Reklama

Spis treści:

  1. Zginął czy zwiał?
  2. Portowe życie
  3. Najstarsze złoto ludzkości
  4. Złote Piaski nowej ery
  5. Mnisi w skale i Kamienny Las
  6. Warna – informacje praktyczne

Czy to Dunaj? – dziwię się tylko przez chwilę, obserwując przez okienko w samolocie szeroką, srebrzystą wstęgę tej drugiej co do długości europejskiej rzeki. Oczywiście! Wszak płynie ona przez 10 krajów naszego kontynentu, by tutaj, na styku Rumunii i Ukrainy, rozlać się w potężną, liczącą 800 tys. ha deltę. Z tej wysokości woda wygląda niewinnie, ale to ona przez tysiąclecia kształtowała losy tutejszych cywilizacji. Rzeka w końcu wpada do Morza Czarnego, które z góry rzeczywiście jawi się niczym wielka atramentowa plama. To właśnie ono jest moim celem. Zmierzam do letniej stolicy Bułgarii, miasta, które – jak się wkrótce okaże – ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko plażowy relaks.

Ląduję pośród zielonych wzgórz na obrzeżach 350-tysięcznej metropolii. Już w towarzystwie mojej lokalnej przewodniczki, Swietłany Wojczuk, wsiadam do taksówki. Pierwsze minuty w Warnie to zazwyczaj zderzenie z estetyką, która może być myląca. Miasto na dzień dobry funduje istny kalejdoskop wrażeń. Na początek uderza surowa architektura: dominują bloki z wielkiej płyty, na wskroś socjalistyczne w treści przypominające czasy, gdy przez siedem lat (1949–1956) miasto nosiło imię Stalin. Jednak byłoby błędem oceniać to miasto tylko przez pryzmat tych fasad.

Pomiędzy socmodernistycznymi bryłami wibruje energia. Szare ściany coraz częściej stają się płótnem dla kolorowych murali – to krzyk młodego pokolenia, które chce nadać miastu własny rytm. Na parterach bloków tętnią życiem hipsterskie kawiarnie, rzemieślnicze piekarnie i małe galerie sztuki. Warna nie jest skansenem minionej epoki.

Zginął czy zwiał?

Po kwadransie czeka mnie jednak kolejna radykalna „zmiana dekoracji”. Zza ogrodzenia, przed którym parkuje taxi, widać morze bujnej, niemal dzikiej zieleni. Ta zielona enklawa, mająca wielkość kilkunastu boisk piłkarskich i obsadzona potężnymi egzotycznymi drzewami, to jedna z najważniejszych atrakcji miasta – Park-Mauzoleum Władysława Warneńczyka. Miejsce to jest ewenementem: kurhan usypany na polu bitwy, która zmieniła losy Europy. Mauzoleum zostało otwarte 90 lat temu, w 1935 r., przez cara Borysa III. Data i miejsce nie są przypadkowe. Tutaj 10 listopada 1444 r. rozegrała się krwawa bitwa, w której raptem 20-letni polski władca, Władysław III, tragicznie zginął, stając się ostatnim wielkim krzyżowcem.

Wchodzę do wnętrza mauzoleum. Przy śnieżnobiałej kopii nagrobka (oryginał znajduje się na Wawelu) leżą świeże kwiaty. Rzeźba przedstawia króla śpiącego snem wiecznym w pełnej zbroi. Władysław dzierży w dłoniach słynny miecz koronacyjny, Szczerbiec, a u jego stóp waruje lew. To bardzo symboliczne przedstawienie króla, który stanął w obronie wolności narodów europejskich przeciw nawale tureckiej i zapłacił za to najwyższą cenę.

