Dzień pierwszy

9:00
Śniadanie wśród książek? Brzmi  kusząco. Idę więc do baru della Libreri przy księgarni Gheduzzi (Corso Sant' Anastasia). Zamawiam cappuccino, a do tego croissanta. Nie najadam się przesadnie, ale zachwycam wnętrzem: długa sala, książki pod sufit, a wszystko w kamienicy, której historia sięga średniowiecza. W dodatku w ścisłym centrum. Dobry punkt na rozpoczęcie wycieczki.

10:00
Zanim na dobre zacznę zwiedzanie, chcę spojrzeć na Weronę z góry. Wieża Torre dei Lamberti wydaje się idealnym punktem widokowym. Pokonuję więc 368 stopni i mam, co chciałam: Weronę jak na dłoni. Oszałamia. Nieregularny czworobok Piazza delle Erbe, dachy w przygaszonej czerwieni, dzwonnice licznych kościołów, rzeka, a za nią wzgórza.

 

Kameralna dziś Werona w XII i XIII w. była potężnym miastem-państwem rządzonym przez despotycznych władców z rodu della Scala. Pamiątki po nich oglądam u stóp Torre dei Lamberti, w okolicy Piazza dei Signori zwanym też placem Dantego (wygnany z Florencji poeta znalazł tutaj schronienie). Wąskie przejście między Palazzo degli Scaligeri a Palazzo del Capitano prowadzi do Arche Scaligere – monumentalnych grobowców rodu, z których największy, Cangrande I, umieszczono nad wejściem do kościoła Santa Maria Antica.

W okolicy jest jeszcze gratka: Dom  Romea, czyli XIV-wieczna kamienica, w której według legendy mieli mieszkać Montecchi (Arche Scaligere 4).

11:00
Wiadomo jednak, że w uczuciach wiarygodne są raczej dziewczyny, więc zakochani, mniej lub bardziej szczęśliwie, pielgrzymują do Domu Julii  szczęśliwie, pielgrzymują do Domu Julii  (Via Cappello 23). Nie jest przesądzone, czy Julia istniała naprawdę, ale pewne jest, że nikt z jej rodziny nigdy tu nie mieszkał. Muzeum powstało na początku XX w., a balkon dobudowano krótko przed II wojną światową. Do niedawna można było przyklejać do ściany w bramie listy do Julii, teraz jedną ścianę przeznaczono na odręczne wyznania miłosne. Listy trzeba wysłać pocztą (Club di Giulietta – The Juliet Club, Via Galilei 3 – 37100 Verona) albo przez internet (info@julietclub.com). Na większość odpisują, w imieniu Julii, wolontariusze. Najciekawsze wygrywają w walentynkowym konkursie.

Ja w miłości jestem staroświecka i nie  lubię tłumu. Pod Domem Julii robię sobie tylko pamiątkowe zdjęcie z balkonem w tle i czym prędzej uciekam.

 

13:00
Wąskimi uliczkami, o tej porze  już szykującymi się do sjesty, idę w kierunku Piazza Bra. Zanim wszystko się zamknie, chcę zjeść lunch w jednej z knajpek przy Il Liston. To szeroki trotuar, gdzie w dawnych wiekach mogli przechadzać się tylko arystokraci „z listy”. Dziś w restauracjach przesiadują turyści. Nie oczekuję pyszności, jednak w trattorii Liston 12 zjadam zaskakująco smaczne focaccio z szynką parmeńską. Tak naprawdę tu jednak liczy się widok. Główną atrakcją Piazza Bra jest bowiem Arena – amfiteatr starszy nawet niż znacznie bardziej słynne rzymskie Koloseum.

14:00
Gdy w latach 40. I w. n.e. zbudowano Arenę, na jej widowni mogło zasiąść 30 tys. osób. W XII w. trzęsienie ziemi zniszczyło otaczającą ją 32-metrową ścianę. Dwa łuki ostały się jednak do dziś. Przechadzam się po marmurowej widowni (odbudowanej na przełomie XVI i XVII w.), wspinam się oczywiście na najwyższy, 44. rząd. Widok nie jest tak oszałamiający jak z wieży Lambertich, ale też robi wrażenie. Obiecuję sobie, że kiedyś wrócę tu w lecie, gdy odbywają się festiwale operowe. W takich warunkach chyba nawet ja, nieczuła na muzykę, pokocham operę.

