Reklama

Spis treści:

  1. Dom na końcu świata
  2. Zielona katedra w słońcu
  3. Między światami
  4. Zbawienny deszcz
  5. W miasteczku hipisów
  6. Patrząc wstecz
  7. Informacje praktyczne

Zapomnij o czwartym biegu. Tutaj on po prostu nie istnieje – Juan, chłopak z wypożyczalni samochodów na lotnisku w Alajeró, podaje mi kluczyki do lekko zarysowanego auta z uśmiechem, w którym czai się politowanie dla przybysza z kontynentu. – Na Gomerze masz tylko dwójkę, trójkę i klakson na zakrętach.

Słowa Juana zaczynam doskonale rozumieć chwilę po tym, jak wyjeżdżam na pełne serpentyn, zjazdów i podjazdów drogi La Gomery. Uciekłem tutaj z głośnej i zbyt turystycznej Teneryfy, by zwolnić, więc robię to natychmiast. Wbijam dwójkę, silnik wyje protestując, a ja ruszam w górę, zostawiając za sobą ocean i cywilizację. Jadę prosto do serca wyspy.

Dom na końcu świata

Droga pnie się tak stromo, że mam wrażenie, iż auto zaraz stanie dęba. Powietrze staje się rześkie, krystalicznie czyste. Krajobraz pustynny ustępuje miejsca soczystej zieleni. Choć często te szczyty toną w chmurach, ja mam dziś szczęście – niebo jest idealnie błękitne, co sprawia, że kolory stają się niemal jaskrawe, nasycone światłem.

Docieram do wioski Las Hayas, tuż przy granicy Parku Narodowego Garajonay. Na samym końcu drogi stoi niski, bielony dom wyraźnie odcinający się od zieleni ogrodu i błękitu nieba. Nad wejściem wisi ręcznie malowany szyld: La Montaña – Casa Efigenia. Wchodzę do środka zwabiony zapachem domowego obiadu. Wnętrze jest proste, surowe. Bielone ściany odbijają światło wpadające przez małe okna. Nie ma tu ozdobnych boazerii czy wymyślnych dekoracji. Są za to ramki. Setki ramek wiszących wszędzie, gdzie się da, tworzących mozaikę czyjegoś życia.

Podchodzę bliżej. To kronika istnienia jednej niezwykłej kobiety i całej wyspy. Są wyblakłe wycinki z gazet niemieckich, angielskich, hiszpańskich z lat 70., 80., 90. Są czarno-białe zdjęcia polityków, ministrów, słynnych ekologów ściskających dłoń drobnej kobiety w fartuchu. Są zdjęcia turystów z wielkimi plecakami, którzy odwiedzili to miejsce pół wieku temu i wyglądają dziś jak przybysze z innej epoki.

Między stolikami krząta się ona – Doña Efigenia Borges. Ma ponad 80 lat, ale w jej ruchach jest energia nastolatki. Wita mnie nie jak klienta, ale jak kogoś bliskiego, kto wrócił z dalekiej podróży. – Siadaj, odpocznij. Dziś słońce mocne, ale w górach powietrze ostre, trzeba zjeść i wypić coś, co da siłę – mówi, stawiając na stole dzbanek domowej lemoniady.

Historia Efigenii to historia przetrwania całej wyspy. Zaczynała w latach 40., tuż po wojnie domowej, w czasach straszliwej biedy. Mężczyźni uciekali wtedy do Wenezueli i na Kubę, kobiety zostawały na gospodarstwach, walcząc o każdy dzień. Efigenia nie miała pieniędzy, nie miała mięsa, które było luksusem. Miała za to ogród, kozy i własne ręce. Kiedy dekady temu zaczęli pojawiać się w okolicy pierwsi wędrowcy – naukowcy i hipisi – ona otworzyła dla nich drzwi. – Ludzie mówili mi: Efigenia, zwariowałaś? Chcesz karmić turystów trawą i korzeniami? – opowiada, patrząc na swój ogród za oknem. – A ja wiedziałam, że ta „trawa” to nasze życie.

