Reklama

Spis treści:

  1. Poranek na targu
  2. Plac tysiąca emocji
  3. Trzy oblicza św. Jakuba
  4. Strażnik strzałek z O Cebreiro
  5. Fiordy i słodka woda
  6. Światło, które nie gaśnie
  7. Galicja – informacje praktyczne

W Santiago de Compostela deszcz jest czymś tak naturalnym, że mieszkańcy przestali go zauważać, traktując go jak nieodłączny element krajobrazu. Tutejsza mżawka, zwana orballo, nie pada, tylko zawisa w powietrzu, otulając miasto wilgotnym całunem. To właśnie ona nadaje Santiago nieco tajemniczy klimat. Zanim jednak zanurzę się w labirynt uliczek starego miasta, staram się zrozumieć cel, który od ponad tysiąca lat przyciąga tu miliony ludzi.

Droga św. Jakuba (Camino de Santiago) to szlak pielgrzymkowy i trekkingowy wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Prowadzi do grobu św. Jakuba Apostoła, który według tradycji głosił Ewangelię właśnie na tych ziemiach. Gdy w średniowieczu odnaleziono jego grób, Santiago stało się magnesem przyciągającym chrześcijan. Dziś pątnicy wciąż podążają śladami opisanymi już w XII-wiecznym Kodeksie Kalikstyńskim (Codex Calixtinus) przechowywanym w katedralnym archiwum. Szukają tu nie tylko odpuszczenia win, ale często po prostu ciszy i samych siebie.

Poranek na targu

Zapach dzisiejszego Santiago uderza mnie chwilę później, zanim jeszcze zobaczę wieże katedry. To intensywna mieszanka wilgotnego granitu, palonego kadzidła i... świeżych owoców morza. Jest czwartkowy poranek, gdy wchodzę do Mercado de Abastos. To drugi najczęściej odwiedzany punkt miasta po katedrze. Tutaj sacrum ustępuje miejsca profanum.

Hale targowe, w których się znajduję, nie są średniowieczne, choć na takie wyglądają. Obecny budynek, ukończony w 1941 r., jest dziełem hiszpańskiego architekta Joaquína Vaquero Palacios. Plan targowiska opiera się na dwóch kwadratach z ośmioma halami, gdzie dominują granitowe mury i otwarte arkady. To nie błąd konstrukcyjny, lecz geniusz inżynierii: przeciągi zostały zaplanowane celowo – od wieków wywiewają zapach ryb i wilgoć, przedłużając świeżość produktów. – Spróbuj tego, to najprawdziwszy smak Atlantyku – zachęca Pitusa Fariña, moja przewodniczka po galisyjskich smakach, podając mi duszone omułki (mejillones), które jemy na stojąco. Chwilę wcześniej kupiliśmy ich na targu pół kilo, a w barze po sąsiedzku przygotowano je nam za 9 euro (takich miejsc jest tu kilka). Są słone, mięsiste i smakują czystym oceanem.

Spacerujemy przez targ. Wokół nas leżą stosy świeżych ryb przywiezionych prosto z Costa da Morte, charakterystyczne sery tetilla o kształcie kobiecej piersi i chleb z okolicznych piekarni, który pachnie zakwasem i drewnem. Dzisiejsze hale targowe stoją na fundamencie rynku z 1873 r., ale historia handlu w tym miejscu sięga głębiej. Dzielnica Altamira stała się ostateczną przystanią dla straganów, które przez setki lat wędrowały po mapie miasta. Jednak klimat tego miejsca tworzą przede wszystkim ludzie. – Zobaczysz tu starsze Galisyjki z koszykami mijające się z szefami kuchni najlepszych restauracji – opowiada Pitusa, gdy obserwujemy pielgrzymów, którzy po raz pierwszy w życiu nieśmiało próbują dziwacznych percebes, morskich pąkli zbieranych ręcznie ze skał.

