Dotarłam do zaginionego królestwa w Himalajach. Ludzie żyją tu tak, jak ich przodkowie setki lat temu
Artykuł Marianny Armańskiej o królestwie Mustangu znalazł się w gronie wyróżnionych artykułów w konkursie „Zostań Autorem National Geographic Traveler”, zorganizowanym z okazji 20-lecia magazynu.

Spis treści:
- Królestwo Mustangu – zaginiony świat u podnóża Himalajów
- Przedszkole na krańcu świata
- 100 kilometrów przez pustynię dla jednego marzenia
- Szkoła w Phylak – kolejny krok pomocy
Są miejsca, które choć odległe, stają się dziwnie bliskie. Nie dlatego, że są spektakularne, ale dlatego, że budzą w nas to, co najlepsze. Nie spodziewałam się, że miejsce, do którego tak trudno dotrzeć, może tak głęboko poruszyć moje wnętrze. Królestwo Mustangu – zaginione buddyjskie królestwo, leżące na półpustynnej wyżynie u podnóża Himalajów. Kraina ciszy i wiatru.
Królestwo Mustangu – zaginiony świat u podnóża Himalajów
Zanim postawiłam stopę na nepalskiej ziemi, dostałam od losu prezent – samolot utknął w powietrznej kolejce do lądowania w Katmandu. Przez ponad pół godziny krążyliśmy wokół chmur – raz się w nie zanurzając, raz oddalając – a na drugim planie widziałam ośnieżone szczyty himalajskich ośmiotysięczników. Zawieszenie między niebem a ziemią. Czysta magia. Ale to był dopiero początek.
Kilka dni później dotarłam do Królestwa Mustangu, zaginionego buddyjskiego świata, gdzie życie biegnie niespiesznie, a ludzie żyją tak, jak ich przodkowie setki lat temu. Przez wieki region był zamknięty dla obcych, a otworzył się dopiero w 1992 roku. Położony na półpustynnej wyżynie stanowi fragment dawnego Tybetu.
Krajobraz jest niemal księżycowy – rozległy i milczący. Ale to nie góry poruszyły mnie najmocniej. To byli ludzie.
Przedszkole na krańcu świata
Z dala od wydeptanych szlaków, w szałasie z kamieni – nie większym niż dwa na dwa metry – spotkałam starszą kobietę z twarzą pooraną wiatrem i czasem. Bez słowa podała mi herbatę i… jabłko. Tym gestem skradła moje serce na zawsze, bo jestem wielką fanką jabłek.
W Lo Manthang, stolicy regionu, gdy wspinałam się po stromych schodach na dach, by przewietrzyć ubrania, poczułam nagle ciepły dotyk na dłoni. To była ręka kilkuletniego chłopca – Aruna. Spojrzał na mnie z uśmiechem i już po chwili siedzieliśmy razem, przeglądając w moim telefonie zdjęcia z wcześniejszych wypraw. Arun nie znał mojego języka, ja nie znałam jego, ale to nie przeszkodziło nam się zaprzyjaźnić.
Właśnie wtedy, wysoko w Himalajach, narodziła się we mnie potrzeba zrobienia czegoś więcej. Nie chciałam być tylko turystką z plecakiem, która przemierza szlaki i wraca do swojego świata. Zapragnęłam, aby dzieci takie jak Arun miały więcej możliwości, by mogły się uczyć i rozwijać, zamiast tylko pomagać w domu. Tak zrodziła się myśl o przedszkolu na krańcu świata – miejscu, które dałoby dzieciom szansę na lepszą przyszłość.

Kiedy podzieliłam się tym marzeniem ze współtowarzyszką podróży, opowiedziała mi o fundacji „Szkoły na Końcu Świata”, która wspiera edukację dzieci i młodzieży z Mustangu. Dzięki ich programowi stypendialnemu „Scholarships for Better Future” młodzi ludzie dostają szansę na lepszą przyszłość.
100 kilometrów przez pustynię dla jednego marzenia
Po powrocie do Polski nie mogłam przestać myśleć o Mustangu. Nie chciałam być tylko turystką, która przyszła, zobaczyła i wróciła. Postanowiłam działać. Kilka miesięcy później stanęłam przed ogromnym wyzwaniem – biegiem przez pustynię. Do pokonania miałam 100 kilometrów w cztery dni, w upale sięgającym 50°C, z całym ekwipunkiem na plecach. Postanowiłam połączyć Mustang i pustynię, by zbierać środki na czesne dla jednej ze stypendystek fundacji – Dolmy Gurung.
Dolma Gurung to pierwsza kobieta z regionu, która dostała szansę studiowania medycyny tybetańskiej w Katmandu. Jej marzeniem było zostać lekarką i wrócić pomagać swoim. Ma szansę zostać pierwszą kobietą-lekarzem w swoim regionie. Za każdy pokonany przeze mnie kilometr na pustyni można było symbolicznie wpłacić 1, 2 lub 5 złotych, pomagając w ten sposób spełnić marzenie młodej kobiety z odległego królestwa.
Szkoła w Phylak – kolejny krok pomocy
Rok później, wspólnie z fundacjami „Szkoły na Końcu Świata” oraz austriacką „Schule macht Schule”, zorganizowałam zbiórkę brakujących funduszy na wyposażenie nowo powstającej szkoły w Phylak. Między innymi na 10 piętrowych łóżek, by dzieci miały gdzie odpoczywać po długich dniach nauki i zabawy.
Nie wiem, czy Arun i starsza pani z jabłkiem pamiętają mnie. Ale to właśnie oni poruszyli coś we mnie. To dzięki nim przestałam patrzeć na podróż tylko przez pryzmat szczytów i krajobrazów. Zaczęłam widzieć ludzi. Ta podróż, ten bieg i te zbiórki to opowieść o tym, że każde spotkanie może coś zmienić. Czasem wystarczy jedno miejsce, by odmienić swoje spojrzenie na świat. Dla mnie tym miejscem był Mustang. Nie przez wysokość gór, lecz przez głębokość spotkań.
To, co najcenniejsze, nie wydarzyło się na szczytach, ale w spojrzeniach, uśmiechach i herbacie z jabłkiem. I w drobnej dłoni Aruna, która niespodziewanie chwyciła moją.
Źródło: National Geographic Traveler
Z okazji 20-lecia polskiej edycji „National Geographic Traveler” redakcja zaprosiła czytelników do udziału w wyjątkowym konkursie. Chętni opowiedzieli nam o miejscach, które zachwycają, poruszają lub zmieniają sposób patrzenia na świat, a najlepsze z tych historii trafią na łamy magazynu i stronę internetową.

