Reklama

Spis treści:

  1. Do kogo należy chłodnik?
  2. Dumna zabawa
  3. Różowe miasto Wilno
  4. Chłodnikowe szaleństwo

20 minut do przyjazdu pociągu. Na kolejowym peronie panuje tłok – tym razem to nie pasażerowie wypatrują nadjeżdżającej lokomotywy, a ekscentrycznie ubrani festiwalowicze, którzy przyszli tu w niewiadomym dla mnie celu. Niedaleko kas biletowych ustawiono długie stoły, przy których obok siebie zasiedli mieszkańcy Wilna. Ramię w ramię spoczęli pracownicy korporacji i nauczyciele, kierowcy i pracownicy fizyczni, studenci i profesorowie.

Wszystkich łączy zupa, dla której się tu zgromadzili. Weekend przypadający na 30–31 maja to przecież narodowe święto chłodnika – uroczystość, która w ostatnich latach zyskała wyjątkową popularność nie tylko wśród Litwinów. W tych dniach charakterystyczny róż rozlewa się na całe miasto, dekorując ulice i place. Chłodnik możemy dostrzec wszędzie: w restauracjach, na placach zabawy czy w muzeach.

Rozglądam się po peronie w poszukiwaniu śladów tej nietypowej zupy. Pomiędzy rzucającymi się w oczy, jaskrawymi strojami dostrzegam niewielką plamę, jakby relikwię po niedojedzonym daniu z botwiny. Tego typu ślady towarzyszyć mi będą przez całą podróż, przypominając o tym, jak istotne, choć szalenie komediowe, jest to święto.

Do kogo należy chłodnik?

Jest w kuchni kilka takich potraw, o które od wieków trwa walka pomiędzy narodami. Turcy i Grecy namiętnie kłócą się m.in. o pochodzenie baklawy. Na obu brzegach Morza Egejskiego usłyszymy dwie zupełnie odmienne narracje, opowiadające o pochodzeniu tego niezwykle słodkiego przysmaku. Prawda, jak to zwykle bywa przy okazji transkulturowego dziedzictwa, leży pewnie gdzieś pośrodku. Podobnie jest z hummusem czy kimchi.

Tytuł naszej, wschodnioeuropejskiej baklawy można bez wątpienia wręczyć chłodnikowi. Charakterystyczna, zimna zupa od mniej więcej XVIII wieku gościła na stołach współczesnej Litwy, Polski, Łotwy oraz Białorusi. Żywiły się nią wszystkie klasy społeczne zamieszkujące tereny Unii Polsko-Litewskiej: od biednych chłopów, po zamożny ród Radziwiłłów. Co oczywiste, co kucharz, to inny przepis, więc każda potrawa różniła się od siebie subtelnymi dodatkami. W niektórych przypadkach dodawano choćby – niepopularny w polskich chłodnikach – chrzan.

Litewski historyk, Rimvydas Laužikas, wprost mówi o bezcelowym doszukiwaniu się konkretnych źródeł pochodzenia chłodnika. Potrawa wykształciła się przecież wewnątrz granic, których od lat już nie ma. Powinniśmy się więc cieszyć, że mimo upływu czasu, który przecież w naszym regionie obfitował w liczne konflikty, pamięć o niektórych przepisach kulinarnych przetrwała i towarzyszy naszym stołom do dnia dzisiejszego. Mamy zaszczyt rozkoszować się przecież zupą, którą w „Panu Tadeuszu” zajadali się dostojni goście Soplicowa.

Dumna zabawa

Wileńskie święto chłodnika to uroczystość jedyna w swoim rodzaju. Na próżno szukać tu atmosfery tradycyjnych obchodów, zdominowanych przez powagę, zadumę i patos. Dniom poświęconym przysmakowi z botwiny zdecydowanie bliżej jest do festiwalu muzycznego, na który przyjeżdża się po to, by na kilka dni zrzucić z siebie krępującą maskę codziennych obowiązków.

We współczesnym świecie fenomen święta dedykowanego jednej potrawie może wydawać się trudny do zrozumienia. Mogłoby się przecież wydawać, że w dobie globalizacji mamy dostęp do znacznie atrakcyjniejszych wydarzeń. A jednak Vilnius Pink Soup Fest co roku bije rekordy frekwencji – w tegorocznej edycji festiwalu chłodnika w Wilnie wzięło udział aż 176 000 gości. Gdzie więc tkwi tajemnica sukcesu tego różowego święta?

Przed przyjazdem do Wilna mierzyłem się z przypuszczeniami, że nadchodzący festiwal będzie mieć zdecydowanie bardziej rubaszny, festynowy charakter, niż miało to miejsce w rzeczywistości. W mieście bowiem na próżno szukać kiczu, tak powszechnego przecież choćby na jarmarkach bożonarodzeniowych. Skąd taka zależność? Bierze się ona z prawdziwej dumy, którą Litwini czerpią z różowego przysmaku.

