Reklama

Spis treści:

  1. Kulinarna uczta w hawker center
  2. W poszukiwaniu wróżbitów
  3. Czerwone koperty i mandarynki na szczęście
  4. U stóp Boga Fortuny

Obchody Święta Wiosny, jak oficjalnie nazywa się Księżycowy Nowy Rok wypadający w tym roku 17 lutego, są spektaklem trwającym pełne piętnaście dni, który kończy się dopiero Świętem Latarni. To czas największej na świecie wędrówki ludzi, gdy miliony Chińczyków – nie tylko z kontynentu, ale i z Indonezji, Filipin czy właśnie Singapuru – wracają do rodzinnych domów.

Przygotowania do tego momentu ruszają już miesiąc wcześniej. Singapurczycy wpadają w wir generalnych porządków, które mają na celu nie tylko pozbycie się kurzu, ale przede wszystkim wygnanie z kątów złych duchów. Przed samą „godziną zero” ulice przed salonami fryzjerskimi pękają w szwach, bo ścięcie włosów jest symbolicznym gestem odcięcia się od tego, co w starym roku było złe. Drzwi wejściowe do biur, salonów masażu i kawiarni zdobią nianhua, czyli kolorowe obrazki-amulety, których tradycja sięga V wieku i taoistycznych klasztorów.

Dekoracje noworoczne River Hongbao 2026
Dekoracje noworoczne River Hongbao 2026 fot. Michał Cessanis

Dominują dwa kolory: czerwień i złoto. Czerwień to w kulturze chińskiej symbol życia, ognia i pomyślności – ma odstraszać legendarnego potwora Nian i wszelkie nieszczęścia. Złoto natomiast to oczywisty symbol bogactwa i statusu.

Kulinarna uczta w hawker center

Singapur przywitał mnie obezwładniającą wilgotnością. Powietrze jest tu tak gęste, że niemal można je kroić nożem, a pogoda to nieustanna gra kontrastów. Raz słońce oślepia blaskiem, odbijając się od szklanych elewacji, by za chwilę ustąpić miejsca gwałtownej ulewie. Ta parność i duszność to stały element krajobrazu, który nadaje miastu rytm – od szybkich kroków, po schronienie w klimatyzowanych wnętrzach metra.

Zatrzymałem się w dzielnicy Bugis, w hotelu Mercure. To jedna z najbardziej wielowarstwowych części miasta. Jej nazwa pochodzi od Bugisów – bitnych żeglarzy i kupców z Celebesu, którzy dawniej handlowali tu złotem i przyprawami. Dziś dzielnica zachwyca odrestaurowanymi kamienicami typu shophouse z ich charakterystycznymi five-foot ways – podcieniami o szerokości dokładnie pięciu stóp, które sir Stamford Raffles, założyciel miasta Singapur, nakazał budować, by chronić pieszych przed tropikalnym deszczem.

Prosto z lotniska pojechałem nie do hotelu, lecz do sąsiadującego z nim Albert Centre Market & Food Centre. To klasyczny hawker center, czyli zadaszony plac z dziesiątkami stoisk, gdzie za kilka dolarów je się najlepiej na świecie. Takich miejsc w całym Singapurze jest mnóstwo, a w 2020 roku hawker centers wpisane zostały na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Najlepsze jedzenie jest w hawker center
Najlepsze jedzenie jest w hawker center fot. Michał Cessanis

Zamówiłem zestaw obowiązkowy: Hainanese Chicken Rice oraz singapurską laksę. Kurczak po hajnańsku to historia Singapuru na talerzu. To danie Hajnanów – emigrantów z chińskiej wyspy, którzy dotarli tu najpóźniej i musieli szukać pracy w kuchniach kolonialnych rezydencji. Stworzyli danie proste i genialne: delikatne mięso serwowane z ryżem gotowanym w esencjonalnym rosole z imbirem i czosnkiem. Z kolei laksa to absolutna eksplozja smaku. To gęsta, aksamitna zupa na bazie mleka kokosowego i intensywnej pasty z suszonych krewetek, trawy cytrynowej, galangalu i chili. W środku znajdziemy gruby makaron ryżowy, soczyste krewetki i plastry ciasta rybnego. Wszystko było pyszne.

W poszukiwaniu wróżbitów

Najedzony wyruszyłem na poszukiwanie wróżbitów. Ich znalezienie wcale nie było proste. Informacje, które znajdowałem w internecie, okazały się nieprawdą. ?Fortune Centre przy Middle Road, mimo obiecującej nazwy, okazało się zamknięte na głucho w kwestii wróżb – były same bary z jedzeniem. Zacząłem pytać mieszkańców. Ci skierowali mnie do sąsiedniego Fu Lu Shou Complex (nazwanego od trzech bóstw pomyślności). Jednak i tam rzeczywistość mnie zaskoczyła – na trzech piętrach zamiast mędrców zastałem jedynie niekończący się labirynt salonów masażu i fryzjerskich atelier.