Plac tysiąca emocji

Wychodzę z hal targowych (Pitusa została dłużej na zakupach) i klucząc wąskimi uliczkami, idę w stronę serca miasta – Plaza del Obradoiro. Tam, przy bramie, którą wchodzi się z Trasy Francuskiej (Camino Francés), najpopularniejszej wśród pielgrzymów, czeka na mnie Katarzyna Jabłońska, polska przewodniczka od 20 lat mieszkająca w Santiago i znająca tu niemal każdy jeden kamień i pewnie niejedną ludzką historię. – Spójrz na nich – mówi, wskazując na grupę ludzi wchodzących na plac. – Właśnie pokonali 800 km Trasy Francuskiej, idąc całą północą Hiszpanii – wyjaśnia.

Santiago de Compostela
Santiago de Compostela / fot. Andrew Gunners

Stojąc na placu, staję się świadkiem niezwykłego spektaklu. Pielgrzymi mają przyczepione do plecaków muszle przegrzebków św. Jakuba – odwieczny symbol drogi. Wielu z nich podpiera się kijami, inni lekko utykają, ale w ich oczach widać radość z dotarcia do celu. Jedni się uśmiechają, śpiewają, tańczą, inni wpadają sobie w ramiona i płaczą ze wzruszenia. W dłoniach ściskają paszporty pielgrzyma (credencial) pełne pieczątek zbieranych w barach, restauracjach i schroniskach – to dowód przebytej drogi.

Podchodzę do dwójki mężczyzn, którzy właśnie zrzucili ciężkie plecaki na kamienne płyty placu. Jeden z nich chętnie dzieli się swoją historią. – Jestem triatlonistą, kocham maratony i chciałem się po prostu sprawdzić fizycznie – opowiada, ocierając pot z czoła. – Nie jestem wierzący, ale poszedłem z nim – wskazuje na swojego przyjaciela. – On jest wierzący, szedł w intencji swoich rodziców. Wyruszyliśmy na szlak razem. To była wielka przygoda i bardzo duże wyzwanie. Szliśmy 35 dni, ale dotarliśmy w świetnej formie – dodaje z dumą triatlonista.

Trzy oblicza św. Jakuba

Kasia prowadzi mnie do wnętrza katedry. Wnętrze świątyni wygląda niczym kamienny las romańskich filarów, który zdaje się nie mieć końca. – Ludzie pielgrzymują tu nieprzerwanie od 813 r. – wyjaśnia i zwraca uwagę na detale ikonograficzne, które łatwo przeoczyć w natłoku wrażeń. – W katedrze mamy aż trzy najważniejsze przedstawienia św. Jakuba. W ołtarzu głównym widzimy go jako świętego, w majestacie, siedzącego na tronie. Możemy też znaleźć wizerunek Jakuba jako pielgrzyma, z kijem i w charakterystycznej pelerynie, oraz jako Matamoros, czyli Pogromcy Maurów, przedstawionego na koniu i z mieczem. To fascynująca lekcja historii, pokazująca, jak zmieniała się rola Apostoła – od ewangelizatora, przez towarzysza niedoli pątników, aż po symbol rekonkwisty – tłumaczy.

Rozlega się dźwięk organów. Trafiamy na moment kulminacyjny – uruchomienie Botafumeiro. Ta ogromna posrebrzana kadzielnica waży 53 kg! Gdy mężczyźni w bordowych szatach, zwani tiraboleiros, ciągną za liny, mechanizm z 1602 r. zaczyna pracować. Kadzielnica rozpędza się, szybując pod sklepieniem z prędkością dochodzącą do 70 km/godz. Dym kadzidła wypełnia wnętrze. – Kiedyś miała maskować zapach tysięcy niemytych ciał pielgrzymów, którzy spali w katedrze – szepcze Kasia, gdy nad naszymi głowami przelatuje dymiący kolos. – Dziś to symbol modlitwy unoszącej się do nieba – dodaje.

