prywatnie żona pastora, z zamiłowania fotografik. Desery okraszone są więc pracami pani pastorowej, przedstawiającymi głównie piękno wnętrz świątyni i... starych krzeseł. A i otoczenie jest tu niezwykłe: stara dzwonnica, zabudowania gospodarcze i mroczny cmentarz wokół kościoła – został tu pochowany m.in. twórca pierwszej rakiety tenisowej na kontynencie. Część wypielęgnowana, część malowniczo zarośnięta. Widok z wieży Świdnica ma szczęście do niezwykłych ludzi i niezwykłych zabytków. Dwa najwspanialsze z nich to kościół parafii Świętych Stanisława i Wacława i ewangelicki Kościół Pokoju. Budowa tego pierwszego rozpoczęła się w 1330 roku. W środku gotyckie dzieła sztuki, wspaniałe rzeźby i obrazy. Wznoszenie 103-metrowej wieży ukończono w 1565 roku, ale od samego początku była nieco pechowa. W 1532 roku na przykład na górę wszedł ówczesny wójt Franz Glogisch wraz z synem. Tam odpalili stojące na wieży działko. Płonące szmaty z lufy spadły na pokryty gontem dach kaplicy kramarzy i spowodowały wielki pożar. Zawaliło się wówczas m.in. sklepienie nawy środkowej, część fasady, spaliło się większość ołtarzy, dziewięć dzwonów i dwa zegary. Wójt uciekł przed sprawiedliwością do Nysy, jednak świdniczanie dopadli lekkomyślnego urzędnika i postąpili z nim tak, jakby właśnie Bóg ich opuścił. Zatłukli Glogischa na śmierć pałkami. I dzisiaj wejście na wieżę to prawdziwe przeżycie, setki stromych schodów zabierają oddech, jednak widok z góry rekompensuje wszelkie trudy. Stąd widać dwie Świdnice, tę starą, zabytkową, spokojną i gdzieś na horyzoncie tę nowoczesną, pełną bloków.
Wśród zieleni majaczą szachulcowe ściany Kościoła Pokoju, wzniesionego po pokoju westfalskim bez użycia cegieł, kamie-ni i choćby jednego gwoździa. Zgodnie z cesarskim nakazem takie świątynie powstawały z drewna, gliny oraz słomy, tak by można było je łatwo zniszczyć i uniemożliwić kryjówkę ewentualnym wrogom. Na świecie wzniesiono tylko trzy takie obiekty, zachowały się dwa, drugi znajduje się w Jaworze. Obydwa znalazły się w 2001 roku na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, jako świadectwo architektoniczne i artystyczne wiary wspólnoty religijnej i woli jej przeżycia.
Choć z zewnątrz pozornie skromny, Kościół Pokoju ma aż 27 wejść, a każdy fragment budowli jest polichromowany. Wnętrze wypełniają wielobarwne wzory, empory zdobią insygnia cechowe, dokoła wiszą portrety zmarłych. Przeszklona, luksusowa loża należała do rodu Hochbergów. Regularnie odbywają się tu koncerty organowe i nawet jeśli nie jest się zbyt entuzjastycznym miłośnikiem takiej muzyki, warto to przeżyć. Dźwięk organów budzi do życia setki aniołów, figur i malowanych postaci, tak że wydaje się, iż cały kościół tańczy. Warto również zajrzeć na strych świątyni, gdzie stoją skąpane w kurzu i magii krzesła, na których przed wiekami siedzieli wierni. To je właśnie uwielbia fotografować Bożena Pytel, a komu uda się uprosić pastorową, by pozwoliła wejść na samą górę, przeżyje niemal mistyczną przygodę.
Kobiety są z Wenus. Przed wiekami również nie brakowało w Świdnicy wyjątkowych kobiet. Do dziś w Rynku stoi Dom pod Złotym Chłopkiem, w którym mieszkała pierwsza wielka emancypantka XVII wieku, jedna z najsławniejszych astronomek świata. Maria Kunicka urodziła się w 1604 roku, a wiek później na rycinie zdobiącej atlas nieba została przedstawiona między najwybitniejszymi astronomami – Ptolemeuszem, Galileuszem, Keplerem i Kopernikiem. Kochała gwiazdy i dlatego co noc wychodziła na dach swojej kamienicy, żeby obserwować niebo. I tym podpadła nie tylko sąsiadom, ale i miejskim rajcom. Oni właśnie skarcili panią astronom za nocną nadaktywność odsypianą w czasie dnia. Nasza Marysia nie przejmowała się tym jednak, obliczała i korygowała trajektorie planet Układu Słonecznego, obserwowała Wenus i Jupitera, określiła kształt planety Wenus oraz zmiany jej faz oświetlenia. Dzięki jej obliczeniom trajektorii planet możliwe były podróże kosmiczne statków bezzałogowych na Marsa i Wenus oraz załogowych na Księżyc. Jej nazwiskiem oznaczono jeden z największych kraterów na Wenus.

