Łapiąc oddech między kolejnymi falami, zastawiam się, jak długo wytrzymam. Straciłem czucie w rękach, chyba za mocno zaciskam je na wiośle. Gdzie jest Eliza? Nie mogę się obejrzeć – przynajmniej nie w tym momencie. Adventure: Grenlandia
Mieliśmy się trzymać blisko siebie. Przynajmniej tak planowaliśmy, nie wiedząc jeszcze, co nas tu czeka. W razie wywrotki nie mamy szans – jeżeli któreś z nas wpadnie do wody, drugie nie zdoła mu pomóc. Wysoka fala nie pozwoli wejść z powrotem do kajaka, już prędzej przewrócimy się oboje. Wreszcie pojawia się Eliza, zasłaniały ją fale. Prawie stoi w miejscu.
– Wiosłuj szybciej! Odpoczywaj między falami, nie daj sobie wyrwać wiosła! – ryczę na całe gardło.
Mam kilka sekund wytchnienia, bo większa fala znajduje się 200 m ode mnie. Przestaję wiosłować, żeby zaczekać na Elizę, ale gdy tylko się zatrzymuję, natychmiast tracę równowagę.
Mija pół godziny walki, a upatrzona wyspa wcale się do nas nie przybliża. Jak tak dalej pójdzie, fale wyrzucą nas na otwarty ocean. Znajdujemy się u południowych wybrzeży Grenlandii. Morski żywioł okazuje się większym wyzwaniem od wspinaczki.
W Torssukattak, jednym z malowniczych fiordów wcinających się w południowe brzegi Grenlandii, wyrasta z wody na wysokość 1 560 m pionowa gładka ściana – najwyższy morski klif na świecie. Innuici zwą go Maujit Qaqarsuassia, zaś wspinacze z Europy Zachodniej – Thumbnail, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „malutki”. Klif – ponadsześciokrotnie wyższy od Pałacu Kultury i Nauki – został zdobyty zaledwie raz, w 2003 r., przez hiszpańsko-brazylijski zespół kobiecy: Cecilię Buil i Robertę Nunez. My chcieliśmy wytyczyć na nim nową drogę – bez wsparcia z zewnątrz, bez pomocników, którzy odstawialiby nas pod ścianę i odpływali łodzią do bezpiecznej zatoczki. Nikt wcześniej nie wyruszył na tę górę w tak małej ekipie. Byliśmy pierwsi.
Wynajęcie małego statku – jak kilka lat temu zrobiliśmy w Zatoce Ha-Long w Wietnamie – tu nie wchodziło w grę. Musielibyśmy zatrzymać łódź na cały miesiąc, kupić setki litrów paliwa, zatrudnić ludzi. Poszukiwaliśmy środka transportu, który dawałby więcej swobody. W ostatnim turystycznym miasteczku Grenlandii – Nanortalik – wynajęliśmy dwa morskie kajaki. Każdy mieści kilkadziesiąt kilogramów bagażu (zabraliśmy 5 plastikowych beczek z jedzeniem liofilizowanym i sprzętem wspinaczkowym), ma wodoszczelne grodzie i podobno jest niezatapialny.

Plan był prosty, a przynajmniej tak się zdawało. Pierwszy odcinek otwartego morza pokonujemy na wynajętym dodatkowo ogromnym zodiaku, czyli pontonie z napędem motorowym, a już w głębi fiordów, po założeniu bazy, poruszamy się w naszych kajakach. Niestety, miał też kilka słabych punktów. Po pierwsze, kajak morski jest dość wywrotny, a temperatura wody w Oceanie Atlantyckim u wybrzeży Grenlandii wynosi ok. 0ºC. Profesjonaliści ostrzegali nas: Po wywrotce macie maksymalnie 5 minut na ponowne wejście do kajaka i wypompowanie wody. Później nie będziecie już w stanie się ruszać. Nie utoniecie – zabije was hipotermia. Nie powinniście płynąć w tak małej grupie, minimum to 4–6 osób. Gdy jedna się przewróci, wsiąść z powrotem do wyładowanego sprzętem kajaka może tylko w asyście partnera z innej łódki. Ten podpływa bokiem do kajaka i stabilizuje go – bez tej pomocy każda próba kończy się przewrotką. Im więcej asystujących kajaków, tym większa stabilizacja. A jeżeli jest się tylko we dwoje? Cóż, po treningu na Morzu Bałtyckim wiedzieliśmy, że przeprowadzenie ewakuacji na wysokich falach jest po prostu mrzonką. A jednak wyruszyliśmy. Dom na wyspie Bazę zakładamy na podmokłym wzgórzu na wyspie Pammialluk. Jak rozbitkowie szukamy wyrzuconych na brzeg wielkich kłód drewna, potrzebnych nam do naciągnięcia namiotu kuchennego. Na Grenlandii nie ma lasów. Drewno, które znajdujemy na brzegu, przypłynęło tu być może aż z Syberii. Rozstawiamy namiot na dywanie mchów i porostów. Wokół znajdują się czyste oczka wodne. Od razu wyznaczamy im zadania: najbliżej stoi „zmywarka do naczyń”, nieco dalej umywalka do zębów, dalej wanna.
