Reklama

Spis treści:

  1. Szwedzki stół bez klopsików z Ikei. Jak smakuje autentyczne Midsommar?
  2. Polowanie na procenty. Szwedzki monopol i ucieczka przed kolejkami
  3. Ukryty azyl na Północy. Gdzie czas zwalnia bieg?
  4. Horror w pełnym słońcu. Jak Ari Aster rozbił romantyczny mit Midsommar?
  5. Magia wianków i pogańskie korzenie midsommarstång
  6. Ostatni akord lata przed długą zimą

Ląduję na lotnisku w Sztokholmie w ciepłą, czerwcową noc. Z zamkniętymi oczami wiedziałabym, gdzie jestem. Jest cicho. Nikt nie biegnie, nikt nikogo nie pogania, nikt nie krzyczy. Światło nadal przypomina popołudnie. Zbliża się celebrowana hucznie jak Sylwester najkrótsza noc w roku. Nawet w Sztokholmie nie zrobi się naprawdę ciemno, a na północy kraju słońce nie zajdzie w ogóle.

Szwedzki stół bez klopsików z Ikei. Jak smakuje autentyczne Midsommar?

Wracam tu niemal co lato od dekady. Mieszkałam w Szwecji i nawet dziś, kiedy obowiązki rozrzucają mnie po innych częściach Europy, próbuję być tutaj właśnie w tym okresie. Bo Midsommar nie jest zwykłym świętem – jego korzenie sięgają epoki brązu i czasów Wikingów. To moment, w którym cały kraj nagle zmienia swój rytm. Pewnie jestem nieobiektywna, ale dla mnie nie ma nic bardziej magicznego niż nasycone kolory i zapach powietrza szwedzkiego lata. Kto czytał „Dzieci z Bullerbyn”, ten doskonale wie, o czym mowa. Dla milenialsów i starszego pokolenia X ta opowieść funkcjonowała często jako nieformalny „atlas kulturowy”, zanim większość z nas zobaczyła kraje nordyckie na żywo.

Ta poukładana Północ wymaga jednak pragmatyzmu w działaniu. Pia, moja szwedzka przyjaciółka, z góry zadbała o menu. Choć co roku jemy praktycznie to samo, przygotowania niezmiennie wzbudzają spore emocje. Będzie tradycyjnie, smacznie i bardzo „instagramowo”, choć na stole nie pojawi się żaden z klasyków z Ikei. W menu królują śledzie w kilku marynatach, młode ziemniaki posypane koperkiem, łosoś, zapiekanka Västerbottenpaj, chrupkie pieczywo i obowiązkowo jordgubbar, czyli słodkie szwedzkie truskawki. W ubiegłym roku upiekłam szarlotkę, do której Pia ubiła śmietanę z dodatkiem lakrids (lukrecji). Od tamtej pory nie wyobrażam sobie tego deseru podanego w jakikolwiek inny sposób.

Polowanie na procenty. Szwedzki monopol i ucieczka przed kolejkami

W tym roku również nie przyjechałam z pustymi rękami. W Szwecji gościom po prostu nie wypada pojawić się bez drobnego wkładu we wspólne świętowanie. Nauczona doświadczeniem, jeszcze w strefie wolnocłowej zaopatrzyłam nas w zapas okazjonalnych bąbelków. Dzięki temu zaoszczędzę nie tylko korony, ale przede wszystkim cenny czas.

midsommar w szwecji
Tradycja, która łączy pokolenia. Mieszkańcy Sztokholmu i turyści wspólnie wyplatają wianki z brzozowych gałązek i polnych kwiatów podczas hucznych obchodów Midsommar w skansenie w centrum stolicy. Tradycyjne stroje, taniec wokół słupa midsommarstång i światło, które nie gaśnie przez całą noc, to esencja szwedzkiego przesilenia letniego. fot. Narciso Contreras/Anadolu via Getty Images

Tuż przed Midsommar gigantyczne kolejki ustawiają się bowiem głównie w jednym miejscu: przed Systembolaget, czyli państwową siecią sklepów monopolowych, która od dekad ściśle reguluje sprzedaż alkoholu w kraju. Co ciekawe, tych sklepów jest naprawdę niewiele – w całej Szwecji funkcjonuje ich mniej niż placówek handlowych w samym Szczecinie. Godziny otwarcia są mocno ograniczone, a w weekendy i święta punkty są bezwzględnie zamknięte. To rygorystyczne rozwiązanie administracyjne, ale też stały element szwedzkiego pejzażu kulturowego. I choć w Szwecji obowiązuje całkowity zakaz reklamowania alkoholu, trudno oddzielić mocniejsze trunki od tradycji przesilenia letniego, wspólnego śpiewu i rytuału toastów.