Efigenia była ekolożką, zanim to słowo stało się modne. To ona, swoją upartą miłością do lasu i ziemi, lobbowała u władz, by chronić te tereny przed wycinką i zabudową. Miejscowi mówią z szacunkiem, że ta niepozorna kobieta miała swój cichy, ale potężny udział w utworzeniu Parku Narodowego Garajonay w 1981 r. A dyplomy na ścianach są dowodem, że świat w końcu docenił to, co dla niej było oczywistością: szacunek do ziemi, która nas karmi.

Posiłek w La Montaña – Casa Efigenia
Posiłek w La Montaña – Casa Efigenia fot. Michał Cessanis

Na stole ląduje jedzenie. To samo, którego zapach przywitał mnie na progu. Proste, wegetariańskie – menu nie zmieniło się od ponad 60 lat. Na początek dostaję puchero – gęsty gulasz z dyni, cukinii, fasoli i kukurydzy, ale najważniejsze jest escaldón de gofio. Kelner przynosi miskę z gęstą szarą masą. To mąka z prażonych zbóż zmieszana z gorącym wywarem warzywnym. Zamiast łyżki są kawałki surowej czerwonej cebuli. – Jedz tak jak moi przodkowie – instruuje Efigenia. Nabieram więc masę cebulą. Smak jest orzechowy, dymny, gliniasty, pęczniejący w ustach. Na koniec wypijam kawę i zajadam domowe ciasto.

Zielona katedra w słońcu

Żegnam się z Efigenią i ruszam w głąb Parku Narodowego Garajonay. Wchodzę między drzewa w okolicach Laguna Grande. To laurisilva – las wawrzynowy, żywa skamieniałość. Tak wyglądała Europa miliony lat temu, zanim lód skuł kontynent. Zwykle ten las spowity jest mgłą, ale dziś mam rzadki przywilej oglądania go „nago”. Brak chmur odsłania niezwykłą barokową architekturę drzew. Słońce przebija się przez gęsty baldachim liści, tworząc na poszyciu mozaikę światła i cienia, która wibruje przy każdym podmuchu wiatru. Pnie są powykręcane w niemożliwe spirale, jakby zastygły w tańcu. Pokrywa je gruby mech w kolorze jadowitej, neonowej zieleni, który w promieniach słońca wydaje się wręcz świecić własnym światłem.

Widać każdy detal – chropowatą fakturę kory, delikatność gigantycznych paproci, zawiłość splątanych gałęzi, z których zwisają porosty przypominające brody starców. Panuje tu absolutna cisza. Nie ma kapania wody typowego dla mglistych dni. Jest za to zapach – nagrzanej słońcem kory, suchych liści, wawrzynu i ziół. Las wydaje się drzemać, wygrzewając swoje stare kości w cieple. Idąc ścieżką, czuję się jak w gigantycznej zielonej katedrze, gdzie kolumny drzew podtrzymują sklepienie nieba.

San Sebastián
San Sebastián fot. Michał Cessanis

Późnym popołudniem, nasycony spokojem lasu i historią Efigenii, zjeżdżam w stronę stolicy La Gomery. Zmęczenie po całym dniu jazdy na dwójce i trójce daje o sobie znać. Mój azyl znajduję w San Sebastián, w miejscu, które zdaje się wyrastać wprost ze skały. Nazwa hotelu Bancal po hiszpańsku oznacza „taras uprawny”. Bryła budynku kaskadowo opada z klifu ku oceanowi, dokładnie tak, jak rolnicze poletka, które Gomeros przez wieki z trudem wyrywali pionowym ścianom wulkanu. Stojąc na tarasie, mam wrażenie, że wiszę w próżni między błękitem nieba a granatem wody. W oddali na Teneryfie majaczy wulkan Teide, wielki i groźny, ale tutaj, po tej stronie cieśniny, panuje absolutny spokój. Taki jakiego w tym momencie potrzebowałem.