Przepowiadaczy przyszłości odnalazłem jednak na Waterloo Street, nazywanej „Ulicą Harmonii”. Jest ona miejscem, gdzie sąsiadują ze sobą świątynie różnych wyznań, a powietrze przesycone jest zapachem kadzideł i girland orchidei sprzedawanych przez kwiaciarki. Specjaliści od astrologii i numerologii siedzieli na ulicy pod parasolami rozstawionymi w rządku. Na plakatach ustawionych przed boksami reklamowali się jako mistrzowie Bazi (dosłownie „Osiem Znaków”), skomplikowanego systemu astrologicznego znanego jako „Cztery Filary Przeznaczenia”. W przeciwieństwie do zachodniego horoskopu, Bazi analizuje osiem znaków przypisanych do godziny, dnia, miesiąca i roku urodzenia. To swoisty kod kreskowy naszego losu, determinowany przez układ pięciu żywiołów w chwili przyjścia na świat. Moje zaufanie wzbudził mistrz Alex Soh, który znakomicie mówił po angielsku.

Wizyta u wróżbity
Wizyta u wróżbity fot. Michał Cessanis

– Jako Ziemny Koń w roku Ognistego Konia stajesz przed rzadką szansą. Ogień dostarcza ci energii, ale jeśli twoje Bazi pokazuje brak żywiołu Wody, możesz się wypalić w nadmiarze emocji. W tym roku musisz szukać balansu. Koń w ogniu galopuje szybko, ale tylko mądry jeździec wie, kiedy poluzować wodze. Zapomnij o ślepym pędzie. Ten rok dla Konia to czas działania opartego na strategii, a nie na szybkości. Twoje zdolności przywódcze będą się rozwijać, a umiejętność zachowania spokoju będzie największą siłą. W pracy odniesiesz sukcesy, ale tylko jeśli postawisz na stabilne, przemyślane decyzje. Jeśli chodzi o zdrowie – uważaj na kręgosłup. Twój „stelaż” potrzebuje teraz uwagi, oszczędzaj go, byś mógł pewnie stąpać po ziemi. A miłość? Ta, którą masz w życiu, będzie trwać i dawać Ci oparcie – opowiadał.

Master Soh wspomniał też o innych znakach: Tygrysy i Psy będą płynąć na fali sukcesu, bo to naturalni sprzymierzeńcy Konia. Najtrudniej będą miały Szczury, stojące w zodiakalnej opozycji do mojego znaku – dla nich to czas trudnych zmian.

Czerwone koperty i mandarynki na szczęście

Podpatrując przygotowania do wejścia w nowy rok i znając już nieco bardziej moją przyszłość, pojechałem metrem do Chinatown. To tutaj, pośród osiemdziesięciu tysięcy świateł LED rozświetlających wieczorem New Bridge Road i Eu Tong Sen Street, można przepaść na długie godziny, fotografując każdą czerwoną latarnię i każdą napotkaną instalację przedstawiającą pędzące wierzchowce.

Na tutejszych bazarach Singapurczycy zaopatrują się w hongbao, czyli tradycyjne czerwone koperty, w których wręcza się pieniądze dzieciom i niezamężnym krewnym. Kupują też dekoracje symbolizujące szczęście i dobrobyt, a zapach grillowanego Bak Kwa, słodko-słonej wieprzowiny, miesza się z aromatem świeżych mandarynek, które jako symbol złota obowiązkowo wymienia się przy każdej noworocznej wizycie.

By złapać oddech, wybrałem się do Ogrodów Botanicznych wpisanych na listę UNESCO. To miejsce zachwyca równowagą między dziką dżunglą a precyzyjnie zaprojektowanym parkiem. Przy muszli koncertowej odnalazłem też polski akcent – pomnik Fryderyka Chopina i George Sand. Odpoczynek pod gigantycznymi palmami, obserwowanie noworocznych sesji fotograficznych par młodych i wizyta w Ogrodzie Orchidei pozwoliły mi zapomnieć o zgiełku miasta. Później szukałem relaksu w stylu „jungle vibe” na wzgórzu Dempsey Hill. To dawne brytyjskie koszary ukryte w gęstej zieleni, gdzie Singapurczycy spotykają się na uroczystych, sylwestrowych i noworocznych lunchach.

Przed zachodem słońca wypłynąłem w 40-minutowy rejs po Singapore River. Na pokład tradycyjnej drewnianej łodzi – nazywanej tutaj bumboat – wsiadłem w Clarke Quay. To miejsce stanowiło niegdyś serce handlowego Singapuru: dawny kompleks magazynów i składów towarowych, gdzie przez dekady wyładowywano przyprawy, herbatę oraz kauczuk. Dziś te pieczołowicie odrestaurowane budynki, pomalowane na jaskrawe kolory, mieszczą dziesiątki restauracji i barów, tworząc najbardziej znany rozrywkowy punkt na mapie miasta. Trasa rejsu to w rzeczywistości skrócona lekcja historii architektury. Sunąc po gładkiej tafli wody mijałem kolejne historyczne mosty: od najstarszego, żeliwnego Cavenagh Bridge, po majestatyczny Anderson Bridge. Po lewej stronie mignęła biała bryła Muzeum Cywilizacji Azjatyckich oraz dawna siedziba parlamentu.

