El Rocío to wieś, którą może odwiedzić nawet milion osób. Tak wygląda finał pielgrzymki
Wizyta w tej wsi w trakcie słynnej zielonoświątkowej pielgrzymki jest wyjątkowym doświadczeniem. El Rocío staje się miejscem wielkiej fiesty.

Spis treści:
Stałem na środku wielkiego piaszczystego placu. Było gorąco i dość cicho, tak jak to bywa w czasie sjesty. Dookoła niego lśniły w słońcu białe fasady niskich kamienic, które nieodparcie przywodziły mi skojarzenia z filmową scenografią z Dzikiego Zachodu. Podświadomie czekałem, aż na środku tego placu pojawi się koń, a na nim jeździec ozuty w dżinsy, kapelusz i z koltem u pasa. Ale ta projekcja była zafałszowanym przez popkulturę obrazem świata, który istnieje w zasadzie wyłącznie w kinowym wymiarze. Bo i owszem, jeździec się pojawił. Tyle że na głowie nosił filcowy kapelusz z szerokim rondem, nieco przykrótką niebieską marynarkę, osłonięte skórzanym fartuchem obcisłe spodnie z lampasem i lśniące czystością wysokie buty. Ale przede wszystkim nie był filmowym kowbojem, zaś na koniu nie jechał sam.
Tuż za nim, zwrócona bokiem, siedziała kobieta. Prawą ręką trzymała jeźdźca w pół. Jej czerwona, pofalowana suknia od ramion opadała aż po ubrane w czerwone pantofle stopy. Czerwony kwiat zdobił głowę, wpięty w ciasno spięte ciemne włosy. Wielkie koła kolczyków poruszały się miarowo, gdy para przedefilowała tuż obok mnie i zniknęła w cieniu jednej z uliczek. Stałem jak oniemiały.
W sercu Andaluzji
El Rocío to osada słynąca tak samo z białych, stylowych kamienic i domów, jak i z braku utwardzanych, za to wysypanych piaskiem ulic. Miejscowość w swej obecnej formie powstawała z końcem XIX i w XX w., sławna jest przede wszystkim z powodu sanktuarium Matki Bożej z Rocío, do którego każdego roku maszerują tłumne pielgrzymki.
Gdy będąc w sercu Andaluzji, w końcu nadarzyła się okazja, postanowiłem dołączyć do jednego z bractw. A wybór nie był łatwy, bo za pielgrzymką i legendą cudownego odnalezienia w XIII w. figurki Maryi, ukrytej w bagnach Doñana przed panującymi tu przez 800 lat Maurami, kryje się kult Virgen del Rocío – Dziewicy z Rosy. A wraz z nim ponad setka świeckich bractw, które od wieków, każdego roku, ciągną wielki dwukołowy zaprzęg, a na nim simpecado – święty dla nich sztandar z wizerunkiem Maryi z dzieciątkiem. Ruszają z miast i miasteczek Andaluzji, ale i spoza regionu, by po wielu dniach marszu – pieszo, wierzchem, w wozach do złudzenia przypominających romskie tabory – przybyć do drzwi sanktuarium i pokłonić się patronce.
Spacer po piasku
Najlepiej dotrzeć tu, zanim jeszcze pojawią się pielgrzymi, i zgubić się w plątaninie ulic. Ma się wówczas szansę na swobodne, niczym niezakłócone sycenie oczu zjawiskową architekturą. Gdy pierwszy raz tu przyjechałem, z miejsca zauważyłem wysoką wieżę kościoła i dzwonnicę. Ta neobarokowa, wybudowana w andaluzyjskim stylu świątynia – Santuario de Nuestra Señora del Rocío – zachwyca tak samo lekkością konstrukcji co przestrzenią wnętrza. Chroniąc się przed upałem w przestronnym gmachu, miałem przeświadczenie, że zbudowano je tak, by wszyscy odwiedzający zwracali ciągłą uwagę na figurę matki Chrystusa. Na tyłach kościoła zaglądnąłem do sklepików z pamiątkami i dewocjonaliami, a potem ruszyłem dalej, próbując rozszyfrować inspiracje, które stały za kolejnymi fasadami budynków otaczających świątynny plac.