Nasza baza jest zielona jak w bajce. Otaczają nas łany borówek, które rwiemy pełnymi garściami. Obok rosną wielkie borowiki – tych nie ruszamy, bo nie jesteśmy do końca pewni… Bazowe wzgórze stanowi bardzo dobry punkt obserwacyjny. Przez dziury w chmurach prześwituje nasz „malutki olbrzym”. Dzielą nas od niego dwa kilometry lodowatych wód fiordu. Podziwiamy dryfujące w nim góry lodowe. Niektóre są większe od statków oceanicznych, wystają 50 m nad powierzchnię oceanu i co jakiś czas rozpadają się z hukiem godnym himalajskiej lawiny, powodując wysokie fale. Część tych lodowych brył jest ozdobiona niesamowitymi strzelistymi wieżycami. Denerwuje nas jeden szczegół – gdy tylko słońce wyłania się nad horyzontem, natychmiast pojawiają się miliony muszek. Wchodzą do oczu i ust, siadają na włosach, wpadają do jedzenia. Jest ich tak dużo, że nawet nie próbuję ich wyjmować – zjadam razem z porannymi płatkami. W ciągu miesiąca, który spędzimy w bazie na wyspie Pammialluk, ludzi spotkamy tylko raz. Grupa kajakarzy-turystów przenocuje na naszym półwyspie. Ich brodaty przewodnik i instruktor zdradzi nam tajniki skutecznego wiosłowania w morskim kajaku.
Rekonesans Mijamy bawiącą się młodą fokę i podpływamy pod ścianę. Zanim zaczniemy wspinaczkę, chcemy zapoznać się ze skałą. Zamierzamy wyciągnąć z wody wyładowane sprzętem kajaki, ale nie ma tu żadnego płaskiego miejsca. Musimy zawiesić je na ścianie. Pływamy więc w tę i z powrotem, szukając dogodnej lokalizacji. Pod kajakami 300 m morskiej głębi – realne staje się spotkanie z dość często wpływającymi do fiordu orkami. Podobno lubią się ocierać o łodzie. Taki stresujący kontakt przeżyła kilka lat temu angielska ekipa płynąca tu pontonem. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby kilkumetrowa orka dotknęła kajaka. Na wszelki wypadek nie mówię nic Elizie. Wiem, że mogę na nią liczyć bardziej niż na wielu męskich partnerów, nie przypuszczałem jednak, że ta wyprawa będzie dla niej tak trudna. Każde przepłynięcie od wzgórza bazowego pod klif wycieńcza ją psychicznie. Gdy wiosłuje, nawet na spokojnej wodzie, jej twarz tężeje – nie wiadomo, ze strachu czy skupienia. Między oczami pojawia się pionowa zmarszczka, usta są zaciśnięte, sine. Mówię coś do niej, ale chyba nie słyszy. Za to na lądzie dostaje prawdziwej histerii. Nie mam pewności, czy któregoś dnia zupełnie nie odmówi współpracy. Choć kategorycznie temu zaprzeczam, ona – zapewne słusznie – uważa, że nie jesteśmy wystarczająco dobrze przygotowani do tej przygody.

Początek Wstępne przygotowania zajmują 2 dni. Transportujemy sprzęt, odnajdujemy w skale trawers, który zaprowadzi nas do połowy wysokości ściany. Wreszcie zawieszamy kajaki i ruszamy do góry. Wspinamy się wolno, ciągnąc ze sobą wielki wór ze sprzętem, zapasami jedzenia i wody. Założyliśmy neoprenowe pianki i skarpetki – w razie ześlizgnięcia się do wody dadzą więcej czasu na ewakuację. Pod wieczór pierwszego dnia docieramy do okapu znajdującego się ok. 400 m nad powierzchnią morza. Z tej perspektywy ogromne góry lodowe wyglądają jak płatki śniegu. Na pogodę nie możemy narzekać, martwimy się jednak, czy wystarczy nam wody do picia – mamy zapas tylko na 3 dni. Ściana jest absolutnie pionowa. Na szczęście na wysokości ok. 800 m wypatrzyliśmy wodospad. Kolejną noc spędzamy na cudem odnalezionym skalnym występie. Stamtąd obserwujemy wał chmur wolno wdzierający się znad Atlantyku do wnętrza fiordów. Zawieszeni na gigantycznej ścianie przestajemy istnieć dla świata. Telefon satelitarny zostawiliśmy w kajaku na dole. Co jakiś czas fiordem przepływa łódź rybacka, ale przecież żaden z jej pasażerów nie wpadnie na pomysł, żeby na bezmiarze granitu, na wysokości 500, 700, 1 000 m ponad wodą, szukać ludzi. Jesteśmy niczym dwie maleńkie kropki na skale.