Droga z lotniska jest zupełnie pusta. To idealny moment i symboliczna „cisza przed burzą”. Już jutro po pracy każdy „porządny obywatel” będzie próbował za wszelką cenę wydostać się z miasta. W mgnieniu oka opustoszeje Sztokholm, Göteborg czy Malmö.

Ukryty azyl na Północy. Gdzie czas zwalnia bieg?

My też uciekamy z centrum do jednej z typowo letniskowych miejscowości, położonej godzinę jazdy samochodem na północ od stolicy. Jest tak mała, że próżno szukać jej na większości map. Zjeżdżamy z autostrady i wjeżdżamy w gęsty, sosnowy las. To tutaj czas jeszcze bardziej spowalnia swój bieg.

Krajobraz zyskuje surowy urok – gdzieniegdzie pojawiają się charakterystyczne dla tego regionu formacje skalne. Drewniane pomosty skrzypią w rytm uderzeń fal, a łódki łagodnie kołyszą się przy brzegu. Wokół panuje atmosfera radosnego poruszenia: ktoś wnosi krzesła, ktoś inny rozstawia stoły, a na werandzie obok trwa już krojenie śledzi. W końcu dojeżdżamy na miejsce.

Nasz sąsiad Ulf, który z wyglądu przypomina Świętego Mikołaja, a zimą troskliwie dokarmia sarny i ptaki, teraz energicznie kosi trawę i wbija niebiesko-żółte flagi wokół swojej działki. Warto wiedzieć, że w Szwecji flaga narodowa ma zupełnie inne znaczenie kulturowe niż w wielu krajach Europy Środkowej czy Wschodniej. Funkcjonuje ona przede wszystkim jako ciepły symbol lata, tradycji oraz folkhemmet – czyli idei wspólnotowego „państwa-domu” – daleki od jakichkolwiek przejawów agresywnego patriotyzmu.

Po długiej, wyczerpującej zimie skandynawskie lato wydaje się czymś niemal nierealnym. Siedzimy na tarasie, a ja chłonę widoki. To wręcz niesamowite, że jeszcze dwa miesiące temu cała ta okolica wyglądała jak kadr z monochromatycznego, czarno-białego filmu. Dziś ten świat tętni życiem w umiarkowany, spokojny i kwintesencjonalnie szwedzki sposób. Wszystko to dzieje się w ramach harmonii, tylko po to, by już jutro cały kraj mógł zrzucać swój codzienny, ciasny gorset kulturowy i oddać się bezgranicznej zabawie.

Horror w pełnym słońcu. Jak Ari Aster rozbił romantyczny mit Midsommar?

Nieprzypadkowo to właśnie estetyka nordyckiego przesilenia stała się osią głośnego filmu „Midsommar” w reżyserii Ariego Astera. Dla globalnej publiczności był to moment pierwszego, tak intensywnego zetknięcia z wizualnym kodem skandynawskiego lata : nieskazitelną bielą lnianych sukienek, bogactwem polnych kwiatów, ceremonialnymi stołami ustawionymi pośród soczystej zieleni oraz specyficznym światłem, które niemal całkowicie znosi granicę między dniem a nocą. Reżyser wykorzystał tę unikatową ikonografię nie jako egzotyczne tło, lecz jako pełnoprawny, głęboki język opowieści.

midsommar w szwecji
Zbiorowa euforia w rytmie tradycji. Mieszkańcy Linköping oraz turyści wspólnie biorą udział w tradycyjnych tańcach podczas corocznych obchodów Midsommar. Najkrótsza noc w roku to dla Szwedów czas absolutnego zawieszenia codziennej powściągliwości – polana wypełnia się muzyką, śpiewem i wspólną zabawą w gronie przyjaciół, która przeciąga się do białego rana. fot. Pradeep Dambarage/Nurphoto/Getty Images