Niektóre domy przypominały zwykłe kamienice z rzędem okien zamkniętych drewnianymi, malowanymi jaskrawymi kolorami okiennicami i dachami pokrytymi czerwoną dachówką. Zauroczył mnie niewielki Mesón „La Madre” przerobiony na typowy zajazd z czerwonymi stołami i krzesłami. Ale prawdziwy zachwyt ogarnął mnie we wnętrzu hotelu Palacio Doñana. Zacienione patio zdobiła fontanna, zaś ściany – mauretańskie łuki i zdobienia z ręcznie malowanych ceramicznych płytek. Hotel był przytulny, odcięty od jakichkolwiek dźwięków z zewnątrz. Gdy podziwiałem wnętrze, wdałem się w rozmowę i ktoś z hotelu zarekomendował mi, abym odwiedził jeden z domów pielgrzymów z Sevilli na Plaza Doñana. Budynek odnalazłem bardzo łatwo, przypominał prowincjonalną hacjendę, stał mniej więcej w połowie północnej ściany kamienic, a fasadę zdobiła nazwa miejscowości i herb bractwa: Casa Hermandad del Rocío de Sevilla. Środek zaś zdobiły wymalowane religijne freski, ale najbardziej oryginalną atrakcją było wielkie kamienne poidło dla koni.
Z domu bractwa poszedłem jeszcze kawałek dalej i podziwiałem fasadę domu pielgrzymów z Huelvy. Z dzwonnicami i wieżyczkami bardziej przypominała obronną twierdzę. Błądząc w poszukiwania czegoś zimnego do picia, dotarłem na południową krawędź osady. Zasiadłem w zacienionej, przytulnej restauracji hotelu Toruño del Rocío i podziwiałem widok na Charco de la Boca – ogromny staw, w którego wodach przeglądały się różowe flamingi. Wypiłem zimny trunek i ruszyłem jeszcze dalej na zachód, aż do miejsca, gdzie na wielkiej polanie, już poza El Rocío, biegały samopas konie. Stado liczyło ponad 50 osobników. Wracając do centrum, przeszedłem obok basenu. Turkusowa woda kusiła, ale lada chwila miały przybyć pierwsze grupy pielgrzymów. Zaczynała się religijna fiesta.
Rytmy flamenco
Kręciłem się z aparatem, wsłuchiwałem się w muzykę i śpiewy. Huczało jak w ulu. Wszyscy odziani w odświętne stroje, na galowo, chętnie pozowali do zdjęć, zapraszali na poczęstunek, zachęcali do tańca albo po prostu rozmowy. W cieniu kolorowych markiz i kotar, w chłodnych wnętrzach kamienic kotłowali się i pielgrzymi, i ci, którzy przybyli jedynie na spektakularny finał wydarzenia. Kawiarnie i restauracje były całkowicie wypełnione ludźmi. Dorożki i jeźdźcy przepychali się wąskimi ulicami, a potem zatrzymywali się gdzieś pod zacienieniem, nie schodząc z konia, częstowani, wznosili toast.
Można było godzinami błądzić w tym tłumie, obserwować i podziwiać stroje, zatrzymywać się tam, gdzie akurat grali muzykę, gdzie słychać było kroki flamenco, dłonie i obcasy butów wybijały rytm, a okrzyk „Olé!” znaczył zakończenie spektakularnej tanecznej sekwencji. Ostatni dzień, zielonoświątkowa niedziela, był dla wszystkich wydarzeniem szczególnym. Gazety podały, że zjechało tu aż milion osób. W tym czasie każde bractwo prezentowało się w drzwiach świątyni, oddając ukłon figurze Matki Boskiej. A potem, już nocą, zaczynał się prawdziwy spektakl – Salto de la Reja, czyli skok przez ogrodzenie relacjonowany na żywo w hiszpańskiej telewizji.

Ubrani w białe koszule członkowie bractwa z Almonte, historycznie strażnicy sanktuarium, „porywali” wielki ołtarz z figurą maryjną i ruszali z nią w pełen chaosu, ogromnych emocji, tłumny pochód dookoła świątyni i odwiedziny u wrót domów poszczególnych bractw. Ważąca kilkaset kilogramów figura wraz z baldachimem płynęła nad głowami dziesiątek tysięcy zgromadzonych, by po wielu godzinach powrócić na swoje miejsce w świątyni.
El Rocío – informacje praktyczne
Dojazd
- Samolotem z Polski z przesiadką np. w Barcelonie do Sewilli (cena biletu ok. 600 zł w dwie strony) i dalej wynajętym samochodem. Podróż autem do El Rocío zajmuje stamtąd nieco ponad godzinę.
- Można także znaleźć bezpośrednie połączenie lotnicze np. do Malagi i stamtąd ruszyć samochodem – podróż potrwa wtedy ok. 3 godz.
- Na miejscu auto staje się jednak zbędne, a nawet kłopotliwe – ulice we wsi nie są utwardzone.
Kiedy jechać
Aby w pełni poczuć ducha tego miejsca, najlepiej zaplanować podróż w okresie właśnie Zielonych Świątek. Jest to święto ruchome – w 2026 r. główne uroczystości przypadają na dni 22–25 maja.
Nocleg
- W samym El Rocío znalezienie noclegu w czasie święta graniczy z cudem, dlatego najlepiej szukać go w miejscowościach odległych do 30 min jazdy samochodem. Dobrą bazą jest Mazagón, a nieco bliżej (i drożej) Matalascañas. Ceny za noc zaczynają się od 200 zł za dwójkę za noc.
- Jeśli podróżujesz poza terminem pielgrzymki, możesz spróbować szczęścia w samym miasteczku, np. Hotelu Palacio Doñana z pięknym patiem w stylu mauretańskim, lub skorzystać z miejskiego kempingu La Aldea (od 320 zł za noc za domek).
Warto wiedzieć
- Jazda konna jest tu elementem lokalnej kultury. Miejscowe stajnie oferują spokojne konie nawet dla nowicjuszy, a godzinny spacer po piaszczystych traktach to koszt rzędu 25–30 euro. Jeśli wolisz wygodniejszą opcję, możesz wynająć całą dorożkę z woźnicą za 60–80 euro.
- Alternatywą dla koni jest rower – wypożyczenie sprzętu kosztuje 12–15 euro za dzień, a utwardzona ścieżka prowadzi nad ocean.
Źródło: archiwum NG

