Czy można odpocząć w Tajlandii? Moim zdaniem – nie! Po co tracić czas na sen, skoro wokół taka moc atrakcji?

Na Patpong wcześniej czy później trafiają wszyscy, którzy lądują w Bangkoku – bo kto zdoła przezwyciężyć chęć zobaczenia najbardziej rozrywkowego miejsca świata? Ja przyjechałam tu niemal wprost z lotniska, mimo że od 20 godzin nie zmrużyłam oka. Teraz mam wrażenie, jakbym była w delirium tremens. Oślepiają mnie tysiące neonów, uszy gwałci kakofonia dźwięków, nos atakują zapachy wydobywające się  z niezliczonych jadłodajni. Nie mogąc im się oprzeć, kupuję porcję green curry, po którym usta puchną mi do rozmiarów cudownie zmysłowych warg Naomi Campbell. Przedzieram się między straganami obwieszonymi girlandami ubrań, przytłoczonymi stosami bransoletek, armiami figurek Buddy, paczkami kadzidełek i łańcuchami świątecznych lampionów. W głowie się nie mieści, że można wyprodukować takie ilości towaru. Mijam kolejne salony piękności, gdzie turystki fundują sobie ekspresowy manicure i pedicure – ja wybieram masaż. Tyle się nasłuchałam o tajskich specjalistach, że czas ich przetestować. Żylasta pani poniewiera moje ciało, gniecie je i miażdży, zwija w precel, po czym wyciąga, aż trzeszczy. Po takim zabiegu wyglądam wprawdzie jak ofiara przemocy domowej (siniaki), ale czuję się cudownie lekko, niczym nowo narodzona wracam na ulicę.

– Ping-pong show? – jakiś facet wciska mi do ręki menu, i bynajmniej nie jest to karta dań. Słyszałam o tym spektaklu i wiem, że nie powinny go oglądać grzeczne panienki. Żyletka, zakapslowana butelka, piłeczka pingpongowa – jest absolutnie zdumiewające, co może z tym wyczyniać kobieta za pomocą genitaliów. Przedstawienie przypomina na zmianę horror i komedię. Na pożegnanie właścicielka lokalu o wyglądzie mistrzyni Azji w zapasach żąda 1000 bahtów. Ale właściwie czego się spodziewałam? Że COŚ TAKIEGO można obejrzeć za jedno piwo, bo tak zapewniał mnie naganiacz?

MIASTO DO SCHRUPANIA

O architekturze Tajlandii z pewnością nie można powiedzieć, że jest ascetyczna. Spośród 400 świątyń, z jakich słynie Bangkok, Wat Pho jest najstarsza i największa. Dziesiątki krużganków prowadzą do budynków o różnym przeznaczeniu, a każdy ozdobiony jest niczym weselny tort. Wyglądają tak apetycznie, że aż chciałoby się pokroić je na kawałki i zjeść. Przed gigantyczną statuą Leżącego Buddy (46 m) chichrają się mali mnisi ubrani w pomarańczowe szaty. W Tajlandii każdy przedstawiciel płci męskiej wcześniej czy później zostanie mnichem, tak jak u nas do niedawna musiał zostać żołnierzem. W skupieniu przeszkadza mi nieustanny trzask migawek aparatów i odgłos pieniążków lądujących w ofiarnych miseczkach. 108 – tyle jest miseczek, tyle monet trzeba wrzucić i tyle razy powtórzyć życzenie, by miało szansę się spełnić. Ciekawe, czy kiedykolwiek ludzie przestaną wierzyć w takie rzeczy? Uznałam, że Wat Pho to szczyt szczytów dekoratorskiego kunsztu. Więcej ozdób już nie da się ani wymyślić, ani pomieścić. Basta! I wtedy zobaczyłam Wielki Pałac i Wat Phra Keo ze statuą Szmaragdowego Buddy. Ludzka wyobraźnia jednak nie ma granic.

