Reklama

Spis treści:

  1. Kissaten „Siema”
  2. Cesarska toaleta
  3. Papierosy i kawa
  4. Tu czas płynie inaczej

W wielkim skrócie: mam czterdzieści jeden lat. Kiedy miałem dziewiętnaście, przeprowadziłem się do Japonii. Bardzo dużo chodzę tutejszymi starymi drogami; zwykle samotnie, zawsze kompulsywnie. Chodzę po dwadzieścia, trzydzieści kilometrów, czasem więcej, aż stopy zaczynają mi omdlewać, miejscami piec, jakby zostały zmielone. Przestaję dopiero, gdy wiem, że nie zdołam już postawić ani jednego kroku. I to samo robię następnego dnia. I kolejnego. Powtarzam tę czynność codziennie tygodniami, miesiącami.

Przychodzi mi to z łatwością, całkiem jakby moje ciało czekało na to przez całe życie. Robię zdjęcia tym, których spotykam, temu, co zobaczę, banałom życia, które mijam po drodze. Nagrywam swoje spostrzeżenia na dyktafon, gadając do siebie jak tamta kobieta z siatami, którą widywaliśmy wałęsającą się po chodnikach naszego przedmieścia. (Dlaczego nikt z nas nie próbował jej pomóc?) Każdego wieczoru przez trzy, cztery albo i pięć godzin przeglądam i segreguję fotografie, opracowuję notatki, robię pranie, gawędzę z właścicielami i właścicielkami zajazdów, tworzę archiwum.

Dokąd to wszystko prowadzi? Tutaj, trzymasz to w ręku. To przypomina praktykę ascetyczną. Golę nawet głowę, jakbym był zawodowym żebrakiem, dla którego jałmużną są opowieści. To wędrówka, owszem, ale też seria związków z ludźmi i przedmiotami: sens rodzi się w pokazie slajdów złożonym z twarzy, dawnych opowieści, nowych opowieści, historii, pól, wspinaczek przez sosnowe lasy i salony pachinko.

Kissaten „Siema”

Przy drodze przed sobą widzę coś, co może być kissą, tanią restauracją w starym stylu. Te lokale stały się moimi ulubionymi miejscami na świecie. Kissaten, w skrócie kissa, to japoński bar atmosferą przypominający amerykańskie dinery z połowy ubiegłego wieku, tyle że z całkowicie własną estetyką właściwą światom lustrzanym. Niskie laminowane stoły, niskie krzesła. Mówią na nie „krzesła kanapowe”. (Cudowne – krzesła kanapowe!) Kissy to zadymione, trzeszczące ośrodki miejscowych społeczności. Posiedź we właściwej przez godzinę, a nawet jeżeli nie spotka cię nic szczególnego, wyjdziesz stamtąd z lepszym pojęciem o okolicy, w której się znalazłeś.

Płócienne markizy lokalu, do którego akurat się zbliżam, wyglądają jak potargane przez burze. Wierz mi, miejsce wydaje się opuszczone. Tak jakby zostało zamordowane i wrzucone do rowu, potem ktoś je wyciągnął, poddał oględzinom, stwierdził, że jest do niczego, i cisnął z powrotem w rów. Ale tego dnia jest gorąco, ja czuję pragnienie, a napis u wejścia pozdrawia: „Siema”.

W środku właścicielka pogrążona w lekturze gazety w uniesionej ręce trzyma kopcącego papierosa. Nie podnosi wzroku znad strony.
– Tostów nie ma – mówi. (Często podają tosty).
– Jest kawa mrożona?
– Tak, kawa jest. (Kawę mrożoną podają zawsze).

Cesarska toaleta

Lokal jest pusty. Korzystam z toalety, która jest w doskonałej formie: tradycyjny fajansowy otwór w podłodze z porcelanowych kafelków. Toaleta z innej epoki, przy korzystaniu wymaga dobrego poczucia równowagi i mięśni pośladków godnych zapaśnika sumo. Widziałem kiedyś toaletę wykonaną specjalnie dla cesarza. Znajdowała się w wiosce przy innym historycznym szlaku, znanym jako Kiso-ji, daleko od tej kissy.

