Miasto o dwu obliczach Najładniej Sandomierz prezentuje się od strony Wisły. Na wysokiej skarpie wznosi się katedra, Dom Długosza z czerwonej cegły, skrzydło Kolegium Jezuickiego i rząd kamieniczek – kolorowych i nieregularnych jak na dziecinnych rysunkach.
Z 30-metrowej Bramy Opatowskiej rozciąga się kolejny zapierający dech widok na miasto i okolice: czerwone dachy domów, wieże kościołów, wstęgę Wisły w kształcie litery S i najstarsze góry Europy – Góry Pieprzowe. Do dziś zachował się średniowieczny układ miasta, z ponad setką zabytkowych budynków. Wiele z nich pamięta czasy Kazimierza Wielkiego. Bo król upodobał sobie to miasto. Historycy wyliczyli, że był tu 18 razy, łącznie spędzając 25 miesięcy.
Pierwsze, co uderza, gdy wchodzę na otoczony renesansowymi kamienicami rynek, to cisza i spokój. Siedzę w kawiarnianym ogródku, popijając kawę po sandomiersku (po turecku, z żółtkiem jajka) i patrzę na piękną renesansową bryłę Ratusza. Niespiesznie mijają mnie grupki turystów. Im też jakby udzielił się nastrój tego miejsca. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś to miasto tętniło życiem.
Położone na handlowych szlakach, czerpało profity z „przywileju składu”, jaki otrzymało z rąk Kazimierza Wielkiego. Każdy kupiec przejeżdżający tą trasą musiał zatrzymać się i przez trzy dni sprzedawać swoje towary. Skutek był taki, że wielu kupców nie miało z czym jechać dalej – sandomierzanie skupowali cały towar, by później sprzedać go z zyskiem.
Wraz z bogactwem mieszkańców rósł system piwnic pod miastem. Mieszczanie drążyli tunele i ko- mory pod swoimi domami, gdzie ukrywali dobytek. „Lochy” sięgały ośmiu pięter w głąb ziemi i ciągnęły pod dnem Wisły na jej drugi brzeg. Nie naniesione na mapy i nie używane od XVIIII w., przypomniały o sobie w latach 60. XX w. Kiedy pod samochodami zaczęły zapadać się ulice, na ratunek miastu przybyli śląscy górnicy.
– Gdy górnicy zaczęli pracę, nikt nie potrafił powiedzieć, gdzie piwnice się zaczynają i gdzie kończą. Dziś wiemy, że z każdej kamienicy do podziemnego miasta prowadzi przynajmniej jedno wejście. Pod starówką odkopano 25 km korytarzy, ale na pewno jest ich o wiele więcej – opowiada Natalia Sapielak, która od 33 lat oprowadza turystów po Sandomierzu.
Do piwnic wchodzi się od ul. Oleśnickich. Kilka schodków w dół i jesteśmy pod miastem. Pierwsza sala nosi imię Haliny Krępianki. Legenda mówi, że dziewczyna chcąc pomścić śmierć zamordowanego przez Tatarów ojca, wprowadziła wojsko wroga w zasadzkę. Obiecała najeźdźcom, że powiedzie ich lochami do miasta, a ci z propozycji skorzystali. Na to czekali obrońcy Sandomierza. Gdy Tatarzy znaleźli się w podziemiach, zasypano wejścia. Dzielna Halina zginęła, ale miasto było uratowane.

Żeby poczuć klimat staromiejskich podziemi, potrzeba niemało wyobraźni. Oryginalne kamienne podpory i ściany wykute w lessie szczelnie przykrywa czerwona cegła. Kiedyś piwnice pełne były towarów, dziś prawie zupełnie puste. To, co się nie zmieniło od wieków, to temperatura – zawsze 9OC.
Po godzinie spędzonej pod ziemią miło znów wyjść na uliczki. Teraz jakby mocniej pachną kwitnące drzewa morelowe, a kościelne dzwony biją głośniej.
Z rynku już tylko kilka kroków do jednego z symboli miasta – Domu Długosza. Ufundowany w XV w. przez słynnego historyka, jest jednym z najlepiej zachowanych gotyckich domów mieszkalnych. Kiedyś zajmowali go księża misjonarze, dziś jest to siedziba Muzeum Diecezjalnego. Po sąsiedzku wznosi się Collegium Gostomanium, część dawnego Kolegium Jezuickiego – jedna z najstarszych i największych szkół średnich w Polsce, wielokrotnie uwieczniona w polskiej literaturze. To stąd bohaterowie „Popiołów” Żeromskiego uciekają na wagary.
O Sandomierzu mówiło się „Mały Rzym”. Oba miasta leżą na siedmiu wzgórzach, oba mają system podziemi, i tu, i tam roi się od kościołów. W Sandomierzu świątynie wieńczą sześć wzniesień. Na siódmym stoi zamek, a dokładnie jedno z czterech skrzydeł – to, które ocalało po szwedzkim najeździe w 1656 r.  
Prawie każda sandomierska świątynia odsłania fragment ciemnej strony historii tego miasta, pełnej okrutnych doświadczeń. Smukła katedra w swoich 600-letnich murach kryje malarstwo Karola Gabriela de Prevota, pełne religijnych horrorów. Cykl „Kalendarium” to 12 płócien przedstawiających męczeństwo pierwszych chrześcijan. Każdy obraz to inny miesiąc, każdy ginący człowiek – inny dzień. Podobno z malowideł można sobie wywróżyć rodzaj śmierci, jaka nas spotka. Mnie ktoś poderżnie gardło. To wcale nie najgorszy rodzaj umierania – inni są przypalani, ćwiartowani.
Po krwawych obrazach z kapiącego złotem wnętrza katedry kościół św. Jakuba zachwyca swoją ascezą. Za „Bramą Niebios”, czyli unikatowym XIII-wiecznym portalem, jest – jak pisał poeta – „pusto, cicho i czerwono”. Ale w podłodze nawy bocznej drewniana klapa zamyka wejście do podziemi, gdzie leżą kości i rozłupane tatarskim mieczem czaszki zakonników. W grudniu 1259 r.  Tatarzy wymordowali mieszkańców osady, w tym 49 dominikanów.
Dominikanie w Sandomierzu mieszkali ponad 600 lat. W 1864 r. ukaz carski rozwiązał większość zgromadzeń zakonnych w Królestwie Polskim. Była to kara za udział duchowieństwa w powstaniu styczniowym. Do Sandomierza zakonnicy powrócili w 2001 r. Próbują odtworzyć winnice, które do XVI w. porastały tutejsze wzgórza. „Miejscowość ta jest nadzwyczaj piękna i przyjemna. Są tam uprawiane winnice. Wszędy rozciągają się sady, tak iżbyś sądził, że zewsząd lasy otaczają miasto. Znajdziesz tam bowiem najznakomitszych medyków, muzyków, napoje wszelkiego rodzaju i wesołe duchowieństwo” – pisał w 1585 r.    Stanisław Sarnicki. Co się zmieniło od tego czasu? Warto to sprawdzić.