Po wyjściu z katedry wzrok przyciąga stojący przy tym samym placu Hostal dos Reis Católicos. To budynek o niezwykłej historii – ufundowany przez Królów Katolickich w 1501 r. jako szpital dla pielgrzymów. Mowa o Izabeli Kastylijskiej i Ferdynandzie Aragońskim, którzy decyzję tę podjęli wstrząśnięci losem pątników podczas własnej wizyty w Santiago. Ten gest hiszpańskiej pary królewskiej miał zapewnić godną opiekę tysiącom wiernych. Przez wieki w jego salach, gdzie dziś mieszczą się luksusowe apartamenty hotelu Parador, opatrywano rany i karmiono chorych wędrowców. Do dziś pielęgnowana jest tu piękna tradycja: dziesięciu pierwszych wędrowców, którzy zgłoszą się każdego dnia do biura pielgrzyma, otrzymuje kupony na darmowy posiłek w tym miejscu.

Strażnik strzałek z O Cebreiro

Aby w pełni zrozumieć fenomen szlaku, cofam się do miejsca, gdzie dla wielu wędrowców wkraczających do Hiszpanii od strony Francji, Włoch czy Niemiec zaczyna się prawdziwa Galicja. Ruszam w głąb lądu, do górskiej wioski O Cebreiro. Krajobraz jest tu surowy, a architektura unikatowa. Spotykam José Manuela Lópeza Valiñe, mieszkańca wioski, który z pasją opowiada mi o celtyckich korzeniach tego miejsca. – Te domy, pallozas, mogą mieć nawet 3 tys. lat – mówi José, wskazując na niskie owalne chaty o grubych kamiennych murach, kryte strzechą. – Były zamieszkane aż do lat 70. ubiegłego wieku – dodaje. Wchodzę do środka jednej z nich. To żywy skansen – dawniej ludzie i zwierzęta żyli tu pod jednym dachem, ogrzewając się przy centralnym ognisku, co pozwalało przetrwać surowe zimy.

Okazuje się, że José jest bratankiem człowieka, który uratował Camino przed zapomnieniem. – Nasza rodzina jest bardzo związana ze Szlakiem Jakubowym. Mój wujek, Elías Valiña, który był tu proboszczem, zaczął poszukiwać zapomnianych ścieżek, którymi wieki temu chodzili pielgrzymi. Oryginalne mapy zaginęły, ale wujek był z zamiłowania kartografem. Postanowił wyznaczyć te szlaki na nowo. Przez 10 lat jeździł swoim starym samochodem po całej Hiszpanii, malując te słynne żółte strzałki farbą drogową, a ja mu w tym pomagałem – opowiada. Wtedy uważano ich za szaleńców. Dziś jednak żółte strzałki są symbolem rozpoznawalnym na całym świecie i prowadzą miliony ludzi do celu.

Zjeżdżając z gór O Cebreiro, mijam monumentalny klasztor w Samos. To jedno z najstarszych opactw w Hiszpanii, którego korzenie sięgają VI w. Benedyktyni stworzyli tu potężny ośrodek kultury. Wielki krużganek klasztorny o powierzchni 3 tys. m² jest jednym z największych w kraju. Ale moją uwagę przykuwa stojąca nieopodal, w cieniu tysiącletniego drzewa, maleńka kaplica Cyprysowa. Ta prosta kamienna budowla z IX w. jest niemym świadkiem czasów, gdy chrześcijaństwo na półwyspie dopiero krzepło.

Dalej trasa prowadzi przez Portomarín. To miasteczko widmo i miasteczko twierdza w jednym. Gdy w latach 60. XX w. budowano tamę Belesar, stara osada w dolinie rzeki Miño została zalana. Najcenniejsze zabytki, w tym potężny kościół-twierdzę San Nicolás, rozebrano kamień po kamieniu i przeniesiono na wzgórze. Na blokach skalnych świątyni wciąż można dostrzec numery, które posłużyły budowniczym do ponownego złożenia tej kamiennej układanki. Gdy poziom wody w zbiorniku opada, z toni wyłaniają się ruiny starego mostu i domów.

