Materiał archiwalny. Wywiad ukazał się w magazynie National Geographic Traveler w 2009 roku.

Trochę jest Pani zajęta.

Tak, ale ja sobie innego życia nie wyobrażam. (Dzwoni telefon). „Ach, witaj, jak miło cię słyszeć! Jak dojechałeś?...”. Przepraszam bardzo, ale to znajomy, musiałam mu poświęcić parę chwil, razem byliśmy w Peru.

Co Pani tam robiła?

Tym razem grupa moich znajomych poprosiła mnie, żebym im pokazała kawałek tego kraju. To są ludzie, którzy zaangażowali się w budowę pomnika Ernesta Malinowskiego. Z tego pomnika jestem bardzo dumna, bo byłam inicjatorką jego powstania, ale jeszcze większym powodem do dumy jest to, że to polski inżynier wybudował najwyżej na świecie położoną kolej, dopiero ostatnio prześcignęli go Chińczycy. Zauważyliśmy, że pomnik wtopił się w miejscowe życie. Dzieci z pobliskiej szkoły się nim opiekują, a premier Tusk zawiózł im komputery. Poza tym pokazałam znajomym mniej uczęszczane przez turystów szlaki, ale w Machu Picchu też oczywiście byliśmy. Chociaż jest zadeptane przez turystów i za kilkadziesiąt lat w ogóle go nie będzie, tak wiele szkód się tam wyrządza, to jednak wciąż jest cudem świata. Byliśmy też na północy, gdzie powstają piękne dzieła złotnicze. O, a tutaj mam kilka czapeczek z wyspy Taquile na jeziorze Titicaca. Tę najbardziej kolorową noszą starcy, ludzie, którzy są najmądrzejsi, zdobyli największą wiedzę.

U nas takie czapeczki kupuje się dzieciom.  

No właśnie, nam wydają się dziecinne. A tę niemal zdarłam z głowy pewnej Indiance. Proszę spojrzeć, to już nie jest pamiątka turystyczna – tu jest kawałek jakiegoś kocyka, tutaj ręcznie tkane tasiemki.

I dlaczego jej to Pani zabrała?

Bo ja z każdej podróży staram się przywieźć coś oryginalnego dla Muzeum Podróżników w Toruniu, które powstało, żeby pomieścić pamiątki po Tonym. Przekazałam tam jego zbiory i zdjęcia. Przecież on dokumentował życie plemion, po których dziś nawet ślad nie pozostał. Ale ja nie kolekcjonuję tak jak Tony. Kilka masek to jedyne moje pamiątki z podróży, nie licząc kości z czaszki krokodyla, tego kokosa z Seszeli, którego nazywają sexy coco, bo bardzo przypomina pewną część ciała kobiety. Co ja jeszcze mam? Garść ziemi z Mongolii, liść palmowy z Kapsztadu, który bardzo mi się spodobał,
a ten naszyjnik z muszli założę dziś na przyjęcie, do lnianej sukni. A potem podaruję go muzeum w Toruniu. Ze wszystkim tak robię – trochę ponoszę sama, a potem niech cieszy innych. To jest ogromna przyjemność – dawać. Mniejszą jest dostawać, a większą dawać. Tak… na pewno tak jest.

Nie żal Pani oddawać takich trofeów?

Muszę się przyznać, że najciężej było mi się rozstać z moją kolekcją kluczy. Ja z każdego hotelu, w którym mieszkam, zabieram klucz do mojego pokoju.

Kradnie je Pani…?

Czasem muszę ukraść, ale najczęściej proszę o nie i dostaję, czasem każą mi odkupić. A w muzeum w Toruniu wymyślili, że zrobią mapę świata z kluczami do pokojów, w których mieszkaliśmy. No i cała kolekcja wisi teraz na mapie.

I tych kluczy ciągle przybywa. Po co tyle podróżować?

Czuję, że podróże wciąż mnie rozwijają, przynoszą nowe wrażenia. To jest uniwersytet, na którym można studiować wszystkie kierunki jednocześnie. Moją ukochaną historię sztuki, ale też historię, geografię, socjologię, nauki społeczne, politykę, antropologię, geologię. I jest to najlepszy, najprzyjemniejszy sposób studiowania. Ale trzeba pamiętać, że podróże to niebezpieczny wirus.

Kiedy się Pani nim zaraziła?

50 lat temu. Wyszłam za mąż za Andrzeja Dzikowskiego, wówczas studenta polonistyki, potem dziennikarza, i po skończeniu czwartego roku sinologii leciałam na kilkumiesięczne stypendium do Chin. To był koszmar. TU-104 i nocleg w Nowosybirsku.

To Pani boi się latać?

Potwornie się boję. Gdy żył Tony, zawsze wczepiałam się w jego ramię i tak mocno ściskałam, że potem miał siniaki na rękach. Chyba najbardziej boję się turbulencji. Tony jako pilot starał się wytłumaczyć mi, na czym polegają, że to nic strasznego, ale i tak każdą podróż bardzo przeżywam do dziś. Nie boję się jedynie lotów balonem. No, ale latam z mistrzem Polski w lotach wzwyż nad Biebrzą i fotografuję do albumu Biebrza. Cztery pory roku. Tyle że od czterech lat nie ma zimy, więc chyba będę musiała zmienić koncepcję. Ale same loty to jest coś cudownego. Ta ogromna, wszechogarniająca cisza, w dole biegną łosie, orły z ciekawością nam się przyglądają. Muszę przyznać, że fotografuję z wielką pasją.

No właśnie, kolejne albumy, wystawy…

Jestem bardzo wziętą młodą artystką. Moje wystawy jeżdżą po całej Polsce, już nawet nie mogę bywać na wszystkich wernisażach. Otwieram kilka wystaw rocznie. Fotografuję Świat z bliska, czyli w skali makro. Okazuje się, że nie ma takiej abstrakcji, której nie wymyśliłaby wcześniej natura. Abstrakcja istniała, zanim stworzyli ją artyści. Udajemy tylko, że jest czymś dziwnym. Pewnie gdyby nie mój kontakt ze sztuką, nie robiłabym takich zdjęć. Piasek, woda, kora drzew tworzą niesamowite, niezwykle malarskie obrazy.