Wypływamy z przystani Tink Lan, prując motorówką nurt rzeki Menam. Bangkocka Wenecja przypomina slumsy. Domy o rozmiarach i wyglądzie naszych altanek działkowych mają obłażące z farby werandy, na których opalają się warany albo leżą wykończone upałem psy. Są też domki dla duchów, w których składa się ofiary z ryżu i czerwonej fanty, napoju cenionego przez mieszkańców zaświatów. Mijamy pływające wyspy hiacyntów i pola lotosów. Kanały się krzyżują, rozwidlają, plączą. Jakiś nastolatek na nasz widok układa palce w znak mówiący: jestem przystojny. Po chwili uświadamiam sobie, że ten równie dobrze może mieć 25 lat. Tutaj ludzie wyglądają o 10 lat młodziej, niż wynikałoby to z metryki.

BILLBOARD JEGO WSPANIAŁOŚCI

Tajowie mogą mieć puste domy, spać na gołych deskach, ale każdy członek rodziny ma własny samochód. Nic dziwnego, że ulice w Bangkoku wyglądają tak, jakby całe miasto miało się właśnie ewakuować. Kiedy wreszcie się z nich wyrywamy, zatrzymuje nas policja. Przewodnik tłumaczy, że dziś władza kontroluje autobusy, bo tak sobie wymyśliła. Jutro mogą zapolować na motorowerzystów w ramach akcji Kask”. Zwykle właściciele jednośladów ich nie zakładają. Bo skoro większość obywateli wierzy w przeznaczenie, po co im kaski? Policja też to wie, ale żyć z czegoś musi. Dlatego tu standardowy napiwek dla władzy wynosi 500 bahtów i smutny uśmiech kierowcy. Tajowie bowiem uśmiechają się zawsze, nawet jeśli nie jest im do śmiechu.

Woda w Tajlandii symbolizuje bogactwo, dlatego każdy chce mieszkać obok niej, mieć staw, w ostateczności akwarium. Jedziemy wzdłuż rzeki Menam i jednocześnie cofamy się w czasie do początków historii tego państwa. W tej części świata każdy, kto był w stanie zdobyć odpowiednią licbę przyjaciół  i ich opłacić, wybierał sobie miejsce na stolicę i obwoływał się królem. Silniejsi podbijali słabszych, zakładali dynastie i przemijali, wraz z materialnymi dowodami swej potęgi. Dziś cała Tajlandia udekorowana jest królewskimi portretami, które wyglądają jak billboardy reklamujące monarchię. Król Rama IX – Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Potomek Boga Wisznu (to tylko drobna część jego licznych tytułów) – spogląda na poddanych z ojcowską uwagą. Tutaj rodziców się szanuje. Nikt więc nie krytykuje rodziny królewskiej. Gazety nie publikują plotkarskich artykułów. Najważniejsza rodzina kraju stanowi tabu. Dawniej nawet nikomu nie wolno było dotknąć jej członka. Zakaz zniesiono, gdy łódź z monarchą przewróciła się, a pasażerowie utonęli, bo nikt nie odważył się im pomóc. Ayutthaya przypomina zaginione królestwo. Kiedyś była to wielka metropolia z dwoma tysiącami świątyń, które wichry dziejów zamieniły w malownicze ruiny. Są tu prangi w kształcie kolb kukurydzy i czedi wyglądające jak wielkie kamienne dzwony na prochy monarchów. I nieprawdopodobna liczba posągów Buddy. Każdy gest i poza Buddy ma znaczenie. Leżąca to przejście w stan nirwany, czyli ostatecznego wyzwolenia się od cierpienia. A co oznacza opleciona korzeniami głowa Buddy, najbardziej obfotografowana atrakcja?

TU RZĄDZĄ MAŁPY!

Tablice z takim ostrzeżeniem obok świątyni Prang Sam Yod w miasteczku Lop Buri powinny stać bezwzględnie. Tamtejszy małpi gang liczy ze stu członków. To wielka rodzina z seniorami, matronami, podlotkami, zakapiorami i maluchami. Leżą sobie, iskają się, wydają się zainteresowane jedynie sobą. Pozory! Gdy tylko wyciągnęłam z kieszeni banana, małpy natychmiast rzuciły się w moją stronę. Omal nie ściągnęły mi spodni, wskoczyły mi na plecy, a potem wlazły na głowę. Nie dziwię się już, że z otaczających świątynię bloków wyprowadzili się wszyscy mieszkańcy.