Między światami

Nazajutrz jadę na północ. Droga prowadzi mnie przez tunele, które działają jak portale do innego świata. Z południowej surowości wjeżdżam nagle w eksplozję zieleni. Przede mną otwiera się dolina Hermigua. Wygląda to tak, jakby ktoś wylał miliony litrów zielonej farby na zbocza wulkanu. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, bananowce. Tysiące tarasów wspinających się na pionowe ściany, podtrzymywanych kamiennymi murkami.

Dolina Hermigua
Dolina Hermigua fot. Michał Cessanis

Zatrzymuję się na szybki obiad w restauracji Las Chácaras. To zupełnie inny biegun kulinarny niż u Efigenii. Podczas gdy ona jest królową warzyw, właściciel tego miejsce to zdecydowanie władca mięsa. – Nie patrz w kartę, zjesz to, co dziś najlepsze – mówi, prowadząc mnie do stolika z widokiem na góry. Tutaj rządzi konkret. Na stół wjeżdża almogrote – gęsta pasta z twardego, dojrzewającego koziego sera, utarta z czosnkiem, oliwą i papryką. Smaruję nią chleb. Smak jest uderzający – ostry, słony, intensywny. Potem pojawia się cabrito – koźlina duszona w winie i ziołach. Mięso jest tak delikatne, że rozpada się pod naporem widelca. I w mgnieniu oka znika z mojego talerza.

Agulo
Agulo fot. Michał Cessanis

Z pełnym żołądkiem jadę dalej, zaledwie kilka kilometrów na zachód, do Agulo. Przewodniki nazywają je „bombonierką Gomery”, ale nie znajdziecie tu lukrowanej fasady pod turystów. To autentyczna, zwarta osada przyklejona do gigantycznej półki skalnej. Sercem miasteczka jest skromny Plaza de Leoncio Bento, na którym kilku starszych mężczyzn siedzi na ławce w cieniu, a nad placem góruje kościół San Marcos z charakterystycznymi białymi kopułami, które odcinają się od ciemnej zieleni plantacji i czerni wulkanicznych klifów.

Prawdziwy spektakl rozgrywa się jednak wyżej. Wspinam się autem na Mirador de Abrante. To szklany taras wysunięty siedem metrów nad przepaść. Wchodzę na taflę szkła, a mózg wysyła paniczne sygnały ostrzegawcze: „Nie rób tego!”. Pod moimi butami nie ma nic – tylko czterysta metrów pustki, a na dnie tej przepaści widzę dachy Agulo, które z tej perspektywy wyglądają jak rozsypane klocki Lego.

Widok z Mirador de Abrante
Widok z Mirador de Abrante fot. Michał Cessanis

Podnoszę wzrok i zamieram. Naprzeciwko, po drugiej stronie oceanu, wyrasta Teide. Z tej perspektywy wulkan nie wygląda jak ten, który znamy z pocztówek z Teneryfy. Jest idealnym symetrycznym stożkiem unoszącym się nad pasem chmur. W popołudniowym świetle jego szczyt ma delikatny błękitnawy odcień. Cała ta scena – ocean, chmury i idealna góra – przypomina stary japoński drzeworyt przedstawiający górę Fudżi. Hokusai, jeden z najwybitniejszych japońskich mistrzów sztuki drzeworytu, mógłby to namalować. Stojąc na szkle, mając pod stopami pustkę, a przed oczami ten obraz doskonałej harmonii, czułem się niezwykle mały i kruchy. Słońce zaczęło zachodzić, co było znakiem do powrotu do San Sebastián (jazda serpentynami w ciemności naprawdę nie jest przyjemna).

Zbawienny deszcz

Kolejnego dnia ruszam na zachód. Kiedy wjeżdżam na kręte drogi prowadzące do Alojera, błękitne niebo, które towarzyszyło mi dotąd, nagle ciemnieje. Chmury gęstnieją, ciężkie od wilgoci, a na szybę spadają pierwsze grube krople deszczu. Po chwili leje już jak z cebra. Dla turysty to pech, ale na Gomerze perspektywa jest inna.