Paradoks tego filmu polega na tym, że jego groza nie rodzi się z mroku, ale z nadmiaru światła. To zresztą fascynujący trop kulturowy, ponieważ współczesny obraz Midsommar sam w sobie jest w dużej mierze precyzyjną konstrukcją estetyczną. Już XIX-wieczni szwedzcy romantycy świadomie budowali sielankową wizję kraju harmonijnie zespolonego z naturą – ludowego, spokojnego i głęboko zanurzonego w cykliczności pór roku. Film Astera brutalnie rozszczelnia ten mit. Pokazuje bowiem, jak cienka bywa granica między wspólnotowym rytuałem a społeczną presją, między folklorem a niebezpiecznym kultem oraz między idyllicznym pejzażem a pierwotnym, ludzkim lękiem.

Magia wianków i pogańskie korzenie midsommarstång

Rano idę popływać w jeziorze. W tym czasie Pia uplata dla nas wianki z maków, chabrów i rumianków. Część zebranych kwiatów z godnie z tradycją włożymy pod poduszki – legenda głosi, że dzięki temu w nocy przyśni nam się przyszła miłość. Szykujemy się do wyjścia i zakładamy białe, haftowane stroje, które udało mi się upolować w second-handzie w absolutnie idealnym stanie.

Głównym punktem świętowania jest polana, w której centrum stoi midsommarstång – wysoki słup opleciony brzozowymi gałęziami oraz liśćmi. Choć dziś traktuje się go jako niewinną, ludową dekorację, wielu badaczy wskazuje, że jego korzenie mogą sięgać dawnych rytuałów płodności. W ujęciach porównawczych bardzo często łączy się go również z germańską tradycją słupów majowych, które w średniowieczu zyskały ogromną popularność jako nieodłączny element wiosenno-letnich świąt ludowych.

Dzisiaj nie jest to jednak odpowiedni moment na historyczne debaty. Tradycja to tradycja! Rozkładamy nasz koc piknikowy w przyjemnym cieniu i nalewamy pierwszego snapsa. Chwilę później z głośników rozbrzmiewa „Små grodorna”, czyli słynna szwedzka piosenka o małych żabkach. Na ten jeden znak dorośli i dzieci zaczynają wspólnie podskakiwać wokół słupa, trzymając dłonie przy głowach imitując żabie uszy. To dokładnie ten moment, w którym każdy obcokrajowiec natychmiast rozumie mój wcześniejszy, przydługi wstęp o logistyce alkoholowej – bez odpowiedniego animuszu mało który dorosły odważyłby się na ten taniec.

Z boku wygląda to absolutnie absurdalnie i... właśnie dlatego tak doskonale działa. W kraju, który na co dzień słynie z ogromnego dystansu społecznego, nagle wszyscy bawią się w najlepsze. To jedna z tych nielicznych, unikatowych chwil, kiedy szwedzka powściągliwość całkowicie znika.

Czas płynie szybciej, wjeżdża kolejny snaps. Gdzieś obok rozbawiona grupa intonuje tradycyjne „Helan går” w iście operowym stylu. Cała wioska błyskawicznie się integruje. Sąsiedzi, którzy przez resztę roku wymieniali ze sobą jedynie zdawkowe skinienia głową, teraz rozmawiają na absolutnym luzie, żartują i flirtują. To prawdopodobnie jedyny moment w roku, kiedy w Szwecji bezwzględnie obowiązuje small talk.

Ostatni akord lata przed długą zimą

Wspólna zabawa na świeżym powietrzu przeciąga się do późnych godzin nocnych, aż w końcu mniejsze podgrupy powoli przenoszą się na przytulne werandy. Resztki jedzenia trafiają do lodówki, a ja wykorzystuję tę magiczną, jasną noc na długi, samotny spacer. To już ostatni moment, by w ciszy posłuchać czystego śpiewu kukułki i drozda.

Od teraz, aż do końca lipca, cały kraj będzie funkcjonował wyłącznie w niespiesznym trybie wakacyjnym. Czar jednak pryśnie niezwykle szybko – już od sierpnia Szwecja zacznie mentalnie żyć przygotowaniami do kolejnej, długiej zimy. I nie ma w tym przesady: to właśnie wtedy na sklepowych wystawach, tuż obok letnich sukienek, zaczną pojawiać się pierwsze grube, wełniane okrycia…

Źródło: National Geographic Traveler

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...