Ruiny Sukhothai, stolicy pierwszego królestwa Syjamu, też zostały opuszczone. Miasto to błyszczało w XIII w. w dolinie Menamu niczym supernowa. A potem tak jak ona zgasło. Docieramy do kompleksu świątynnego Wat Mahathat, duchowego centrum królestwa, gdzie przechowywane były relikwie Buddy. Nawet ząb czasu nie zniszczył urody tego miejsca. Połamane kolumny i wybrakowane posągi są niczym wizytówka pogodzenia się z przemijaniem.

 

BRUDERSZAFT ZE ŚWIŃSKIMI USZAMI

Zieleń ryżowych pól rozlewa się na coraz bardziej pofałdowany krajobraz. Dawniej tereny na tajsko-birmańsko-laotańskim pograniczu nazywano złotym trójkątem. Jednak to nie cenny kruszec zapracował na tę nazwę, a opium. W Mae Sai, miasteczku zamienionym w wielki bazar, przekraczamy granicę z Birmą. I wprost ze świątyni Nefrytowego Buddy trafiamy na wesele. Język gestów i uśmiechów pomaga nam nawiązać kontakt. Panowie zapraszają mnie do swojego grona. Wkładają mi do ust smażone świńskie uszy, każąc popijać wódką, i tak kilka razy pod rząd. Rozumiem, że to coś w stylu bruderszaftu. Nieco później zaczynają się tańce. To znaczy tańczymy my, a goście weselni robią nam zdjęcia telefonami komórkowymi. Na chwiejnych nogach wracamy do Tajlandii, a tam odwiedzamy Dom Opium, gdzie kurzy się imponująca kolekcja fajek do palenia tej substancji. Narkotyk ten zniszczył życie wielu ludzi i rozłożył na łopatki Państwo Środka, jednak w czasach, kiedy nie znano środków znieczulających, uśmierzał ból nie tylko egzystencjalny. Wracamy do Chiang Rai na kolację. W centrum miasta trafiamy na plac oflankowany restauracjami. Czego tu nie ma. Szarańcza, wszelkich rozmiarów pędraki, karaluchy i wypasione na ryżu szczury. Doprawdy nie wiem, na co się zdecydować.

GÓRALE Z BAMBUSOWYCH DOLIN

Wzgórza rosną coraz bardziej, a temperatura coraz bardziej spada. Przygotowujemy się na spotkanie z górskimi plemionami, które przetrwały w odciętych od świata wioskach porozrzucanych gdzieś wśród lasów i wodospadów. Choć łączy je wspólna nazwa i niesamowicie piękne stroje, dzieli wszystko: obyczaje, język, religia. Od pokoleń żyły one z uprawy roli, ale odkąd rząd zabronił karczowania dżungli, ich sytuacja ekonomiczna gwałtownie się pogorszyła. Przestają być samowystarczalni. Aby przeżyć, zaczynają sprzedawać swoją kulturę, zapraszają turystów do domów, tańczą dla nich i śpiewają, gotują, tkają szaliki. Autentyczne do niedawna wioski zamieniają się w cepelię.

Akha uważają, że duchy i ludzie dawniej żyły pod jednym dachem, ale jak to często bywa ze współlokatorami – pokłócili się. Duchy wyprowadziły się do lasu, a ludzie zamieszkali w wioskach. Duchy mogą widzieć ludzi, ale ci duchów zobaczyć nie mogą. Wyjątkiem są obdarzeni specjalnym darem wybrańcy, szamani, stanowiący łącznik między oboma światami. Kobiety z tego plemienia mają zjawiskową srebrną biżuterię. Przedstawicielki mniejszości Lahu z kolei noszą czarne futrzane czapy, a Yao to jedyne plemię, które wypracowało własne pismo. Największe jednak emocje wzbudza wioska zamieszkana przez kobiety, które wyglądają, jakby ich głowy wyciśnięto z mosiężnych tub. To panie z mniejszości Padaung. Przyglądam się im z niepokojem, niektóre mają szyje dwa razy dłuższe niż moja, a obręcze noszą też małe dziewczynki. Wiem że ich  długość to złudzenie optyczne i po zdjęciu pierścieni szyja wróci do pierwotnych rozmiarów, ale życie w takim kołnierzu ortopedycznym bardzo ogranicza swobodę. Po co więc to robią? Dla nas turystów? Żeby uchodzić za piękne? Żeby utrzymać rodziny?

