Odwiedziłem kraj, który nie istnieje. Czas zatrzymał się tu w epoce ZSRR
Pojechałem nad Dniestr, żeby zobaczyć państwo, którego nie ma na oficjalnych politycznych mapach Europy. Mimo braku uznania międzynarodowego, w Naddniestrzu działa separatystyczny rząd, funkcjonuje lokalna waluta, a ulice zdobią flagi z sierpem i młotem.

Spis treści:
- Czym właściwie jest Naddniestrze
- Twierdza w Benderach i duch Münchhausena
- Tyraspol – stolica, w której czas się zatrzymał
- Casa Caraman – odrobina autentyczności
- Jak dojechać do Naddniestrza i gdzie nocować?
Do Naddniestrza nie wjeżdża się przypadkiem. Przygotowania do podróży i formalności związane z pozwoleniem na wjazd zacząłem kilka miesięcy wcześniej. Jadąc od Kiszyniowa, stolicy Mołdawii, w kierunku zbuntowanej republiki, nie widzę wielu znaków informujących, dokąd prowadzi droga. Nie ma tu turystycznego szlaku, nie ma też momentu, w którym można zapomnieć, że przekracza się granicę bytu politycznego nieformalnie zawieszonego między Mołdawią a Rosją. Kontrola paszportowa odbywa się sprawnie, ale bez pośpiechu. Dostaję kartkę – pozwolenie na pobyt, które trzeba będzie oddać przy wyjeździe. Wjazd do kraju, który formalnie nie istnieje, zaczyna się od papieru, który nic nie znaczy poza tym jednym miejscem.
Czym właściwie jest Naddniestrze
Naddniestrze, a dokładniej Naddniestrzańska Republika Mołdawska, to wąski pas ziemi wzdłuż lewego brzegu Dniestru, formalnie należący do Mołdawii, faktycznie rządzony przez separatystyczne władze od 1990 roku. Po krótkiej, ale krwawej wojnie z Kiszyniowem region ogłosił niepodległość. Nikt jej nie uznał, poza innymi nieuznawanymi bytami. Funkcjonuje tu jednak własny rząd, armia, waluta, paszporty i flaga. Ta ostatnia jest pierwszą rzeczą, którą zauważa się na ulicach Tyraspola: czerwono-zielona, z sierpem i młotem. Ponieważ już na granicy otrzymuję „obstawę” w postaci przewodnika, tłumacza i dwoje przedstawicieli lokalnej telewizji, mogę próbować dociekać. Przewodnik tłumaczy mi więc symbolikę naddniestrzańskiej flagi bez cienia ironii: czerwony to rewolucja, zielony to ropa.

– Nie jesteśmy sowieckim reliktem – słyszę wielokrotnie, choć im dłużej tu jestem, tym bardziej mam wrażenie, że to zdanie pełni funkcję zaklęcia. Powtarzane wystarczająco często ma odsunąć skojarzenia, które i tak narzucają się same.
Twierdza w Benderach i duch Münchhausena
Pierwszym przystankiem są Bendery, miasto położone formalnie po „mołdawskiej” stronie Dniestru, ale kontrolowane przez Naddniestrze. To tu znajduje się jedna z najlepiej zachowanych twierdz osmańskich w tej części Europy. Forteca Bendery, wzniesiona w XVI wieku, była elementem większego systemu obronnego Imperium Osmańskiego. Przez jej mury przewinęli się Turcy, Rosjanie, Szwedzi.

I właśnie Szwedzi prowadzą do najbardziej nieoczywistego skojarzenia. To tutaj po klęsce pod Połtawą schronił się Karol XII, a wraz z nim baron Münchhausen. Ten sam, który później zasłynął jako bohater literackich opowieści o lataniu na kuli armatniej. Przewodnik opowiada o tym bez uśmiechu, jakby każda legenda była tu równie prawdopodobna jak archiwalne dokumenty. Naddniestrze ma zresztą wyraźną skłonność do tworzenia opowieści na granicy faktu.
Tuż obok twierdzy stoi cerkiew, której nie sposób przeoczyć. Cała złota, lśniąca nawet w pochmurny dzień. Przewodnik zatrzymuje się i rzuca zdanie, które zapisuję dokładnie tak, jak padło: „Kościół jest ze złota, bo kiedy lśnimy, Bóg nas lepiej widzi”. Nie dopytuję. W tym miejscu nadmiar pytań mógłby zepsuć sens tej deklaracji.
Tyraspol – stolica, w której czas się zatrzymał
Szerokie aleje, niska zabudowa, dużo zieleni. Tyraspol to typowe miasto, które rozwinęło się w XX wieku. Przez stolicę Naddniestrza płynie Dniestr, nad którym urządzono park z ławkami i ścieżkami spacerowymi. W centrum stoi pomnik Katarzyny Wielkiej – założycielki miasta – a kilka ulic dalej monumentalny Lenin, który wciąż pełni funkcję punktu orientacyjnego.
Przy Leninie nie ma turystów robiących sobie zdjęcia dla żartu. Ludzie przechodzą obok, jakby był elementem krajobrazu. Przewodnik mówi mi: – Tyraspol to takie Małe Włochy, mamy słońce i dużo kawiarni. Brzmi to absurdalnie, ale chwilę później, kiedy udaje mi się na moment zgubić oficjalną grupę, trafiam do kawiarni No Name (ul. Junosti 20 b). Zamawiam flat white. Jest całkiem niezły. To jeden z tych drobnych szczegółów, które burzą prostą narrację o „zamrożonym postsowieckim skansenie”.
Spacerując po Tyraspolu, trudno nie zauważyć porządku. Parki są zadbane, ulice czyste, komunikacja działa punktualnie. Trochę przypomina mi to białoruski Mińsk i przypominam sobie, że za porządkiem na ulicach stoi autorytarny system rządów. W jednym z budynków trafiam do stołówki w stylu radzieckim. Menu wypisane na tablicy, plastikowe tace, kompot w szklankach. Zamawiam kotleta z ziemniakami i kompot. Nie jest źle – jedzenie jest smaczne i z pewnością mogłoby się wpisać w trend „nostalgicznego komfort foodu”.

