Reklama

Spis treści:

  1. Yakushima
  2. Ishigaki
  3. Iriomote
  4. Yakushima, Ishigaki, Iriomote – jak zaplanować podróż

Prom, którym wypływam z portu w Kagoshimie, na południowym krańcu wyspy Kiusiu, przecina spokojne wody zatoki o tej samej nazwie co port i prefektura. Wreszcie wynurzamy się z jej gardzieli. Po lewej stronie mijamy przylądek Sata z niedużą białą latarnią na skalistym wzgórzu o stromych zboczach i wpływamy na otwarte morze.

Prom zaczyna się kołysać. Unosi się i opada w jednostajnym takcie. Morze Wschodniochińskie tego dnia jest wzburzone. Z zewnątrz słychać świst wiatru i trzask fal rozbijających się o burty. Wraz z pozostałymi pasażerami leżymy na matach. Niektórzy drzemią, inni niemo wpatrują się w ekran telewizora, po którym przepływają migotliwe stalowe pasy. Po nieco ponad dwóch godzinach rejsu przez trzeszczący głośnik rozlega się komunikat: „Zbliżamy się do Yakushimy”.

Yakushima

Przede mną porośnięte zielenią góry, których wierzchołki giną w chmurach. Wysiadam z promu na chwiejnych nogach. Dobrze poczuć pod stopami twardy grunt. Miasteczko jest niewielkie i już na pierwszy rzut oka widać, że port jest jego sercem. Zatrzymuję się w niedużym hoteliku, który mieści się w kilkupiętrowej kamienicy. Na parterze działa sklep wędkarski; wyspa znana jest wśród amatorów morskich połowów jako doskonała baza wypadowa.

Yakushima ma kształt zbliżony do okręgu, pośrodku którego wyrasta wierzchołek góry Miyanoura (1935 m n.p.m.). Znana jest z dziewiczego lasu i żółwi morskich, które co roku przybywają na tutejsze plaże w czerwcu i lipcu, by złożyć jaja.

Następnego dnia wczesnym rankiem ruszam w drogę. Niebo wschodzi fioletem, który zmienia się w purpurę, aż wreszcie rozlewa się pięknym błękitem. – Pogoda na Yakushimie zmienia się bardzo często, a deszcz – jak mówi miejscowe powiedzenie – pada 35 dni w miesiącu – w głowie pobrzmiewają mi słowa właściciela hoteliku, który przywitał mnie poprzedniego dnia serdecznym uśmiechem.

Las cedrów

Tymczasem autobus, którym jadę w głąb wyspy, wspina się po stromym zboczu. Jego silnik głośno ryczy. Wreszcie zatrzymuje się na jednym z przystanków. Wysiadam i zanurzam się w gęstym lesie. Ścieżka prowadzi mnie wśród rosłych cedrów. Mają strzeliste i proste pnie, a ich zielone korony przepuszczają niewiele światła. Po drodze zatrzymuję się przy wielkim pniu. To pozostałość po gigantycznym drzewie z tego gatunku, które zostało wycięte ponad trzy stulecia wcześniej. Jest tak wielkie, że dorosły człowiek mieści się w jego wnętrzu. – W czasach feudalnych cedry na Yakushimie były intensywnie wycinane. Produkowano z nich gont słynący z trwałości – opowiada przewodnik, który towarzyszy mi tego dnia.

Yakushima
Yakushima fot. Shutterstock

Kolejne dwa drzewa rosną tuż obok siebie i złączone są grubym konarem. – Nazywamy je Meoto-sugi, czyli Cedry Męża i Żony – wyjaśnia mój opiekun. – Ten grubszy to mąż. Jest starszy od małżonki o 500 lat.

Ścieżka, która prowadzi po drewnianych kładkach, a potem bitym traktem, wznosi się i opada. Po pięciu godzinach marszu docieramy do celu. Przed nami wyrasta pomarszczony i dziwacznie wykrzywiony pień. – Jomon-sugi znaczy: „cedr z ery Jomon” – tłumaczy przewodnik. – Choć jego rozmiary nie są imponujące, jest to najstarsze żyjące drzewo na całym archipelagu.