Wioska Hmongów leży wysoko w górach, wyżej niż jakiekolwiek miejsce w Polsce. Noc jest pełna gwiazd i dźwięków tysięcy  owadów.  Wszystko  wokół  mnie żyje intensywnie. Rano budzą mnie krowie dzwonki. Zamiast przewrócić się na drugi bok, ruszam na spacer. Dopiero teraz widzę, jak tu pięknie. Bambusowe chatki stoją w środku dżungli. Oryginalne składały się z jednej izby z ogniskiem pośrodku i łóżkami rozstawionymi po kątach. Każda z żon (Hmongowie są poligamistami) zajmowała swój narożnik. Wdycham pachnące ziołami powietrze. Ogrzewam twarz promieniami słońca. I nagle szarpię nogę i nie mogę jej uwolnić – przytrzymuje ją jakieś zielsko. Z bliska zielsko okazuje się linką. Tak się kończą spacery w nieznanym terenie.

PATTAYA CELEBRUJE ROZPUSTĘ

Mieszkam w domku, mam własny hamak, prywatne komary, prysznic w ogrodzie i kawałek plaży. Po nocy spędzonej w pociągu i kilku godzinach w autobusie dotarłam na przedmieścia Pattai. Plażuję, zajadam się ananasami. Wypoczywam. Wieczorem ruszam w miasto. Na nadbrzeżnej promenadzie można spotkać najpiękniejsze kobiety Tajlandii, czyli transwestytów. Śpiewają z playbacku. Chirurdzy plastyczni z ciałem potrafią zrobić cuda, ale ze strunami głosowymi już nie. Ta ulica to centrum wszelkiej rozpusty. Są tu więc niemieccy playboye po siedemdziesiątce, w hawajskich koszulach. Albo zasuszeni holenderscy hippisi w spodenkach khaki. Są też Rosjanie, z piwnymi brzuchami i czerwonymi twarzami. Tu nie liczy się wygląd, tylko kolor karty kredytowej. Muzyka zagłusza myśli i wyrzuty sumienia, a drinki rozluźniają garderobę. Panie są urocze i chętne, same siadają na kolanach. Po co kończyć tak piękny wieczór? Życie jest krótkie, a Tajlandia to wymarzone miejsce, by je celebrować.

 

INFO:

Powierzchnia: 513 tys. km2.

Język: tajski.

Ludność: 68 mln, z czego 75 proc. stanowią Tajowie, a 15 proc. obywatele pochodzenia chińskiego.

Religia: buddyzm (95 proc.), islam (4 proc.).

Waluta: baht (THB); 1 zł = ok. 10 THB

CZAS: 13 DNI

KOSZT: 6 TYS. ZŁ

Przez cały rok w Tajlandii jest bardzo ciepło i – niestety – deszczowo.  Często  pada  nawet  podczas okresu chłodniejszego i suchego, czyli od listopada do lutego.

Od marca do lipca trwa pora gorąca trudna do zniesienia dla Europejczyków. Średnia temperatura wówczas to 30°C.

Pora deszczowa z kolei zaczyna się w czerwcu i kończy w październiku. W Bangkoku spada wtedy do 300 mm wody miesięcznie.

Polacy są zwolnieni z obowiązku wizowego przy wjeździe do Tajlandii, pod warunkiem że cel ich pobytu jest turystyczny.