Spacerując alejkami parku, docieramy do miejsca, gdzie historia staje się niemal namacalna. Przewodnik wskazuje dokładnie punkt u podnóża pagórka – dawnego trackiego kurhanu – gdzie króla rozsiekli janczarzy. Władysław dosłownie stracił głowę, brawurowo, a może wręcz samobójczo, szarżując na pozycje sułtana Murada II. Fakt ten, potwierdzony przez historyków, przeczy uwłaczającym, choć romantycznym legendom, jakoby władca miał uciec przed rzezią aż na Maderę i żyć tam jako Rycerz z Synaju.

Choć Jan III Sobieski pokona Turków pod Wiedniem dopiero po 200 latach z okładem, tutejsze muzeum w osobnym pawilonie sprawiedliwie uwypukla wcześniejsze zwycięstwa Władysława, łącznie ze spektakularnym zdobyciem Sofii. Klęska pod Warną była w znacznej mierze efektem zdrady i opuszczenia go przez sojuszników – floty wenecka i genueńska, zamiast zablokować Turków, przewiozły ich armię do Europy.

W efekcie tej klęski Bułgaria i całe Bałkany do XIX w. znalazły się pod panowaniem osmańskim. Teraz, stojąc w ciszy tego parku, rozumiem głęboką wdzięczność Bułgarów wobec Jagiellona. Bił się nie tylko o chrześcijaństwo, ale także o ich wolność.

Portowe życie

Na portowym nabrzeżu, gdzie dowozi mnie taxi, najlepiej wyczuwam puls nowoczesnej Warny. Wchodzę do jednej ze stylowych tawern. Wnętrze utrzymane jest w morsko-rustykalnym stylu – dużo drewna, sieci, mapy – ale to, co dzieje się na talerzu, to już zupełnie inna bajka. Tutejsi szefowie kuchni śmiało łączą bułgarskie tradycje z modną kuchnią fusion.

Warna
Warna / fot. Shutterstock

Na stole nie mogło zabraknąć klasyki: sałatki szopskiej. Ach, te pomidory! Pachnące, mięsiste, słodkie, wyraźnie całowane słońcem! W towarzystwie jędrnych ogórków i ostrej cebuli, wszystko przykryte pierzynką słonego sera sirene, smakują wybornie. Pochłaniam je, popijając zacną rakiję, której 50-procentowy wolumen od razu uderza mi do głowy, rozgrzewając krew szybciej niż słońce. No i ta góra ryb wprost z porannego połowu – chrupiące szprotki, makrele, okonie morskie. Mogłabym się tu stołować codziennie!

Ale prawdziwym zaskoczeniem jest finał. Ten spektakularny deser molekularny serwuje mi kelner na koniec obfitego obiadu. Pucharek z lodami otacza obłok buzującej białej pary, która spływa po obrusie. To efekt błyskawicznego zamrożenia w ciekłym azocie. Smak tradycji zamknięty w futurystycznej formie. Za oknem pyszni się kilka podrasowanych galeonów, które za dnia oferują rejsy widokowe, a nocą zamieniają się w imprezowe pokłady. Warna nie śpi, Warna bawi się smakiem i formą.

Najstarsze złoto ludzkości

Jadąc dalej przez miasto, odkrywam, ile w nim oaz zieleni na czele z 80-hektarowym Parkiem Nadmorskim. Wśród setek gatunków roślin i kwiatów, eksponowanych na zadbanych trawnikach-rabatach, w podróż do podwodnego świata Morza Czarnego zaprasza jedyne w kraju akwarium.

Jednak spektakularne wrażenia fundują mi dopiero wnętrza okazałego budynku Muzeum Archeologicznego w centrum. Bułgarzy są niezwykle dumni z przechowywanego w nim słynnego Złotego Skarbu z Warny. I mają rację. To nie jest po prostu biżuteria. To najstarsze na świecie przedmioty z obrobionego cennego kruszcu. Podziwiam zamknięte w pancernych szklanych gablotach, grube na dwa palce bransolety, kolczyki, pierścionki i naszyjniki. Wszystko to wydobyto ze starożytnej podwarneńskiej nekropolii.