Fiordy i słodka woda

Docieram na wybrzeże i w porcie wsiadam na łódź z kapitanem Fernandem Carrillo. Jego twarz, smagana wiatrem, zdradza człowieka, który życie spędził na morzu. – Popłyniemy wzdłuż wybrzeża, na pełny ocean, w stronę skał Cabo de la Nave – zapowiada Fernando, uruchamiając silnik. Wypływamy w dwugodzinny rejs, który pozwala zobaczyć zupełnie inne oblicze Galicji. Łódź kołysze się na falach, a my mijamy dzikie, niedostępne z lądu zakątki. – Widzisz te plaże ukryte wśród skał? – kapitan próbuje przekrzyczeć warkot silnika. Potem wskazuje na klify wpadające pionowo do morza. – Ta część wybrzeża Hiszpanii jest skalista, niektórym przypomina nawet fiordy – zauważa.

Fernando tłumaczy mi fenomen tego miejsca. – Mamy tu wyjątkowe zatoki riasowe – wyjaśnia. – Tutaj woda słodka miesza się z wodą słoną. To unikatowe połączenie wód rzecznych z oceanicznymi tworzy bogaty w składniki odżywcze ekosystem. Dzięki temu są tu idealne warunki dla owoców morza. Te poławiane tutaj smakują wyjątkowo. Mówi się, że z Galicji pochodzą najlepsze owoce morza na świecie – zachwala. Patrząc na spienione wody Atlantyku rozbijające się o skały, rozumiem teraz głębię smaku omułków jedzonych z Pitusą, które tak polecała. To smak natury w najczystszej postaci.

Virxe De Barca
Virxe De Barca/ fot. Shutterstock

Płyniemy w stronę Muxíi. Na skalistym cyplu widzę sanktuarium Virxe da Barca. Według legendy to tutaj Matka Boska przypłynęła kamienną łodzią, by dodać otuchy św. Jakubowi. Pielgrzymi wierzą w moc tutejszych kamieni – Pedra dos Cadrís ma leczyć bóle nerek, pleców, a nawet głowy, a Pedra de Abalar potrafi ponoć się zakołysać, wydając dźwięki przepowiadające nadchodzące nieszczęście.

Dopływamy w pobliże Fisterry – Finis Terrae. Dla Rzymian był to koniec znanego świata. Na szczycie klifu stoi latarnia morska. To tutaj wielu pielgrzymów, po dotarciu do Santiago, kontynuuje wędrówkę, by symbolicznie wrzucić kamień do wody, zamykając stary etap życia (w średniowieczu palili także ubrania, co dziś jest tu zabronione).

Wracamy na ląd. Obiad jemy w restauracji O Semáforo urządzonej w dawnym budynku sygnałowym tuż przy latarni morskiej. Za oknem tylko błękit i horyzont. Siedząc tam, na krawędzi kontynentu, z talerzem grillowanej ośmiornicy, zaczynam rozumieć słowa triatlonisty z placu przed katedrą. Tak, to była wielka przygoda. Choć ta jeszcze się dla mnie nie kończy.

Światło, które nie gaśnie

Ostatnim przystankiem na mojej trasie jest portowa A Coruña nazywana miastem Herkulesa. Po surowości i dzikości Costa da Morte, A Coruña wita mnie miejską elegancją. Spaceruję wzdłuż jednej z najdłuższych nadmorskich promenad w Europie, która ciągnie się przez ponad 13 km. Miasto słynie ze swoich charakterystycznych przeszklonych balkonów, które chronią przed wiatrem i łapią każde promienie słońca, nadając budynkom lekkości.

Ale najważniejszy punkt tutaj to Wieża Herkulesa (Torre de Hércules), najstarsza działająca latarnia morska na świecie i jedyna zachowana latarnia rzymska, która do dziś pełni swoją funkcję. W 2009 r. została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zbudowali ją Rzymianie na przełomie I i II w. n.e., a jej architektem był Gaius Sevius Lupus, co potwierdza inskrypcja u stóp wieży. Choć w XVIII w. otrzymała nową, klasycystyczną fasadę, jej serce wciąż stanowi rzymski rdzeń. Wchodzę na szczyt. Wieża ma 55 m wysokości i stoi na skalistym cyplu, co sprawia, że światło latarni góruje ponad 100 m nad poziomem Atlantyku.