15:00
Nieduże włoskie miasta charakteryzują się tym, że jest w nich dużo kościołów, a w wielu z nich można natknąć się na dzieła sztuki, które w każdym innym kraju eksponowano by z pietyzmem w prestiżowych muzeach. Nie inaczej jest w Weronie. Czasu mam niewiele, więc z czterdziestu wybieram cztery świątynie. W pochodzącej z XII w. Katedrze  oglądam Wniebowstąpienie Tycjana. W bazylice św. Zenona podziwiam romańską architekturę: 72-metrową dzwonnicę, drzwi z brązu, na których ukazano sceny biblijne, a na deser – tryptyk Andrei Mantegny  Matka Boska z Dzieciątkiem wśród świętych. W gotyckim kościele Sant'Anastasia z Dzieciątkiem wśród świętych. W gotyckim kościele Sant'Anastasia nigdy nie skończono budowy fasady, ale jest największy w Weronie. Po prawej stronie od ołtarza zachwyca fresk Pisanella Święty Jerzy i księżniczka. Kościół San Francesco al Corso  odwiedzam, bo w Weronie nie można uciec od Julii. Tu znajduje się jej domniemany grób. Schowany w ciemnej krypcie wygląda trochę jak kamienna wanna, ale nie przeszkadza to werońskim pannom młodym składać tu ślubnych bukietów. Sam kościół, nieduży i ozdobiony freskami, jest urzekający.

18:00
Nasycona sztuką idę poszukać smaków miłości. A czy można sobie wyobrazić coś lepszego niż lody pistacjowe? Kieruję się więc ku Adydze i tuż przy Ponte Pietra znajduję polecaną przez przyjaciółki gelaterię Artigianale Ponte Pietra  (Via Ponte Pietra 23). Uprzedzały mnie, że lody są tu najlepsze na świecie i że ich mężowie, na co dzień stroniący od słodyczy, wracali po drugą porcję. Nie spodziewałam się jednak, że mogą być aż tak dobre. Lodziarnię prowadzą bracia Mirko i Stefano (to on kręci te lody!).

Skoro już tu jestem, zaglądam na Ponte di Pietra Skoro już tu jestem, zaglądam na te di Pietra – kamienny most odbudowany po II wojnie (oryginał pochodzi z I w. n.e.). Na drugą stronę rzeki przeprawię się jutro, ale już dziś z zachwytem patrzę na Adygę, która właśnie w tym miejscu gwałtownie zakręca. Włosi nie byliby sobą, gdyby nie dostrzegli, że Adyga w Weronie układa się w zgrabne podwójne S. Jak  sposare („wychodzić za mąż”). Ja nie byłabym sobą, gdybym nie pomyślała: S jak singielka. Ewentualnie: samotność i smutek. No chyba że seks.

 

Na razie wybieram spacer. Wzdłuż zakola Adygi docieram aż do Castelvecchio. Ta XIV-wieczna forteca dziś jest miejskim muzeum. W środku pierwszorzędni mistrzowie: Bellini, Tintoretto, Pisanello.

21:00
Wracając na stare miasto, przechodzę pod dwoma ważnymi łukami. Pierwszy to Porta dei Borsai, który w początkowych latach naszej ery pełnił funkcję bramy miasta. Drugi, Archo dei Gravi, został zniszczony przez wojska napoleońskie i odbudowany w XX w. Idąc Corso Cavour, planuję jutrzejsze zakupy, ale teraz myślę już tylko o kolacji. Postanawiam zaszaleć w solidnej knajpie Maei (www.ristorantemaei.it). Zamawiam carpaccio wołowe, potem tortelloni z łososiem, na koniec deser: pieczone jabłko z bitą śmietaną o smaku cytrynowym. Czekając na jedzenie, oglądam ruiny pochodzącej z I w. poświęconej Jowiszowi, Junonie i Minerwie świątyni Campidolium. Tak się złożyło, że skryły się one w restauracji.

