Karsibór jest wyspą na wyspie. Odwróconym plecami do Bałtyku kawałkiem lądu otoczonym nurtem Starej Świny i wodami Zalewu Szczecińskiego. Docieram tu w poszukiwaniu najbardziej zapomnianego zakątka na największej z polskich wysp. Wolin to świat kojarzący się z wakacjami, morskimi plażami, letnią zabawą. Okazuje się jednak, że wystarczy porzucić na chwilę pełen atrakcji nadmorski pas i wbić się w kluczące ku południu dróżki, by przenieść się do krainy otulonej ciszą i samotnością. Zataczająca łagodny łuk Stara Świna skutecznie odseparowuje Karsibór od urlopowego zgiełku.

W przystani na Zalewie Szczecińskim kołysze się kilka jachtów. Z ulgą widzę, że nie ma tu za wiele motorówek warczących silnikami, dmuchanych „bananów”, ślizgaczy i jednostek holujących amatorów nart wodnych. Większość goszczących tu osób nosi w sobie raczej gen pchający do długich podróży niż szybkich atrakcji. Zawijające jachty nierzadko mają tysiące morskich mil zostawionych pod kilem, a wysmagane wiatrem twarze oraz rozjaśnione od słońca czupryny członków jachtowych załóg sugerują, że spędzanie większości czasu na wodzie jest dla nich nie tyle wakacyjną atrakcją, co sposobem na życie.

Nietknięta natura

Delta Świny dawno temu pogodziła się z naporem rozszalałego podczas sztormów Bałtyku. Przyjmuje do swego koryta morską wodę, stając się cyklicznie rzeką wsteczną – naturalny kierunek nurtu dążący do morza zostaje zaburzony. Nanoszony morski piach, odkładając się przez setki lat na dnie, stworzył skomplikowany wzór bezludnych wysepek. Podobnego zjawiska w tej skali nie uświadczy się u nas nigdzie – delta Świny jest największym archipelagiem Polski.

Te porośnięte trawą paski lądu w większości pozostały nietknięte, pozostawione dla dzikich gęsi, łabędzi, czapli, bąków, małych wodniczek. Jedynym śladem obecności człowieka bywają sylwetki pasących się krów. Latem ich właściciele transportują je tratwami na kilka większych wysp i zostawiają na cały sezon, by pasły się w ciszy przerywanej furkotem ptasich skrzydeł.

Przesuwam się wzdłuż linii brzegowej zalewu, kierując się na wschód. Trzcinowiska, łąki i plątanina kanałów delty ustępują łagodnym wzgórzom i ciemnym plamom starych lasów. Wtulone w nie wioseczki rzadko widują turystów. Przemierzanie piaszczystych dróg borów wymaga wyciszenia umysłu i nastrojenia własnej wrażliwości na drobne zdarzenia, zwykłe ruchy, poukrywane detale. Przychodzi mi to z trudem, przestaję się więc dziwić brakiem turystów. Moja głowa szuka konkretnych atrakcji, punktów z przewodnika, którymi powinienem się zająć. Z wdzięcznością przyjmuje obecność Jeziora Turkusowego – zalanej wodą poniemieckiej kopalni kredy. Drobinki minerału nadają tafli niebiesko-zieloną barwę, której intensywności nie powstydziłoby się Morze Karaibskie. Droga prowadzi mnie dalej, ku jedynemu w Polsce klifowi zwróconemu na południe. Wysoka ściana patrzy wprost na zalew, a na jej szczycie tkwi Wolinian, najstarszy dąb rosnący na wyspie. Jego wiek szacowany jest na jakieś 750 lat. Okazałe drzewo nie potrafi już skryć brzemienia czasu, który dźwiga na konarach. Dziesięć lat temu wiatr złamał główny pień i o dawnej świetności świadczy już tylko jego ponadpięciometrowy obwód.

Sto metrów nad Bałtykiem

W końcu zataczam pętlę i jadę nad Bałtyk, pamiętając, że Wolin jest przecież również światem morskim. W Międzyzdrojach poczucie osamotnienia znika niczym fala wsiąkająca w plażę. Pomimo złej famy, jaka ciąży na wielu miejscowościach nadbałtyckich, to miasto nie jest jednak męczące. Szerokie, niemal 400-metrowe molo potrafi bez większego wysiłku przyjąć napływającą falę ludzi, podobnie jak piaszczysta plaża, na której – zależnie od potrzeb – możesz wtopić się w tłum półnagich ciał lub przejść się kilkaset metrów dalej
od mola i rzucić ręcznik, gdzie tylko będziesz chciał.