Przekonuję się o tym w Casa de la Miel de Palma, centrum produkcji miodu palmowego. Wita mnie Jesus, przewodnik i pasjonat lokalnej tradycji. Stojąc pod dachem i patrząc na strugi deszczu, uśmiecha się szeroko. – To nie jest zła pogoda, lecz wybawienie – wskazuje na niebo. Jesus opowiada mi o trudnej sytuacji na wyspie, o suszy, która od miesięcy trawi roślinność. – Produkcją miodu palmowego zajmuje się już tylko siedem rodzin – mówi, a w jego głosie słychać troskę. – Palmy potrzebują wody, żeby dawać sok. Bez deszczu umierają. Te opady to dla nas cud. Dzięki nim wiosna będzie zielona, przyroda odżyje, a drzewa znów będą miały siłę.

Dowiaduję się, jak skomplikowany to proces. Każdej nocy guaraperos (rzemieślnicy, którzy zajmują się pozyskiwaniem słodkiego soku) wspinają się na szczyty palm, często bez zabezpieczeń, używając tylko siły mięśni. Na górze, wśród ostrych jak brzytwy liści, muszą dostać się do serca drzewa. Delikatnie nacinają tkankę, tak aby zaczęło „krwawić”, ale nie umarło. – Jeśli natniesz zbyt głęboko, zabijesz palmę. Jeśli zbyt płytko, nie da soku – tłumaczy Jesus. Sok zwany guarapo spływa nocą do wiader. Jest słodki, orzeźwiający, ale szybko fermentuje w słońcu, dlatego trzeba go zebrać wczesnym rankiem i natychmiast gotować. Proces jest żmudny. Aby uzyskać jeden litr miodu, trzeba wygotować aż osiem litrów soku. Gotuje się go godzinami w wielkich miedzianych kotłach, aż zgęstnieje i nabierze ciemnej, mahoniowej barwy.

Kupuję słoik tego płynnego złota. Smak ma nie do podrobienia – jest mieszanką karmelu, dymu z ogniska, palonego cukru, słońca i lekkiej nuty goryczy. To esencja wyspy zamknięta w szkle, gęsta i oleista. Miejscowi używają go do wszystkiego – od polewania deserów, przez marynowanie mięsa, aż po leczenie bólu gardła.

W miasteczku hipisów

Z Alojery wciąż w strugach ożywczego deszczu jadę do Vallehermoso. Nazwa nie kłamie – to dosłownie „Piękna Dolina”. Nad miasteczkiem dominuje Roque Cano – potężna, niemal pionowa skała, która wygląda jak strażnik doliny. Deszcz sprawia, że kolory są niesamowicie nasycone. Zieleń plantacji bananów i winnic kontrastuje z czerwoną ziemią i mokrym asfaltem. To nie jest miasteczko typowo turystyczne. Czuć tu rytm normalnego życia. Ludzie chronią się pod parasolami na rynku, rozmawiając o tym samym co Jesus – o deszczu, który napoi ziemię. Wdycham zapach mokrej ziemi i czuję, że jestem świadkiem momentu, w którym wyspa bierze głęboki oddech.

Valle Gran Rey
Valle Gran Rey fot. Michał Cessanis

Zjeżdżam do Valle Gran Rey. Deszcz został w górach, tutaj znów wita mnie słońce chylące się ku zachodowi. Trasa do Doliny Wielkiego Króla jest jak spektakl – z zielonych szczytów wpadam w wielki kanion otwierający się na ocean. W latach 70. przybywali tutaj hipisi, szukając wolności. Dziś Valle Gran Rey wciąż ma ten specyficzny luźny klimat, choć czasy szałasów i życia w jaskiniach już minęły.

Idę na Playa del Inglés, plażę z czarnym wulkanicznym piaskiem. Ludzie gromadzą się, by pożegnać dzień. Kiedy słońce dotyka horyzontu, rozbrzmiewają bębny. To nie jest zorganizowany koncert, lecz spontaniczny rytuał. Młodzi i starzy, turyści i lokalsi – wszyscy patrzą w tym samym kierunku. W rytmie bębnów jest coś pierwotnego, co idealnie pasuje do tej surowej wyspy. Trudno o piękniejszy finał dnia.

