Reklama

Spis treści:

  1. Piekielny żar Doliny Śmierci i walka o każdy krok
  2. Mrok Czarnobyla i radioaktywne pamiątki na podeszwach
  3. Od Rzymu po Hongkong: Tragikomiczne straty podróżnika

Oddajmy hołd wszystkim cichym bohaterom naszych podróży: odzieży i obuwiu, które tych wędrówek nie przetrwały.

Piekielny żar Doliny Śmierci i walka o każdy krok

Dolina Śmierci to pustynia w Kalifornii i Nevadzie, znana z nieludzkich warunków i temperatur przekraczających wszelkie przyzwoite normy. Siedzę w aucie, termometr pokazuje, że na zewnątrz jest 50 stopni Celsjusza czy, jakby to powiedzieli Amerykanie, ponad 120 stopni Fahrenheita. „Co to pięćdziesiąt stopni, żaden upał niestraszny temu, kto jeździł komunikacją miejską w lecie" – myślę i dumnie wychodzę z samochodu.

Fala gorąca uderza mnie w twarz. Przez chwilę nie jestem pewny, czy to jeszcze Kalifornia, czy może wnętrze wielkiego, rozgrzanego do czerwoności piekarnika. W policzki, czoło, dłonie bije piekielny żar, nawet oddychać ciężej, bo nozdrza palą przy każdym wdechu. Gorąco tak, że nie da się nawet myśleć. Odruchowo stawiam pierwszy krok na twardej, ostrej soli typowej dla Doliny Śmierci, potem drugi krok. Parzy w pięty, da się jednak wytrzymać, idę dalej.

Lecz co to? Czuję nieplanowany luz w stopach. Oto podeszwa jednego z butów, żadne tam trampki czy sandały, tylko grube adidasy – postanowiła pójść na swoje i zaczęła odklejać się od czubka. Czyli trzeba będzie ją naprawić po powrocie, jednak chyba nic poważnego. Wykonuję więc następny krok i znowu luz, tym razem w drugim bucie. Trudno, naprawi się oba. Z każdym kolejnym krokiem jednak podeszwy odklejają się coraz bardziej, aż po przejściu kilkunastu metrów całkowicie zostają za mną, stając się osobnym, wolnym bytem. Dolina Śmierci kontra buty 1:0, lecz i tak było warto! Takich wrażeń jednak nie zapewnia przejazd komunikacją miejską.

Mrok Czarnobyla i radioaktywne pamiątki na podeszwach

Albo ta wizyta w Czarnobylu. Przewodnik nieraz pił z lokalnymi strażnikami, więc przymykali oko, gdy schodziliśmy z utartych ścieżek do miejsc niedostępnych dla zwykłych turystów. Wizyta wewnątrz piątego, nigdy niedokończonego bloku reaktora, z jego surowością i mrokiem opuszczonych hal, była niezapomnianym przeżyciem.

Równie mocno uderzyło mnie wchodzenie zniszczonymi klatkami schodowymi na dachy wieżowców w Prypeci. Widok betonowych blokowisk, które znikają w gęstwinie drzew, jest tyleż ponury, co fascynujący – to dziś jedno z najbardziej zielonych miast świata. Najbardziej jednak zapadła mi w pamięć wizyta w piwnicach szpitala, gdzie do dziś porzucone są ubrania ludzi, którzy gasili czarnobylską elektrownię.

Ciemny korytarz, mrok rozcinany tylko snopem latarki i licznik Geigera, który nagle, po długiej ciszy, wpada w nerwowy terkocik. To moment, który przyprawia o gęsią skórkę. Choć większość miejsc w Strefie jest już bezpieczna, wciąż trafiają się „gorące” pamiątki: a to składzik z odzieżą, a to maszyna do czyszczenia ulic, a to przypadkowy kamyk wśród traw. Ech, stwierdziłem, że nie ma co ryzykować – jeśli jakikolwiek radioaktywny pył przywarł do moich podeszew, niech tam zostanie. Moje buty do Polski nie wróciły.

Od Rzymu po Hongkong: Tragikomiczne straty podróżnika

Były też i historie tragikomiczne. Rzym jest wspaniały słońce, zabytki, pyszne jedzenie, dolce vita! Zabrałem więc na wyjazd ulubioną koszulkę, żeby tym piękniejsze były wspomnienia uwiecznione na zdjęciach. Skąd mogłem podejrzewać, że kupione we włoskiej drogerii pudełko wyglądające jak proszek do prania, nie jest proszkiem, tylko wybielaczem? Wyglądało tak samo! W ten sposób moja ulubiona koszulka stała się ofiarą bariery językowej i z czerwonej przeobraziła się w biało-czerwoną. Przynajmniej było patriotycznie!

Niewiele więcej szczęścia miały tenisówki zabrane do Hongkongu. Cyberpunkowe miasto przywitało mnie deszczem, co aż tak mi nie przeszkadzało – czyż to nie idealna aura, by podziwiać futurystyczne wieżowce, neony i pokazy laserowe nad Zatoką Wiktorii? Tylko czemu na spacer po ulewie ubrałem białe buty? Błąd godny amatora! Śnieżna biel przegrała z miejskim brudem, jednak widok metropolii przyszłości spowitej podeszczową mgłą wynagrodził mi tę stratę.

Pójdę o zakład, że nie tylko ja mam w bagażu doświadczeń podobne historie. Któż z nas, wędrując czy latając, nie stracił jakiegoś przedmiotu, do którego był szczerze przywiązany? A jednak dalej ruszamy w drogę. I pewnie nie przestaniemy, bo przeżycia są o wiele ważniejsze niż najukochańsze nawet buty czy koszulka.

Źródło: National Geographic Traveler

Z okazji 20-lecia polskiej edycji „National Geographic Traveler” redakcja zaprosiła czytelników do udziału w wyjątkowym konkursie. Chętni opowiedzieli nam o miejscach, które zachwycają, poruszają lub zmieniają sposób patrzenia na świat, a najlepsze z tych historii trafią na łamy magazynu i stronę internetową.

Reklama
Reklama
Reklama