Torre de Hércules
Torre de Hércules / fot. Shutterstock

Wiatr na górze jest potężny, chce urwać głowę. Patrzę na ocean i myślę o legendzie, według której to tutaj Herkules pokonał olbrzyma Geriona i na jego grobie wzniósł tę wieżę. Przez dwa tysiące lat imperia upadały, granice się przesuwały, a to światło wciąż płonęło, wskazując drogę żeglarzom. Tak jak żółte strzałki Elíasa Valiñy wskazują drogę pielgrzymom. Tak jak gwiazdy nad grobem św. Jakuba wskazywały cel średniowiecznym wędrowcom. Galicja to kraina drogowskazów.

Galicja – informacje praktyczne

Dojazd

  • Najwygodniejszą opcją jest lot do Santiago de Compostela liniami Lufthansa czy Iberia z przesiadką w Niemczech lub Madrycie. Cena biletu w dwie strony to wydatek od 800 zł do ok. 1,5 tys. zł.
  • Można także lecieć z Polski bezpośrednio liniami Ryanair lub Wizz Air do Porto (bilety w promocji od 250 zł) i stamtąd dojechać do Santiago autobusem lub wyruszyć na Szlak Pielgrzyma.

Transport

Choć między Santiago a A Coruñą kursują szybkie i tanie pociągi, to do przejechania mojej trasy najlepiej wynająć auto. Dzięki temu dojedziecie i w góry, i na dzikie wybrzeże Costa da Morte. Poza sezonem ceny wynajmu są bardzo przystępne i zaczynają się od 30–40 euro za dobę, choć latem mogą wzrosnąć dwukrotnie. Warto pamiętać o wykupieniu pełnego ubezpieczenia, gdyż galisyjskie drogi bywają kręte i wąskie.

Nocleg

  • Najtańszą opcją są schroniska dla pielgrzymów (albergues) w Santiago de Compostela, gdzie nocleg kosztuje 15–20 euro.
  • Nieco więcej zapłacimy w okolicach Samos i gór O Cebreiro, gdzie warto szukać noclegów w tzw. casas rurales – kamiennych domach agroturystycznych (ok. 50–70 euro).
  • W samym Santiago popularnym wyborem są też klimatyczne hoteliki w starej dzielnicy (ok. 60–90 euro).
  • Dla szukających wyjątkowych wrażeń prawdziwą perełką jest hotel O Semáforo w Fisterrze urządzony przy latarni morskiej (ok. 120–160 euro).

Warto wiedzieć

Wstęp do nawy głównej katedry w Santiago i do krypty z relikwiami jest bezpłatny, natomiast za zwiedzanie muzeum, krużganków oraz wejście na dach trzeba zapłacić 15 euro, jednak pielgrzymi mają zniżki.

Źródło: archiwum NG

Nasz autor

Michał Cessanis

Od 14 lat redaktor prowadzący i sekretarz redakcji National Geographic Traveler oraz autor podróżniczej serii „Do zobaczenia” w Dzień Dobry TVN i TVN Style. Dziennikarz, który od lat życie spędza w drodze, łącząc pasję do eksploracji z rzetelnym warsztatem reportażysty. W swoich tekstach szczególną wagę przywiązuje do detali, historii spotykanych ludzi oraz ochrony dzikiej natury. Autor książek: „Opowieści z pięciu stron świata” i „Made in China”. Jako ambasador plebiscytu „Cuda Polski National Geographic Traveler” z równą pasją odkrywa nieznane zakątki kraju, co najdalsze krańce globu. Ma w genach ciekawość świata i otwartość na inne kultury. Nie straszne są mu ekstremalne warunki czy bariery językowe – dla niego to nie przeszkody, lecz paliwo do działania i tworzenia angażujących opowieści.
Michał Cessanis
fot. Michał Cessanis
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...