Setki lat temu rozeszła się tam pogłoska, że przez wieś ma przejeżdżać cesarz. A niech by tak musiał akurat do sracza! Więc zbudowali mu przepiękną ubikację – drewnianą. (Tak jest, drewnianą ubikację). Dziura w podłodze w kształcie zaokrąglonego prostokąta, obrzeżona gałęziami cyprysu, wypełniona piaskiem, z poręcznym uchwytem pomocnym przy utrzymywaniu równowagi. Wystarczy podwinąć kimono i mocno się chwycić. Sufit stanowiła misternie wyplatana strzecha. Zaprawdę chytrze pomyślane miejsce opróżniania bebechów w dystyngowany sposób.

Skąd ten dół z piachem, zupełnie jakby cesarz był kotem? Stąd, że jego stolec należało poddać badaniu. Zajmował się tym Wielki Przesiewczy. Facet, który analizował każde cesarskie wypróżnienie, by można było mieć pewność, że z bóstwem wszystko w porządku. Co za robota! Możesz nie wierzyć, ale takie fuchy istnieją. Te historie, które sobie opowiadamy, to, jak wywyższamy jednego człowieka ponad innego – takie uznaniowe, takie dziwaczne. Z tamtej toalety pośrodku niczego nikt nigdy nie skorzystał. Ale miasteczko przemieniło ją w swego rodzaju relikwię, traktuje jak atrakcję. Jeśli jest się w pobliżu, można odwiedzić to miejsce.

Papierosy i kawa

Tutaj, w Siemie, ubikacja jest mniej więcej taka sama, tylko zamiast piasku ma kanalizację i nie ulega wątpliwości, że korzystano z niej tysiące razy. Obok znajduje się wyszczerbiona aluminiowa popielnica. Lokal, niegdyś wypełniony dymem tytoniowym, wciąż jest przesiąknięty spalinami z płuc tysiąca palaczy. Ze względu na igrzyska olimpijskie prawodawstwo w ostatniej dekadzie uległo zmianom. (Olimpiada przemieniła Tokio już wcześniej, w 1964 roku, i po raz kolejny w 2020 roku).

W 2000 roku, kiedy tu przyjechałem, miało się wrażenie, że palą wszyscy i wszędzie. Trzeba było wziąć prysznic trzy razy, żeby się pozbyć zapachu dymu z włosów. Teraz jest bardziej restrykcyjnie. Prawie nigdzie nie można palić. Te stare kissy opierają się jako ostatnie. Przy tym utrzymują dawne porządki głównie z szacunku do stałych bywalców, którzy palili w tych wnętrzach co rano przez większość życia.

Wracam z toalety i na stoliku czeka już mrożona kawa. Właścicielka sprawia wrażenie, jakby nie ruszyła się w ogóle z miejsca, jakby kawa sama się zrobiła. Biorę łyk. Krzywię się, kaszlę. Jest zaskakująco słodka. Przypomina mi się kawa, którą można dostać w obozie u podnóża Annapurny (jednego z pierwszych celów, do których podróżowałem sam): rozpuszczalna, z masą cukru. Gdy tam dotarłem, głowa pękała mi z powodu choroby wysokościowej. Nad obozem zwieszał się skalny parapet wyrastający z czoła imponującej moreny. Ponieważ nie mogłem zasnąć, wypuściłem się sam w noc z termosem słodkiej kawy wciśniętym pod kurtkę, usiadłem na krawędzi tej rozległej zamarzłej równiny i wpatrywałem się w górujące nade mną szczyty Maćhapućhare, Hiunćuli, Singu Ćuli i Gangapurny, no i rzecz jasna w samą ośmiotysięczną boską Annapurnę.

Wskazówka zegara się poruszyła, a ja skończyłem dwadzieścia osiem lat, czując się tak małym i zagubionym, jak czułby się każdy w takim miejscu, miejscu podobnym do Księżyca. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale zbliżałem się do końca trudnej dekady życia i sprawy miały niebawem zacząć się układać. Za to w tamtej chwili ze wszystkich sił musiałem się powstrzymywać, żeby nie rzucić się z krawędzi na spotkanie całego tego piękna i samotności.