Historia tego znaleziska brzmi jak scenariusz filmowy. Przypadkowo odkryć miał je operator koparki w 1972 r. podczas prac w strefie przemysłowej. Ponoć archeolodzy, mierzący się z ogromem pracy w blisko 300 grobach, do szukania precjozów w ziemi musieli wynająć więźniów z miejskiej placówki detencyjnej. – Pokazywane na wystawie 3 tys. sztuk kosztowności wykonano, zanim na tronie Egiptu zasiedli faraonowie, między 4600 a 4200 r. p.n.e. – podkreśla z dumą przewodniczka Irena Dobreva. Te przedmioty są starsze niż piramidy! Mnie marzy się piękna, wyrafinowana złota zawieszka z bawołem, ale uwagę przykuwa rekonstrukcja grobu wodza, który zabrał w zaświaty kilogramy złota.

Trafiam w objęcia antyku. Pomniki dawnych bogów, fragmenty kolumn i mozaik w dalszych salach przybliżają mi historię miasta jako greckiej kolonii Odessos (założonej w 580 r. p.n.e.), a potem ważnego ośrodka imperium rzymskiego. Wspomnieniem po rzymskiej potędze są rozległe ruiny starożytnych term – czwartych co do wielkości w Europie rzymskich łaźni i największych na Bałkanach. Oczywiście ze względu na moje włoskie pasje muszę je odwiedzić. Choć część z nich zniknęła pod nowszymi zabudowaniami, zachowały się potężne ściany parteru i gdzieniegdzie oryginalne marmurowe portale.

Spaceruję po hypocaustum – antycznym ogrzewaniu podłogowym. Rzędy ceglanych słupków uświadamiają mi, że luksus nie jest wynalazkiem współczesności. Jakże bogate dzieje miała Warna – w starożytności kolonia grecka Odessos, potem pod panowaniem rzymskim, bizantyjskim, wreszcie miasto słowiańskie, którego współczesna nazwa znaczy Czarny.

Złote Piaski nowej ery

Jadę na północ. Złote Piaski to nazwa, która nie jest tylko chwytem marketingowym. Plaże kurortu oddalonego o 17 km od Warny rzeczywiście pokrywa mięciutki, lśniący w słońcu piasek. To idealne tło dla nowoczesnego wypoczynku na najwyższym poziomie.

Dziś kurort zachwyca rozmachem i elegancją. Wzdłuż linii brzegowej, w otulinie parku krajobrazowego, wznoszą się imponujące hotele o futurystycznych bryłach. Architektura śmiało korzysta ze szkła i stali, otwierając wnętrza na morską panoramę. Tutejsza baza noclegowa to światowa czołówka – obiekty wellness i spa oferują standardy, które śmiało konkurują z najlepszymi adresami nad Morzem Śródziemnym.

Plaża w Warnie
Plaża w Warnie / fot. Shutterstock

Delektuję się wykwintnym śniadaniem dostarczonym mi do pokoju. Na tacy ułożone w artystyczną kompozycję egzotyczne owoce, sery i świeże warzywa. Jem je, siedząc w podłużnym minibasenie zainstalowanym na... moim prywatnym balkonie z widokiem na morze. Istna kwintesencja hedonizmu w najlepszym wydaniu. Luksusowe kompleksy otaczają hektary wypielęgnowanych ogrodów dających cień i wytchnienie. Szerokie schody prowadzą stąd wprost na nadmorski deptak – tętniące życiem serce kurortu. Na nim koncentruje się wakacyjna energia: od miniatury wieży Eiffla i diabelskiego młyna, po eleganckie bary i sklepiki sprzedające ubóstwiane przeze mnie różane galaretki lokum – słodką pamiątkę po dominacji tureckiej.

Mnisi w skale i Kamienny Las

Luksus luksusem, ale natura wzywa. Jedziemy ze Swietłaną do monastyru Aładża położonego na terenie Parku Narodowego Złotych Piasków. Z powodzi zielonego buszu stopniowo wyłania się pionowa, 40-metrowa wapienna skała. Uformowała ją miliony lat temu jurajska Paratetyda – prehistoryczne Morze Sarmackie.