Najedzona wychodzę na Piazza della  Erbe. Już w dzień robił wrażenie. Wtedy jednak psuły je stragany z tandetą. Teraz, odpowiednio podświetlony, sprawia, że zatrzymuję się na dłużej. Podziwiam freski na XIV-wiecznych kamienicach, marmurową posadzkę. No i tę cudowną włoską nonszalancję wobec historycznych atrakcji. Nie każde miasto pozwoliłoby, żeby na placu z taką historią ustawić bazarowe budki. No, ale tu handel kwitł zawsze. Nazwa placu,  erbe (po włosku „zioła”) wywodzi się od średniowiecznego targowiska.

 

Drugi dzień

11:00
Po wczorajszej kolacji śniadanie  jem skromne i wybieram się na drugą stronę rzeki. Tym razem mostem Garibaldiego, bo stąd najbliżej do jeszcze jednego kościoła, który koniecznie trzeba zobaczyć. Za jasną fasadą San Giorgio in Braida kryją się istne skarby. Ołtarz projektu Sanmichelego,  Chrzest Tintoretta i Męczeństwo św. Jerzego Paola Veronesego.  

12:00
Nadbrzeżem Adygi idę do Teatro Romano. Znalazłam się w innym świecie. Spokojniejszym. Prawie nie spotykam turystów. Teatro Romano – mniejszy (w czasach świetności mieścił 5 tys. widzów) rówieśnik Areny wspina się na zbocze wzgórza Castel San Pietro. Wygląda na nieco opuszczony, ale to błędne wrażenie. W lecie odbywają się tu festiwale szeks pirowskie, które co wieczór przyciągają 1,7 tys. widzów. Teraz nikogo nie ma, więc przysiadam na ławce, bawię się z kotami i z pewnym przerażeniem patrzę w górę: na szczycie Castel San Pietro znajdują się XIX-wieczne austriackie koszary. Podobno stamtąd to dopiero jest widok! Prowadzi doń wąska ścieżka, a po drodze przy odrobinie szczęścia można znaleźć magiczne źródełko, z którego woda wzmaga poetycką wenę. Spokój Teatro Romano nieco mnie rozleniwia i decyduję się jednak zrezygnować z wycieczki. Wszakszukam w Weronie miłości, a górskie wyprawy, stare koszary i poezja to są akurat rzeczy, których nie kocham nic a nic.    

Zamiast tego wybieram się na spacer  po Veronetcie – nowoczesnej dzielnicy Werony. Nowoczesnej, czyli zbudowanej mniej więcej sto lat temu. Szukam tu czegoś do zjedzenia, ale żadna z knajpek nie przyciąga mojej uwagi.

14:30
Głód każe mi wrócić na północną stronę miasta. Nie chcę jeszcze oddalać się od rzeki, więc w poszukiwaniu obiadu idę na ulicę Sottoriva. Ulokowało się tu mnóstwo barów, winiarni i restauracji. To ulica „odzyskana” dla miasta pod koniec XIX w. Po wielkiej powodzi w 1882 r. zasypano wszystkie odnogi Adygi i w ich miejscu wybudowano ulice, m.in. Sottoriva właśnie. Po namyśle i lekturze menu wybieram osterię Sottoriva i zamawiam gnocchi. To w Weronie obowiązek. Już w XVI w. swoim ubogim mieszkańcom miasto serwowało gnocchi z sosem pomidorowym w piątek poprzedzający zakończenie karnawału. Z czasem ta tradycja przerodziła się w coroczne wybory  Papa del Gnoco – króla kartoflanych klusek.