Rzeczywiście, wśród tylu potężnych okazów ten nie robi aż takiego wrażenia: ma „tylko” 25 m wysokości i 5 m obwodu pnia. Jednak gdybym zobaczył go na łące, bez towarzystwa, byłoby zupełnie inaczej. – Nikt nie wie, ile dokładnie lat on sobie liczy – dodaje przewodnik. I raczej nie dowiemy się tego aż do jego śmierci. Jego wiek szacuje się na 2 do 7 tys. lat.

Wpatruję się w ten cud natury i niemal fizycznie czuję, jak wielka siła i energia z niego bije. Warto było wstać przed świtem i maszerować wiele godzin. Niestraszne mi też pięć godzin, które zajmie mi droga powrotna. Tym bardziej że wędrować będę przez prastare lasy, które stały się inspiracją dla twórców animowanego filmu „Księżniczka Mononoke” w reżyserii Hayao Miyazakiego ze słynnego studia Ghibli.

Ishigaki

Samolot, którym wyruszyłem z Nahy, niesie mnie na południe. Wyglądam przez okno. Pod nami ciągnie się archipelag wysepek na turkusowym morzu. Kursujące pomiędzy nimi promy i kutry rybackie wyglądają jak mikroskopijne żuki.

Lecę na Ishigaki, największą wyspę wysuniętego najdalej na południe i zachód Japonii archipelagu Yaeyama. Wchodzi on w skład prefektury Okinawa, której stolica mieści się w mieście Naha. Dzieli je 400 km. Japończycy przybywają tu w poszukiwaniu wytchnienia i tropikalnej pogody. To doskonałe miejsce do nurkowania, snorklingu albo po prostu odpoczynku na plaży.

Z lotniska ruszam do centrum. Miasto Ishigaki jak na japońskie standardy nie jest duże, ale na archipelagu uchodzi za metropolię. Uliczki tętnią życiem, choć jego tempo jest wolniejsze niż na północy. – Nie ma się po co śpieszyć – mówi do mnie uśmiechnięty sprzedawca w jednym ze sklepików w zadaszonej uliczce handlowej. – Wszystko ma swój czas.

Sekrety długowieczności

Mieszkańcy prefektury Okinawa słyną ze zdystansowanego podejścia do życia i czasu. – Pomaga nam moai – dodaje kupiec. Moai to rozbudowana sieci międzyludzkich więzi: rodzinnych, sąsiedzkich i towarzyskich, która sprawia, że trudno poczuć się tutaj samotnym. – Ważny jest też ikigai, czyli powód, by każdego ranka wstać z łóżka, cel, który nadaje życiu sens.

To wszystko sprawia, że długość życia jest tutaj największa w całej Japonii. Statystycznie prawie 68 na 100 mieszkańców Okinawy dożywa stu lat. I rzeczywiście widać to na ulicach. W Ishigaki co chwila mija mnie dziarski staruszek, zwykle uśmiechnięty od ucha do ucha.

Na obiad wpadam do niedużej restauracji serwującej miejscowy przysmak zwany chanpurū, czyli miks smażonych w oleju kawałków tofu, jajek, melona goya (gorzkiej w smaku przepękli ogórkowatej) i kiełków fasoli mung. Potrawa jest smaczna i sycąca, na tyle jednak, by – zgodnie z popularną tutaj zasadą – pozostawić nieco miejsca w żołądku.

Zatoka Kabira

Ishigaki słynie również z wołowiny, która pochodzi z hodowanych na wyspie czarnych krów rasy kuroge washu, które dawno, dawno temu przywieziono tutaj z Chin. Obiecuję sobie, że w drodze powrotnej skosztuję miejscowego przysmaku. Tymczasem opuszczam miasto i wśród plantacji trzciny cukrowej, na których właśnie trwają żniwa, jadę do zatoki Kabira.

Autobus toczy się wolno wzdłuż wybrzeża. Mijamy plażę Fusaki, niewielki zagajnik mangrowców i kilka wiosek. Po trzech kwadransach docieram do niedużej osady. Ścieżka prowadzi na punkt obserwacyjny. Wspinam się po schodkach i wreszcie rozciąga się przede mną widok na złotą piaszczystą plażę i szmaragdowe wody usiane zielonymi wysepkami. Wielu Japończyków uważa zatokę Kabira za najbardziej fotogeniczną w całej Japonii. Nie sposób się nie zgodzić.