W średniowieczu pracowite ręce mnichów wykuły w niej na dwóch poziomach klasztor. Wspinam się do niego po metalowych ażurowych schodach. Barierki oddzielają mnie od wielometrowej przepaści, gdy sunę wydrążonym w skale korytarzem. Mijam kościół klasztorny, ciasne cele mnichów, kuchnie. Zamiast sprzętów – mnóstwo świętych obrazków i świec w skalnych niszach. Jak można było tak mieszkać? W zimnej litej skale wystawionej na wiatr? To było skrajne ubóstwo na miarę św. Franciszka z Asyżu.

Aby dotrzeć do kolejnego cudu natury, muszę opuścić wybrzeże i skierować się w głąb lądu. Kamienny Las (Pobiti Kamani) położony jest w zupełnie innej scenerii, po drugiej stronie miasta, ok. 18 km na zachód od centrum Warny. Z szosy filary wyglądają intrygująco, niby las greckich kolumn jakiejś zrujnowanej świątyni. Dopiero z bliska widzę, że to dzieło natury, nie człowieka.

Przede mną rozciągają się całe hektary niezliczonych skalnych filarów. Większość pikuje na kilka metrów w górę, są puste w środku, ale niektóre powalił na ziemię upływ czasu. Ściągam buty i zanurzam stopy w rozgrzanym słońcem drobnym piasku, z którego wyrastają słupy. Niektóre z nich noszą „oficjalne” nazwy wskazane w miniprzewodniku w kształcie harmonijki sprzedawanym w kasie przy wejściu. Formacja ta, podobnie jak monastyr, powstała w czasach Morza Sarmackiego, wyrzeźbiona przez wodę i czas.

Natykam się na otoczaki wyznaczające granicę tajemnego kręgu mocy, gdzie wiatr zda się szeptać do ucha opowieści o olbrzymach i bojach zapomnianych bóstw. Zaczerpniętą tutaj energię zachowam w sobie na długo.

Warna – informacje praktyczne

Dojazd

  • Bezpośrednie połączenia lotnicze z Warszawy do Warny (zazwyczaj sezonowe: czerwiec–wrzesień) oferują m.in. Wizz Air oraz LOT, a także linie czarterowe. Ceny zaczynają się od 352 zł w obie strony.
  • Z lotniska do centrum Warny i do Złotych Piasków kursuje autobus linii 409 (bilet 1–2 euro). Taksówka do Złotych Piasków to koszt rzędu 25–40 euro.

Waluta

1 stycznia 2026 r. Bułgaria zmieniła walutę na euro.

Nocleg

  • Melia Grand Hermitage (Złote Piaski): 5-gwiazdkowy gigant otoczony parkiem, położony na wzgórzu blisko plaży. Oferuje strefy spa i baseny. Cena: od 495 zł za pokój 2-os. w opcji all inclusive.
  • Sieć Grifid (Złote Piaski): hotele znane z formuły ultra all inclusive. Do wyboru m.in. rodzinny Grifid Hotel Bolero, położony przy samej plaży Grifid Vistamar lub nowoczesny Grifid Noa. Cena: od 464 zł za pokój 2-osobowy.

Jedzenie

  • Tarator: orzeźwiający chłodnik na bazie jogurtu, ogórków, czosnku, kopru i orzechów włoskich. Idealny na upały. Cena: ok. 4–6 euro.
  • Banica: tradycyjny placek z ciasta listkowego (kori) przekładany serem, szpinakiem lub dynią. Najlepsza na śniadanie w małych piekarniach. Cena: ok. 2–3 euro.
  • Kawarma to sycące danie jednogarnkowe (gulasz) z wieprzowiny i warzyw, wolno duszone i zapiekane w glinianym naczyniu. Cena: ok. 10–15 euro.

Źródło: archiwum NG

Reklama
Reklama
Reklama