Patrząc wstecz

Rankiem wchodzę na pokład promu Armas, którym płynę z powrotem na Teneryfę, do świata autostrad, neonów i pośpiechu. Patrzę, jak La Gomera maleje, zmieniając się w tajemniczą, poszarpaną sylwetkę.

W walizce mam słoik miodu palmowego, a w głowie lekcję od Juana z wypożyczalni. Miał rację, na tej wyspie nie ma czwartego biegu. La Gomera zmusiła mnie do redukcji. Do dwójki. Do tempa, w którym Efigenia gotuje warzywny gulasz, a Jesus cieszy się z każdej kropli deszczu. Do tempa, w którym wreszcie usłyszałem własne myśli. Wywożę stąd spokój – towar najbardziej deficytowy w dzisiejszym świecie.

Informacje praktyczne

Więcej informacji o La Gomerze znajdziesz na stronie www.lagomera.travel.

Dojazd

Z kontynentalnej Europy nie ma bezpośrednich lotów na La Gomerę. Najłatwiej dostać się na wyspę z Teneryfy.

Pierwsza opcja to prom z południa wypływający z portu w Los Cristianos. Rejs jednym z dwóch przewoźników – Fred Olsen lub Naviera Armas – trwa niecałą godzinę i kosztuje od 40 do 55 euro za osobę w jedną stronę.

Drugą opcją jest lot z lotniska Teneryfa-Północ linią Binter Canarias. Podróż trwa 25 min, a cena biletu wynosi od 50 euro.

Transport

Najłatwiej poznać Gomerę, wypożyczając samochód w jednej z lokalnych firm. Korzystałem z usług Gomera Car Rental; gomeracar.com. Koszt wynajęcia małego auta na 5 dni to wydatek rzędu 140–200 euro. To cena z pełnym ubezpieczeniem.

Nocleg

Hotel Bancal w San Sebastián jest nie tylko malowniczo położony, ale też oferuje świetną strefę spa i urozmaicone śniadania. Pokój 2-os. to wydatek ok. 160 euro za noc; bancalhotel.com.

Hotel Parador de La Gomera mieści się w zabytkowym budynku z pięknym ogrodem i widokiem na Teide, a ceny wahają się tam od 140 do 190 euro za noc.

Dobrym wyborem będzie też trzygwiazdkowy hotel Torre del Conde w centrum stolicy oferujący noclegi w przedziale 75–100 euro.

Warto wiedzieć

Gomera ma swój własny dźwięk. To el silbo gomero – język gwizdany wpisany na listę UNESCO. W terenie pociętym wąwozami tak głębokimi, że przejście do sąsiada zajmowało godziny, ludzki głos ginął. Gwizd niósł się na kilometry. To nie kod, to język – można wygwizdać wszystko. Dziś dzieci uczą się go w szkołach, a najlepszym miejscem, by zrozumieć jego fenomen, jest Mirador de Igualero, gdzie wiatr idealnie niesie dźwięk w doliny.

Nasz autor

Michał Cessanis

Od 14 lat redaktor prowadzący i sekretarz redakcji National Geographic Traveler oraz autor podróżniczej serii „Do zobaczenia” w Dzień Dobry TVN i TVN Style. Dziennikarz, który od lat życie spędza w drodze, łącząc pasję do eksploracji z rzetelnym warsztatem reportażysty. W swoich tekstach szczególną wagę przywiązuje do detali, historii spotykanych ludzi oraz ochrony dzikiej natury. Autor książek: „Opowieści z pięciu stron świata” i „Made in China”. Jako ambasador plebiscytu „Cuda Polski National Geographic Traveler” z równą pasją odkrywa nieznane zakątki kraju, co najdalsze krańce globu. Ma w genach ciekawość świata i otwartość na inne kultury. Nie straszne są mu ekstremalne warunki czy bariery językowe – dla niego to nie przeszkody, lecz paliwo do działania i tworzenia angażujących opowieści.
Michał Cessanis
fot. Michał Cessanis
Reklama
Reklama
Reklama