Prasowanie stoku luz na desce Dawno, dawno temu kiedy byłem małym chłopcem, a na świecie nie było jeszcze snowboardu, jeździłem na marnych plastikowych nartkach. Na podstępnej muldzie skręciłem sobie oba kolana i zaraziłem obawą, że jest to nieunikniony element narciarstwa. Na szczęście którejś zimy lat '80 w garażu w bogatej hamburskiej dzielnicy kupiłem używaną deskę od zdesperowanego pryszczatego młodzika. Pamiętam uczucie zdziwienia, kiedy pierwszy raz wpiąłem się w nią i zjechałem po schodach w domu. Zdziwienie spętaniem nóg nie odstępowało mnie przez pierwszy dzień drogi przez mękę, nauki na zupełnie do tego nienadającym się stoku Kasprowego Wierchu. Jednak ku mojemu zaskoczeniu ze stanu niewiary, że jeżdżenie na desce w ogóle jest możliwe, w ciągu 4 dni przeszedłem do odczuwania pierwszych, silnych deskarskich przyjemności. Okazało się, że na desce potrzebujesz zaledwie kilku dni, aby uzyskać płynność i kontrolę jazdy, to znacznie mniej czasu niż na nartach. Zniknęło też uczucie spętania zastąpione satysfakcją i radością zrozumienia sposobów utrzymywania równowagi i niemalże tanecznym balansowaniem ciałem przy skrętach. Nie powróciła też nigdy obawa o kolana. Jeżdżenie na desce jest anatomicznie bezpieczniejsze dla nóg.
Niezapomniany jest też pierwszy zjazd po puchu. Wycinanie serpentyn w dziewiczym porannym śniegu, który rozpryskuje się w fontanny skrzące się światłem. Towarzyszy temu magiczne uczucie zespolenia z górą i płynącym pod tobą śniegiem. To taki drobny moment absolutnego szczęścia.
Deska jest znacznie łatwiejsza od nart. Jest mniej od nich poważna, nie używana do pracy, chyba że przez instruktorów deskarstwa. Ludzie jeżdżący na desce w latach '80 i wczesnych '90 mieli się do narciarzy tak, jak surferzy do ludzi uprawiających narciarstwo wodne. Teraz firmy narciarskie wchłaniają snowboardowe, a narciarze zastępują sztywne reguły zachowania i obcisłe ubiory luzem zainspirowanym przez deskarzy. Jednak jeszcze niedawno deskarze nie mieli wstępu na wiele stoków. Jeździli więc poza trasami, między drzewami, na dziko. W takich warunkach deska znów jest znacznie łatwiejsza od nart.

Przez większą subtelność w utrzymywaniu równowagi i krótszą niż na nartach krawędź deskarz musi bardziej „współpracować” z górą, z terenem, przez który jedzie. Dlatego deskarzom w przenośni i dosłownie bliżej jest do śniegu, do  podłoża. Więcej czasu spędza się w bliskim kontakcie ze śniegiem, bo łatwiej jest uklęknąć, usiąść, położyć się, a podczas skrętu można efektownie szurnąć ręką po stoku, wzbudzając dodatkową kurzawę. Nieodłącznym elementem snowboardingu są tzw. session. „Sesje” wspólnego siedzenia, opowiadania o jeżdżeniu, podziwiania gór, obserwowania innych deskarzy. Czasem są ważniejsze niż jeżdżenie. Albo zamiast zjeżdżać, buduje się małą skocznię, ubijając śnieg deską, i skacze po kolei, a potem podchodzi, aby omówić skok z kumplami siedzącymi nad skocznią. W miękkich deskarskich butach znacznie łatwiej jest chodzić niż w narciarskich skorupach. Taka skacząca sesja przyciąga innych deskarzy ze stoku, przyciąga ich tricki, opowieści i wydobywa pochowane po kieszeniach i plecakach czekolady i termosy.

Oczywiście, jest dużo różnych sposobów czerpania przyjemności z deskarstwa. I każdy może znaleęć swój własny. Nie wszyscy lubią skakać albo jeździć po puchu. Aby różnorodne przyjemności były coraz głębsze, rozwinął się cały przemysł produkujący sprzęt, w szczególności różne rodzaje desek: od wąskich twardych do szybkiego zjazdu alpejskiego, przez szerokie i dość elastyczne do free-ridingu (jazdy po różnorodnym terenie poza wytyczoną trasą), po specjalne deski ułatwiające ślizg w głębokim puchu (swallow-tail), free-style do skoków lub rynny, czy też deski do tzw. jibbingu, czyli jazdy po poręczach. Nie ma co się zagłębiać w różnorodności innych mniej ważnych elementów sprzętu. Jest w czym  wybierać, by zaspokoić najbardziej wysublimowane pomysły na własny styl. Elementem subkultury deskarskiej jest też malowanie lica deski. Tutaj snowboarding bezpośrednio spotyka się z graffiti. Niektórzy deskarze sami dobierają i malują wzory. Poznałem chłopaka, który zrobił deskę ze sklejki, przykleił plastikowy ślizg, krawędzie wykroił z puszek i zjeżdżał z Kasprowego w gumofilcach przywiązanych grubym sznurkiem.
W ciągu 20 lat istnienia snowboarding stał się tak powszechny, że narciarze przyzwyczaili się do deskarzy i pogodzili z koniecznością dzielenia się górami. Coraz więcej osób potrafi jeździć i na boazerii, i na parapecie. Deskarze dochowali się też dzieci w wieku zjazdowym. I tu niespodzianka: wielu z moich znajomych deskarzy woli, by małe dziecko zaczynało naukę od nart. Tłumaczą to tym, że narty dają większe bezpieczeństwo przy nie do końca jeszcze rozwiniętym zmyśle równowagi dziecka, że są trudniejsze do nauczenia, więc dziecko samo później nauczy się jeździć na desce i pewnie przy desce zostanie. Narty są z całą pewnością bardziej uniwersalne. A konieczność opanowania trudniejszej techniki wielu narciarzy poczytuje za szlachetną cechę i powód do dumy. Na szczęście ja nie muszę się tym przejmować i po prostu mogę cieszyć się tym, że wymyślono deskę.