Po wodzie krążą łodzie o przeszklonych dnach. Wsiadam na pokład i wraz z grupką japońskich miłośników morskiej fauny i flory podziwiam podwodny świat: ławice kolorowych ryb, skorupiaki, żółwie, sznury wodorostów i traw. Ishigaki to dla wielu cel podróży, ale dla mnie jest to tylko przystanek – brama do południowych wysp. Ruszam stąd dalej.

Iriomote

Szybki prom z Ishigaki unosi się i opada na wzburzonym morzu. Wypatruję lądu z górnego pokładu. Wreszcie jest. Ciemny kontur na horyzoncie, który nabiera detali z każdą chwilą. Mijamy długi falochron i wpływamy do niewielkiego portu. Przyklejone do niego miasteczko skąpane jest w słońcu. Górują nad nim porośnięte gęstym lasem wzgórza. Jestem na Iriomote – zielonej perle archipelagu Yaeyama w prefekturze Okinawa, na południowym krańcu Wysp Japońskich. Bliżej stąd do Tajwanu niż do Tokio.

Iriomote
Iriomote fot. Shutterstock

Wyspa liczy nieco mniej niż 290 km² i w przeważającej części pokryta jest zieloną dżunglą oraz lasami mangrowymi. Jedynie wzdłuż wybrzeży teren się spłaszcza i poddaje człowiekowi. Leży tam kilka miasteczek otoczonych przez niewielkie pola ryżowe, plantacje ananasów, mango i trzciny cukrowej. Duża część powierzchni Iriomote wchodzi w skład najdalej na południe wysuniętego parku narodowego w Japonii: Iriomote‑Ishigaki.

Górski kot

Przypływam tu z pewną misją – by odnaleźć Iriomote yamaneko, czyli „górskiego kota z Iriomote”. Ten odkryty w 1965 r. endemiczny gatunek żyje wyłącznie na tej wyspie i ma status skarbu narodowego. Jest zwierzęciem zagrożonym wyginięciem. Miejscowi nazywają go yamamayaa – „kotem z gór”, albo yamapikaryaa – „świecącym w górach”. Na zdjęciach, które wcześniej oglądałem, miał on brązową lub ciemnoszarą sierść, jasnobrązowe oczy oraz uszy o zaokrąglonych czubkach.

Szanse na spotkanie z kotem są bardzo małe – studzi mój entuzjazm pan Sato, właściciel hoteliku o nazwie Pole Trzciny Cukrowej, w którym się zatrzymuję. – Po pierwsze to samotnicy, którzy unikają ludzi, po drugie na całej wyspie żyje ich zaledwie ok. 100, a po trzecie koty aktywne są głównie nocą. Dużo łatwiej trafić na habujadowitego węża, którego jad potrafi sparaliżować.

Sato-san wie, co mówi. Przyjechał na Iriomote przed wieloma laty w poszukiwaniu spokoju i dziewiczej przyrody. Nie zawiódł się. Został. Zna wyspę jak własną kieszeń. Niezrażony słowami gospodarza wyruszam na poszukiwania. Ruch na głównej drodze, która biegnie wybrzeżem, jest niewielki. Niemal każdy kierowca w mijającym mnie z rzadka samochodzie pozdrawia mnie, machając ręką. Droga wznosi się i opada.

Maszeruję w samotności. Tylko od czasu do czasu mijają mnie spaleni na heban żniwiarze w drodze na pola trzciny cukrowej. Kłaniamy się sobie nisko i każdy idzie w swoją stronę. Na Iriomote mieszka niecałe 2,5 tys. osób i większość zna się z widzenia, bo skupieni są w dwóch portowych miasteczkach: Uehara i Ohara. Trasa poprzecinana jest mostami. Płyną pod nią rzeki, w których ujściach rosną mangrowce. Na Iriomote jest ich aż sześć gatunków. Najbardziej charakterystyczny przywodzi na myśl prehistoryczne drzewa z filmu „Park jurajski”; ma wysokie na metr, wystające ponad taflą wody korzenie, które przypominają pofalowane szarfy.

Kajak i nocne niebo

Na brzegu jednej z rzek wynajmuję kajak. Jestem o tej porze jedynym klientem. Wkrótce wiosłuję leniwie pod prąd i zanurzam się w gęstej zieleni. Otacza mnie gęsty las namorzynowy, drzewa mają tak poplątane korzenie, że trudno rozróżnić, które jest które. Niespodziewanie zza jednego z nich wyfruwa czapla biała. Wiosłuję dalej, zostawiając za plecami drogę i cywilizację. Powracam do natury.