Opowieść o Marii być może zaintryguje turystki zwiedzające Świdnicę, ale w czasie gdy będą pić kawę lub biegać po sklepach – rynek to prawdziwe zagłębie ciekawych ciuchów – panowie z pewnością wybiorą mocniejsze wrażenia. Czasami wydaje mi się, że Świdnica jest za małym miastem na tyle atrakcji, bo kto to widział, żeby pod samym kościołem znajdowało się jeszcze Muzeum Broni i Militariów. Jego właściciel, emerytowany ślusarz Stanisław Gabryś, gromadzi tu bagnety z całego świata, karabiny, hełmy, mundury, pociski i moędzierze. Kolekcja znajduje się w obrębie dawnych fortyfikacji miejskich pamiętających Fryderyka Wielkiego. Natomiast w parku, po drugiej stronie rynku, miłośnicy historii mogą odwiedzić innego twardziela, Manfreda von Richthoffena, znanego w świecie jako Czerwony Baron. Diabeł w samolocie. Zwykł mawiać: „Jeśli wyjdę z tej wojny żywy, będę miał więcej szczęścia niż rozumu”. W pamięci wszystkich zapisał się jako najsłynniejszy lotnik I wojny światowej. Manfred von Richthoffen w wieku 9 lat przyjechał z rodzicami do Świdnicy. Szybko doszedł do wniosku, że musi robić coś porywającego, i zaczął się szkolić w pilotażu. Szło mu różnie, latał ostro, rozbił po kilka samolotów. W sierpniu 1916 roku dostał propozycję przejścia do elitarnej 2 eskadry myśliwców we Francji, błyskawicznie ukończył szkolenie i niemal od razu zaczął przechodzić do legendy. W ciągu trzech miesięcy strącił 16 maszyn. Do kwietnia 1918 roku miał już na koncie 80 wrogich samolotów. Po ósmym zwycięstwie otrzymał Pour le Merite, najwyższe odznaczenie w cesarskich Niemczech. Mimo że samoloty w jego eskadrze miały pomalowane na czerwono ogony, on przemalował swoją maszynę na czerwono w całości. Francuzi zaczęli go nazywać Czerwonym Diabłem, Anglicy zaś Czerwonym Baronem. Wkrótce piloci Manfreda też przemalowali swoje samoloty na kolor krwi, co wprowadziło sporo zamieszania wśród przeciwników, którzy nie wiedzieli, czy walczą z baronem, czy z kimś innym. Długo zresztą nie zorientowali się, że Czerwonych Diabłów jest więcej.
Baron Manfred von Richthoffen zginął nad Somą we Francji w wieku 26 lat, na dzień przed planowanym urlopem. Na jego pamiątkę w obecnym Parku Sikorskiego został posadzony tzw. Dąb Richthoffena, postawiono też głaz pamiątkowy. W 1928 r.  powstało mauzoleum słynnego lotnika, z którego do dziś zachowały się nikłe resztki. Ciągle dumnie prezentuje się za to willa jego rodziny. W jej pobliżu znajduje się podziemny schron wzmacniania sygnału telekomunikacyjnego z 1936 roku,
z czynnymi do dziś systemami klimatyzacji, wentylacji, agregatów prądotwórczych. Tam ma powstać wystawa eksponatów związanych z historią lotnictwa oraz życiem asa przestworzy.
Centrum Świdnicy niemal nie zmieniło się od czasów Richthoffena. Labirynty zabytkowych uliczek, tajemnicze zaułki, malutkie sklepiki – jakież są tu cukiernie! – to wszystko nadaje jej niepowtarzalny klimat. Spacerując po mieście, zawsze zadzieram głowę do góry. Zdobienia szczytów domów, płaskorzeźby i figury dodają budynkom uroku. Wieczorem oświetlony rynek zawsze będzie mi się kojarzył z „Opowieścią wigilijną”. W blasku starodawnych latarni, w cieniach rzucanych przez fontanny, wszystko się przecież może zdarzyć.