Rejs po rzece Singapur i Marina Bay
Rejs po rzece Singapur i Marina Bay fot. Michał Cessanis

Tuż przed wejściem do zatoki łódź przepłynęła obok Fullerton Hotel – neoklasycystycznego gmachu, który w przeszłości pełnił funkcję głównego urzędu pocztowego i punktu zero, od którego mierzono wszystkie odległości na wyspie. Po wypłynięciu na wody Marina Bay, przed dziobem ukazał się Merlion – mityczny symbol Singapuru z głową lwa i ciałem ryby, nieustannie wyrzucający z paszczy strumień wody. Gdy słońce zaczęło powoli chować się za horyzontem, panorama miasta nabrała złotych barw.

Nad całą zatoką dominuje sylwetka Marina Bay Sands: architektoniczny fenomen składający się z trzech potężnych wież połączonych na wysokości dwustu metrów ogromnym tarasem w kształcie statku. Tuż obok lśniła futurystyczna bryła ArtScience Museum, przypominająca otwarty kwiat lotosu, a po przeciwnej stronie zatoki widać było najeżone kopuły centrum kulturalnego Esplanade, które z powodu swojej charakterystycznej struktury nazywane jest przez mieszkańców „Durianem”.

U stóp Boga Fortuny

Sylwestrowy wieczór spędziłem w Gardens by the Bay. Ten 101-hektarowy, futurystyczny park to prawdziwe płuca Singapuru, zdominowane przez Supertreesstalowe, pionowe ogrody sięgające pięćdziesięciu metrów wysokości. Te giganty, porośnięte setkami tysięcy roślin, nie tylko zbierają deszczówkę i zasilają nocne iluminacje dzięki ogniwom słonecznym, ale stanowią też tło dla festiwalu świateł River Hongbao, który w 2026 roku świętuje swoje czterdziestolecie.

Wewnątrz Flower Dome, gigantycznej szklarni, przygotowano niezwykle kolorową wystawę Spring Blossoms. Osiem koni naturalnej wielkości, ręcznie wykonanych przez rzemieślników z Chin przy użyciu technik z czasów dynastii Tang, zdaje się pędzić pośród orchidei, śliw i bambusów. Inspiracją dla tej instalacji był słynny obraz Ba Jun Tu, przedstawiający osiem rumaków będących symbolem witalności i sukcesu. Całość osadzono w estetyce ogrodów Jiangnan, znanych ze swojej harmonii, gdzie odwiedzający mogą przejść przez księżycowe bramy i odpocząć w tradycyjnych pawilonach. Tuż przy wyjściu uwagę przyciąga Blooming Drum of Spring, bęben udekorowany motywami lotosu. Zgodnie z przysłowiem „uderzenie w kwiatowe bębny zwiastuje przybycie wiosny”, dźwięki i obrazy zlewają się tu w jedno wielkie święto odrodzenia.

Gardens by the Bay w Singapurze pokaz świetlny
Gardens by the Bay w Singapurze - pokaz świetlny fot. Michał Cessanis

Podświetlone dekoracje na festiwalu River Hongbao, wykonane tradycyjną metodą z jedwabiu i drutu, zapierały dech. Pokaz muzyczny wśród ogromnych, 50-metrowych Supertrees przyciągnął tłumy Singapurczyków i turystów. Na wielkiej scenie trwały koncerty i występy taneczne, a nad wszystkim górował Bóg Fortuny. Podświetlany od środka, monumentalny posąg lśnił czerwienią i złotem. Zrobiłem sobie przy nim zdjęcie – na szczęście, bo w Roku Ognistego Konia każda porcja pomyślności się przyda.

Nasz autor

Michał Cessanis

Od 14 lat redaktor prowadzący i sekretarz redakcji National Geographic Traveler oraz autor podróżniczej serii „Do zobaczenia” w Dzień Dobry TVN i TVN Style. Dziennikarz, który od lat życie spędza w drodze, łącząc pasję do eksploracji z rzetelnym warsztatem reportażysty. W swoich tekstach szczególną wagę przywiązuje do detali, historii spotykanych ludzi oraz ochrony dzikiej natury. Autor książek: „Opowieści z pięciu stron świata” i „Made in China”. Jako ambasador plebiscytu „Cuda Polski National Geographic Traveler” z równą pasją odkrywa nieznane zakątki kraju, co najdalsze krańce globu. Ma w genach ciekawość świata i otwartość na inne kultury. Nie straszne są mu ekstremalne warunki czy bariery językowe – dla niego to nie przeszkody, lecz paliwo do działania i tworzenia angażujących opowieści.
Michał Cessanis
fot. Michał Cessanis
Reklama
Reklama
Reklama