To wspaniałe uczucie. By nasycić się przyrodą, odkładam wiosło. Zauważam, jak wyostrzają mi się zmysły. Z otaczającego morza dźwięków wyławiam cykanie cykad i śpiew ptaków. Na wiośle siada motyl o kolorowych skrzydłach. Nieopodal na kamieniu zauważam wygrzewającą się w słońcu jaszczurkę albinosayamori. Wyspiarze nazywają ją bóstwem domowym, bo podstawą jej diety są muchy i komary, a to ułatwia życie ludziom.

– I co, nie udało się spotkać kota? – wita mnie pan Sato, gdy po wielu godzinach rejsu wracam do hostelu, i zaraz dodaje: – Spróbuj jeszcze raz nocą. Idę za jego radą. Wyruszam po zmroku. O tej porze nie ma tutaj żywej duszy. Panuje doskonała cisza. Nagle nieopodal jednego z mostów, w gąszczu przy drodze, migają mi dwa lśniące punkty.

Ruszam w tamtą stronę, ale światełka rozpływają się w ciemnościach. Czyżby był to kot z Iriomote? „Świecący w górach”? Jeśli tak, to jestem prawdziwym szczęściarzem, a jeśli nie, to… szkoda. Spoglądam w górę. Na smolistym niebie migoczą tysiące gwiazd. Mam wrażenie, że lada moment runą mi na głowę. Nagle jedna z nich zaczyna spadać. To najlepszy moment na życzenie. Chciałbym znowu tu wrócić i spotkać tajemniczego czworonoga.

Yakushima, Ishigaki, Iriomote – jak zaplanować podróż

Dojazd

  • Z Warszawy do Tokio dolecimy LOT-em. Od 4,5 tys. zł w obie strony.
  • Na Yakushimę najłatwiej dostać się z Kagoshimy. Pływają tam szybkie wodoloty (2–3 godz., 12,7 tys. jenów) oraz wolniejsze promy pasażerskie (4 godz., 6 tys. jenów).
  • Do Ishigaki dolecimy z Tokio samolotami linii ANA lub JTA (ok. 3 godz., 30–50 tys. jenów).
  • Na Iriomote nie ma lotniska. Dostać się tu można promem z wyspy Ishigaki (80 min, 1810 jenów). Kursują tu też szybsze i droższe wodoloty (40 min, 2290 jenów).

Wiza i waluta

  • Między Polską a Japonią obowiązuje ruch bezwizowy.
  • Walutą jest jen japoński; 41 JPY = 1 PLN.

Nocleg

  • Ishigakijima Hotel Cucule (Ishigaki, Misaki 8-1), nowoczesny hotel z widokiem na miasto i zatokę (2 os., ok. 700 zł).
  • Hotel Hoshitate Iriomotejima (Iriomote 949), zatopiony w zieleni, z prywatną plażą (1 os., ok. 400 zł, 2-os., 650 zł).

Transport

Autobus z centrum Ishigaki do zatoki Kabira kursuje co godzinę. Jazda trwa 45 min, cena 730 jenów.

Jedzenie

  • Na Yakushimie koniecznie trzeba spróbować wędzonej makreli (kunsei saba). Doskonałe jest też sashimi z makreli ze „złamanym kręgosłupem” (kubi-ore-saba).
  • Na Ishigaki i Iriomote warto zjeść yaeyama soba, czyli bulion z tuńczyka, wieprzowiny i wodorostów z okrągłym pszennym makaronem. Wegetarianie docenią na pewno aromatyczne curry z dynią, papają i gorzkim melonem.

Źródło: National Geographic Traveler

Nasz ekspert

Piotr Milewski

Byłem nauczycielem akademickim, handlowcem w japońskim przedsiębiorstwie, pomocnikiem kucharza na obozie dla niepełnosprawnych umysłowo w USA i Świętym Mikołajem podczas targu bożonarodzeniowego w Sapporo. Podróżowałem po Europie, Ameryce Północnej, Azji i Afryce. A teraz piszę, po polsku, angielsku i japońsku. I fotografuję. Po prostu opowiadam historie.

Piotr Milewski
Reklama
Reklama
Reklama