Podobno jeszcze przed 2023 rokiem, kiedy to po raz pierwszy litewska stolica przybrała różowe barwy, trwały rozmowy nad narodowym daniem, które zostanie uhonorowane własnym świętem. Batalię z kartaczem i sękaczem wygrał chłodnik, uznany przez Litwinów za prawdziwe dobro narodowe. Od tamtego momentu, w trakcie jednego z majowych weekendów, róż staje się prawdziwym emblematem mieszkańców Wilna, a poprzez komediowe stroje, pełne różowych dodatków, budowana jest ich tożsamość.

Obserwując bawiących się Litwinów odnosiłem wrażenie, że w trakcie tego weekendu chłodnik jest dla nich czymś zdecydowanie więcej niż jedynie potrawą – to upłynnione godło, które starają się rozbryzgiwać na inne narody. Poprzez róż starają się opowiadać o atrakcyjności swojego miasta i kraju – przecież wszystko, co zobaczone przez „różowe okulary”, wydaje się nam piękniejsze. Nic więc dziwnego, że na swój festiwal nie dopuszczają estetyki kiczu. Litwini w trakcie święta chłodnika chcą się bawić, ale bawić z pełną dumą ze swojego dziedzictwa.

Zawody na święcie chłodnika
Jedną z części uroczystości jest konkurs jedzenia różowej zupy fot. Go Vilnius / Materiały prasowe
Kostiumy na festiwalu chłodnika
Kostiumy są bardzo ważną częścią chłodnikowej zabawy - im dziwniejsze, tym lepsze fot. Go Vilnius / Materiały prasowe

Różowe miasto Wilno

Róż zakrada się w trakcie chłodnikowych obchodów we wszystkie czeluście miasta. Choć główna strefa festiwalowa znajduje się w centrum Wilna, nad samą rzeką Wilią, obecność różowych barw jesteśmy w stanie zauważyć w bardziej peryferyjnych zakątkach stolicy. Widzimy choćby powiewającą na wietrze, ogromną różową flagę, która, zawieszona na wileńskiej wieży telewizyjnej, przypomina mieszkańcom o panującej uroczystości. Udając się na wyjątkowe Zarzecze również doświadczymy chłodnikowych wpływów. W jednej z niewielkich kawiarni spróbowałem prawdziwej fuzji lokalności z globalnością: chłodnikowej matchy serwowanej jedynie w trakcie festiwalowego weekendu.

Miejsc, które serwują tego typu unikatowe dania jest zdecydowanie więcej. Patrząc na mapę dedykowaną uroczystościom, coraz szerzej otwieram oczy na widok chłodnikowej pizzy, sushi czy lodów. Drinki inspirowane zupą z botwinki już tu nikogo nie dziwią.

Chłodnikowe szaleństwo

Mówiąc o festiwalu chłodnika, nie można przejść obojętnie obok czystego szaleństwa, które udziela się wielu osobom biorącym udział w obchodach. Właściwie to całą koncepcję święta opartego na wysławianiu różowej zupy można uznać za przejaw postradania zmysłów. Uczestnicy festiwalu przez dwa dni skandują hasło Šaltibarščiai, lokalny zespół tworzy muzyczny hit o słynnej potrawie, a w lokalnych barach możemy napić się piwa z nutką chłodnika. Czy nie zahacza to o szaleństwo? Może i tak, ale jest w tym dostrzegalna metoda.

Oprócz opisywanej już dumy z dziedzictwa narodowego, święto chłodnika pozwala mieszkańcom Wilna na bardzo istotne, aczkolwiek niepopularne współcześnie emocje: radość z prozaiczności życia. W trakcie festiwalu nie skanduje się górnolotnych haseł, nie mierzy się z trudami otaczającego nas świata, tak jakby zapominając na jeden weekend o tym, co dookoła. W ten weekend w Wilnie można dosłownie zatopić się w różowym roztworze szaleństwa, który nie dopuszcza do siebie codziennych zmartwień.

Strefa festiwalowa - festiwal chłodnika
Scena - główny punkt festiwalu fot. Go Vilnius / Materiały prasowe

Źródło: Go Vilnius

Nasz autor

Olaf Kardaszewski

Absolwent Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Obecnie student magisterskiego kierunku Studiów Miejskich na tej samej uczelni. Interesuje się społecznymi i kulturowymi aspektami zmieniającego się świata, o czym chętnie pisze w swoich pracach. Współprowadzący projekt „Podziemna Warszawa” w National Geographic Polska. Uwielbia podróże, w trakcie których zawsze stara się obejrzeć mecz lokalnej drużyny piłkarskiej.

Olaf Kardaszewski
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...