Tu czas płynie inaczej

Odchrząkuję i zagaduję: To miejsce długo już działa, co? Właścicielka się śmieje i mówi: Siema? Będzie trzyijści pięć lat, jak prowadzę ten lokal. Może trzyijści sześć. Raczy’ trzyijści pięć. Dodaje, jeszcze trochę rechocząc: Do licha, całkiem długo. Moglibymy zwinąć interes w tej chwili. Moglimy zamknąć dawno temu.

Na Półwyspie Kii czas płynie inaczej. Trudno to wytłumaczyć, ale tutaj jak gdyby się zatrzymał w bardzo konkretnym momencie, czterdzieści lat temu, a wszystko, co dziś zostało, utraciło precyzję i zatacza błędne koła. W tej nieprecyzyjności czuję jakąś łagodność, coś w rodzaju rozgrzeszenia. Do medytowania nad przeszłością Półwysep nadaje się równie dobrze jak każde inne miejsce. Ludzie tutaj utrzymują zdrowe stosunki z rozkładem. Porządny sztorm mógłby zmieść stąd wszystko w jedną noc. I w porządku, wydają się mówić, a czasami mówią to wprost.

Patrzę dookoła po przyrządach do parzenia kawy i stołkach. Do ściany przytwierdzono karnety na pieczątki. Kup dziewięć filiżanek, a dziesiątą otrzymasz w prezencie. Coś w tym stylu. Kissy tradycyjnie utrzymują instytucję karnetów dla swoich stałych klientów. Chociaż to, czy stali klienci Siemy jeszcze dychają, to osobna kwestia. W kącie szklany stół z dżojstikiem z każdej strony i ekranem do gier wideo pod blatem. Gdy byliśmy dzieciakami, uwielbialiśmy tak spędzać czas. Tłusta pizza, Pac-Man za ćwierć dolara i godziny lata ulatniały się jak dym. Tu ekran jest wyłączony, wygląda, jakby nigdy go nie włączono. Zepsute od dawna?, pytam. Wieki, odpowiada właścicielka.

Nie kwestionuje mojego prawa do bycia tutaj, nie wadzi jej wielki plecak, który dźwigam. To mój pierwszy dzień chodzenia od dłuższego czasu i nie bardzo mam konkretny plan. Ale to, że natknąłem się na Siemę, to, że piję tę smętną mrożoną kawę, rozmyślając o pozbawionych życia morenach i cesarskich toaletach – to wszystko wydaje mi się dobrym znakiem. Moim celem jest po prostu robić „swoje”, chodzić dawnymi drogami Półwyspu przez trzydzieści, może czterdzieści dni. Zobaczymy, jak wyjdzie. Nigdzie się nie spieszę.

Zrzędliwa sprezzatura właścicielki mi imponuje. Kobieta jest niewiarygodnie wyluzowana. Zwisa jej po całości. Mówi ogólnikami, zagadkami, jakby rozgrywała ze mną partię ping-ponga, zamiast piłeczki zagrywając mokrą gąbkę. Moglibyśmy gadać o tylu rzeczach. A gadamy akurat o kompetencji albo niekompetencji rządu. O tym, że wirus to, wirus tamto. Świat się wykoleił i nie wiadomo, czy się naprostuje. Kto wie, gdzie się zaczaił wirus, zresztą, do diabła, kogo to obchodzi. Mówi: Mam mieć pretensję, że ktoś chce się napić? Teraz już z każdego może wyleźć praktycznie wszystko.

Mogę tylko się roześmiać i przyznać jej rację. I dopijam słodką ciecz, płacę i pytam, czy wolno mi sfotografować lokal. Odburkuje przyzwalająco.

Pochmurny dzień, słabe światło. Na ścianie pożółkły od dymu papierosowego portret piękności z amerykańskiego Południa. Tak przelatują kolejne dziesięciolecia.

To jest przedruk z książki autorstwa Craiga Moda „Gdzie rosną cedry. Zapiski z wędrówki przez Japonię”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak Literanova. Tytuł, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji.

Gdzie rosna cedry
Reklama
Reklama
Reklama