Podczas zwiedzania Tyraspolu wciąż towarzyszą mi przewodnik i dwie osoby z kamerą. Filmują wszystko: wejścia, rozmowy, posiłki. Na początku próbuję to ignorować, potem przestaję. To część lokalnej rzeczywistości – kontrola, dokumentacja, narracja. Na koniec proszą mnie o wypowiedź. Chcą wiedzieć, co mi się podobało. Odpowiadam zgodnie z prawdą, ale ostrożnie.
Casa Caraman – odrobina autentyczności
Z miasta wyjeżdżamy na wieś. Tiernowka leży kilka kilometrów od Tyraspola, ale różnica jest wyraźna. Tu czas porusza się wolniej, a przestrzeń jest bardziej otwarta. W samym centrum wsi znajduje się Casa Caraman. To dom-muzeum rodziny Karamanów. Oficjalnie to atrakcja turystyczna, w praktyce – miejsce pamięci o dawnej Mołdawii, tej sprzed granic i deklaracji.
Dom jest drewniany, niski, z izbami urządzonymi tak, jakby gospodarze wyszli tylko na chwilę.
– To tradycyjny dom, w którym żyły nasze babcie – słyszę od opiekunki miejsca.
Na ścianach wiszą dywany. Jeden z nich pochodzi z XVIII wieku. Na nim wyszyte drzewo życia, z detalami, które przyciągają wzrok na dłużej. To nie eksponat zza szyby, tylko przedmiot, który przez pokolenia był częścią codzienności.

W styczniu odbywa się tu festiwal sarmali. Zjeżdża się ponad 600 osób, drogę zamykają, a wieś na jeden dzień staje się centrum regionu. Sarmale – gołąbki w liściach winorośli – gotuje się w ogromnych ilościach. To wydarzenie kulinarne, ale też społeczne. Kto przyjedzie, zostanie ugoszczony. Lepiej zapowiedzieć się wcześniej, ale nikt nie wyjdzie stąd głodny ani trzeźwy. Wino leje się bez ceremonii.
Jak dojechać do Naddniestrza i gdzie nocować?
- Do Naddniestrza najłatwiej wjechać od strony mołdawskiej. Z Kiszyniowa kursują marszrutki. Można też dojechać własnym autem.
- Wjazd wymaga paszportu, pobyt jest rejestrowany na granicy.
- Walutą jest rubel naddniestrzański, praktycznie niewymienialny poza regionem. Płatności kartą bywają ograniczone.
- Noclegi najlepiej planować w Tyraspolu. Dostępne są hotele o przyzwoitym standardzie, często pamiętające czasy radzieckie, ale odnowione. Popularne są m.in. Hotel Russia czy Elektromash. Standard nie zaskakuje, ale jest czysto, bezpiecznie i funkcjonalnie. Alternatywą są mniejsze pensjonaty, często prowadzone przez prywatnych właścicieli.
Źródło: National Geographic Traveler
Nasz ekspert
Łukasz Załuski
Redaktor naczelny „National Geographic Polska” i National-Geographic.pl. Dziennikarz podróżniczy i popularnonaukowy z 20-letnim stażem. Wcześniej odpowiedzialny m.in. za magazyny „Focus”, „Focus Historia” i „Sekrety Nauki”. Uważny obserwator zmieniającego się świata i nowych trendów podróżniczych. Inicjator projektu pierwszej naukowej rekonstrukcji wizerunków władców z dynastii Jagiellonów. Po świecie podróżuje w poszukiwaniu smaków lokalnych kuchni. Miłośnik tenisa, książek kryminalnych i europejskich stolic.