Samolotem z Europy dolecimy do Bangkoku i Phuket z przesiadką w jednym z krajów europejskich lub azjatyckich. Bilety można kupić już za 2 tys. zł. Warto więc rozglądać się za okazjami.

Atrakcyjne wycieczki do Tajlandii organizuje też biuro podróży Itaka. Za 13 dni, podczas których: zwiedzimy Bangkok, dawne królestwa Tajlandii, odwiedzimy górskie plemiona, spłyniemy tratwami, odbędziemy przejażdżkę na słoniach,  odwiedzimy  Birmę i Laos, poplażujemy w Pattai – zapłacimy od 5200 zł. Więcej www.itaka.pl.

Po miastach najwygodniej przemieszczać się tuktukami, bo one nie utykają w gigantycznych korkach. Cenę należy negocjować przed  kursem. Jej  wysokość nie powinna przekroczyć kilku dolarów. Taksówki są droższe i często pozbawione klimatyzacji.

W Tajlandii koniecznie trzeba zafundować sobie masaż. Godzinny masaż stóp kosztuje ok. 4 dol. Całego ciała – tajski lub olejowy, które trwają prawie 1,5 godziny, to wydatek  ok.  10  dol.  Za  pedicure wykonany przez rybki garra rufa zapłacimy 2 dol. Polecam zwłaszcza tym, którzy uwielbiają się śmiać.

Tajowie nie używają soli, tylko soku z cytryny lub sosu rybnego.

Do wielu świątyń nie wejdziemy, mając odkryte kolana i ramiona.

Na 78. piętrze Baiyoke Sky (najwyższego budynku w Bangkoku) mieści się restauracja. Po kolacji można obejrzeć panoramę stolicy Tajlandii z tarasu.

Jeżeli Tajowie witają nas z dłońmi złożonymi na wysokości klatki piersiowej, to znaczy, że traktują nas jak równych sobie. Podnosząc je  na  wysokość  głowy,  okazują nam duży szacunek. Z dłońmi złożonymi na wysokości czoła oddają hołd Buddzie.

W miejscowości Damnoen Saduak pod Bangkokiem znajduje się pływający targ. Kupcy sprzedają tam z łodzi swoje towary. Można spróbować przygotowanych przez nich tradycyjnych dań. Emocje gwarantowane.

3 SPOSOBY NA TAJLANDIĘ:

 

ROZRYWKA

W tajskim boksie ciosy zadaje się nie tylko pięściami, ale też łokciami i kolanami. Walki można obejrzeć za darmo lub za jedno piwo.

Alcazar show w Pattai to rewia transwestytów. Kostiumy, dekoracje, pełen przepych. Bilety kosztują ok. 100 zł.

W dużych miastach działają biura podróży, które oferują wycieczki po całej Tajlandii, a nawet do krajów sąsiednich, np. trzy dni w Kambodży: 300 zł.

NOCLEGI

W Tajlandii baza hotelowa jest ogromna, hosteli również nie brakuje. Jeśli ktoś nie dba o standard, przenocuje tu już za 20–30 zł.

River Kwai Jungle Raft w pobliżu Kanchanaburi  to hotel pływający na tratwach. Od 200 zł za pokój. www.riverkwaijunglerafts.com

Hmong Hilltribe Lodge to ośrodek położony w górach. Nocleg w tradycyjnej chatce ze śniadaniem: od 250 zł. www.hilltribelodge.com

Zielone curry

Składniki: łyżka oleju, słoik sosu Tajskie Zielone Curry Blue Dragon, 2 piersi kurczaka, czerwona papryka, mleczko kokosowe Blue Dragon, czerwona papryczka chilli, bazylia do dekoracji

Przygotowanie: Pokrojonego w plasterki kurczaka smaż na oleju do zarumienienia się. Dodaj paprykę i smaż wszystko ok. 2 minuty. Dolej sos, doprowadź do wrzenia i gotuj na wolnym ogniu, aż kurczak będzie miękki (ok. 10 minut). Dla złagodzenia smaku możesz dolać odrobinę mleczka kokosowego. Podawaj z ryżem, udekorowane papryczką  chilli i bazylią.