17:00
Być we Włoszech i nie pójść na  zakupy – to nie w moim stylu. Gdy kończy się sjesta, ruszam między półki. Zaczynam od Via Mazzini. To handlowy deptak, który łączy najważniejsze place – Piazza delle Erbe z Piazza Bra. Oczywiście też ma długą tradycję. Już w XIV w. szyto tu ubrania na miarę. Dziś kupuje się gotowe, przeważnie strasznie drogie. Tu bowiem mają sklepy światowi projektanci – Gucci, Versace czy Louis Vuitton. Te omijam, ale zaglądam do włoskich sieciówek. Jakiś drobiazg w Benettonie, ale dużego sukcesu wciąż brak. Mijam więc Piazza Bra i kieruję się w stronę Corso Cavour. Tu sklepy nie mają znanych szyldów, ale za to ile atrakcji. Kozaki z płócienną cholewą służą mi już czwarty rok i wciąż są sensacyjne! Moja rada: w sprawie shoppingu, tak jak w wyborze restauracji – nie chodzić tam gdzie turyści, a tam gdzie mieszkańcy.

20:00
Zostawiam zakupy w hotelu  i idę na pożegnalną kolację. Znów schodzę z głównego szlaku i znajduję pizzerię Bella Napoli (Via Marconi 11), potem dopiero się dowiem, że polecają ją przewodniki. Na razie kusi mnie nazwa, wszak Neapol to stolica pizzy i bezpretensjonalny wystrój. Żadnych białych obrusów, żadnego zadęcia. Za to tłum taki, że muszę poczekać na stolik. Czekam, bo czuję, że będzie smacznie. I jest. Pizza ma cieniuteńkie ciasto, mozzarella, nie przesadzam, rozpływa się w ustach, a pomidory są słodkie i soczyste. Pamiętając, że w okolicach Werony jest kilka ważnych włoskich winnic (Valpolicella, Bardolino, Soave), zamawiam karafkę wina i nie żałuję wyboru. Żałuję tylko, że rano stąd wyjeżdżam.

 

NO TO W DROGĘ
INFO:


Ludność: ok. 260 tys. mieszkańców.
Położenie:  Werona leży u podnóża Alp Weneckich, w północno-wschodnich Włoszech, region Veneto.
Waluta: euro

Wiosną, bo wtedy odbywają się gigantyczne targi wina Vinitaly (w tym roku 7–11 kwietnia).

Latem, bo wtedy są festiwale operowe (w tym roku od 17 czerwca do 3 września w Arenie zostanie wystawionych 49 przedstawień operowych) i festiwal teatralny (od maja do sierpnia).

Jesienią, bo wtedy nie ma upału i tłumów.

Zimą, bo wtedy jest karnawał (najstarszy we Włoszech!), i w walentynki (najbardziej romantycznie).

Najwygodniej samolotem: Alitalia, z przesiadką w Rzymie.

Najprzyjemniej: samolotem do Mediolanu, a stamtąd pociągiem EScity

Pociąg, gdy mija Weronę, jedzie do Padwy i Wenecji. Oba miasta są godne obejrzenia. W drodze powrotnej można zatrzymać się na shopping w Mediolanie.

W Weronie z autobusu warto  skorzystać tylko w drodze z dworca lub lotniska. Z lotniska Valerio Catullo aerobusy do dworca Verona Porta Nuova kursują co 20 min. Spacer z dworca do centrum zajmuje ok. 15 min.

Najlepiej zwiedzać miasto piechotą. Warto jednak kupić kartę Verona Card – można zaoszczędzić na biletach do muzeów i kościołów.

Święte słowo we Włoszech  brzmi „sjesta”. Jej godziny są ruchome, ale raczej między 14 a 16 nie ma co planować obiadów i zakupów.

Większość sklepów zamknięta  jest również w poniedziałek przed południem (czyli do końca sjesty). W soboty pracują za to normalnie, do 19–20. 

To nieprawda, że Włosi piją tylko espresso. Rano pijają cappuccino, espresso dopiero po 12.

Do Werony i w jej okolice przyjeżdża co roku ok. 3 mln osób. To czwarte (po Rzymie, Florencji i Wenecji) najchętniej odwiedzane włoskie miasto. Wielu turystów korzysta z tego, że zaledwie  35 km stąd jest jezioro Garda, gdzie można zaplanować sobie wakacje.