Zobacz wspaniałe zdjęcia z Lofotów >>>

Nazywamy to galerią sztuki na czterdziestu tysiącach kilometrów kwadratowych – Tora ustawia wycieraczki na najszybsze obroty w leciwej toyocie hilux i podgłaśnia radio na szlagier z lat 80. pod tytułem Lys og varme, czyli „Światło i ciepło”. – My tu na Północy mamy dużą potrzebę wolności, więc nie chcemy, żeby nas ograniczały ściany, dachy ani tym bardziej godziny otwarcia. Deszcz zacina, wiatr szarpie kierownicą, a moja dobra znajoma pogwizduje. – Natura stworzyła doskonały krajobraz, więc nie wypada go zasłaniać.

Nordland to długi na 560 km i pierwszy z trzech norweskich regionów w części położony za kołem podbiegunowym, co oznacza, że latem przez pewien czas słońce tu nie zachodzi, a zimą nie wschodzi. Największa część okręgu mieści się na stałym lądzie, ale to wyspy przyciągają najwięcej uwagi. Porozrzucane po morzu Lofoty łączą mosty, przeprawa promowa, a zazwyczaj nie łączy nic. Ludzie rozsiani na dużych odległościach albo się znają, albo na wszelki wypadek pozdrawiają każdego.

– Artyści twierdzą, że Lofoty to raj i nieustanna inspiracja. Przenoszą się do wiosek rybackich, kupują stare domy, produkują porcelanę z zorzą polarną, meble z drewna dryftowego, biżuterię z rybich łusek i wszystko to potem oferują przyjezdnym opakowane w ekologiczny papier – opowiada Tora. – Z prac ręcznych to ja robię na drutach jak każdy tutaj, ale rodzina powtarza, że moje swetry to prawdziwe dzieła sztuki – mówiąc to, wyprzedza autobus relacji Leknes–Å, który za kilka tygodni pełen będzie podróżnych z plecakami. Å to osada na samym końcu Lofotów i jednocześnie ostatnia litera w norweskim alfabecie, dla wielu miejsce graniczne i cel podróży. Dwa zakręty dalej Tora mija zmokniętego turystę trzymającego kartkę właśnie z tą literą, jednak z zasady nie zabiera autostopowiczów. Na Północy każdy musi sobie radzić sam, a ona i tak zaraz skręca z drogi E10 w kierunku Eggum, czyli tam, gdzie wystarczy szosy na szerokość półtora samochodu.

 

Pewna niestosowność

Eggum to jedno z miejsc ekspozycji otwartej galerii Kulturlandskap Nordland, w ramach której w 34 gminach regionu 35 artystów z 18 krajów postawiło 35 instalacji. Najpierw spędzali czas w przydzielonych gminach, wybierali miejsce pod projekt, obserwowali, na ile morze wdziera się w ląd, i budowali głównie z wykorzystaniem naturalnych materiałów, bo patyna po sztormach czyni je tylko ładniejszymi. Za cel obrano dostępność dzieł sztuki dla wszystkich i ich czytelny dialog z otoczeniem. Prace są okazałe oraz widoczne z daleka albo małe, ukryte w trawie i śniegu.

W Bodø – stolicy okręgu, skąd wyrusza się promem na Lofoty – siedem granitowych i przewierconych na wylot kamieni ułożono na miejskim molu, tam gdzie ląd dotyka morza. Po norwesku molo zawsze oznacza solidną kamienną konstrukcję, więc kamienie z regularnymi przemysłowymi otworami to spotkanie natury i technologii, ciągłe pytanie o kierunek postępu. W szybko rozwijającym się mieście Północy to zagadnienie jest szczególnie istotne, bo w okolicy portu, gdzie kwitną tradycyjny połów i przetwórstwo ryb, powstają coraz to wyższe budynki, które zaburzają proporcje łagodnie górzystego krajobrazu. Fale przelewające się przez otwory w granicie zmywają złudzenia tych, którzy chcieliby podporządkować sobie przyrodę.