Tor przeszkód Spragnieni, docieramy wreszcie do tarasu dzielącego ścianę na pół. W samą porę – po 3 dniach idealnej pogody noc zamienia się w wodną nawałnicę. Na szczęście na tarasie znajdujemy kolebę. Leżę wciśnięty pod podejrzanie niestabilny głaz, 10 cm nad głową mam granit, pod sobą też granit. Dziwne uczucie: jakbym utknął w dziadku do orzechów. Eliza ma trochę więcej miejsca i szersze perspek-tywy. Nie są one jednak zbyt wesołe. Przed nami kilkaset metrów drogi, a ściana zmienia się w wodospad!  
Rankiem zarządzamy odwrót. Mamy nadzieję tu wrócić, dlatego zostawiamy pod głazem część sprzętu i trawersując systemem półek, wycofujemy się w łatwiejszy, alpejski teren. Przez wiele godzin zjeżdżamy i zsuwamy się po stromych stokach porośniętych trawą, aż w końcu dostajemy się do lodowo--śnieżnego kuluaru. Od początku miał być naszą drogą powrotną. Z dołu wyglądał na łatwy, dlatego nie zabraliśmy czekanów ani raków. Teraz przysparza nam kilku siwych włosów więcej. Mamy wrażenie, że idziemy po rozpadającej się, spróchniałej kładce, która oddziela nas od huczącej pod spodem kipieli. Przy każdym kroku stawianym na śliskim śniegu obawiamy się, że wpadniemy do szczeliny, a woda drążąca ten lodowy tunel wypluje nas do morza. Wiążemy się liną, wiedząc, że jeżeli jedno z nas się potknie, pociągnie za sobą partnera.   Śnieg się urywa. Pojawia się 20-metrowy uskok, za nim następny, po obu stronach wiruje woda. Po nocnej ulewie strumienie zmieniły się we wzburzone rzeki. Z trudem znajdujemy kawałek ściany, po której możemy zjechać, nie topiąc się przy tej okazji pod wodospadem. Ruszam pierwszy i zaraz wpadam w nurt, ledwie łapię oddech. Już na dole, stojąc po kolana w wodzie, panicznym ruchami łapię obły głaz i wyciągam się spod wodnej kurtyny. Chwilę później lina wpada pod wodę, a jej koniec klinuje się pod kamieniami. Zaciskam ściągacze w kurtce i nurkuję, żeby ją wyciągnąć. Przemarznięci i wycieńczeni stajemy wreszcie u wylotu żlebu. Czy to jest koniec koszmarnego toru przeszkód? Nic z tego. Od bazy dzielą nas dwa kilometry lodowatych „bałwanów”.
– Nie płyniemy – oświadcza Eliza. Czekamy, aż natura łaskawie pozwoli nam wrócić do „domu” na wzgórzu.
Na szczyt Deszcz pada przez kolejne 6 dni. Nawet gdyby przestał, dopłynięcie z bazy pod ścianę jest niemożliwe. Fale są za wysokie, wiatr rozbujał nawet dryfujące fiordem olbrzymie góry lodowe. Sztorm zerwał namiot kuchenny, dwa dni wcześniej zniknął także nasz jedyny namiocik sypialny. Oddaliliśmy się na chwilę z bazy, żeby przyjrzeć się falom po drugiej stronie półwyspu, a gdy wróciliśmy, po namiocie zostało tylko wgniecenie w mchu. Śpiwory, telefon satelitarny, ubrania, aparaty fotograficzne – wszystko przepadło. Zostaliśmy z tym, co mieliśmy na sobie, a całe wyposażenie wylądowało w morzu. Tak sądziliśmy. Na szczęście huragan przestawił tylko namiot na drugą stronę skalnego masywu, 200 m dalej. Straty są niewielkie: zniszczona mata do spania i porwany tropik. Sprzęt fotograficzny jakimś cudem pozostał nietknięty.
Ciągle pada. Przesłuchaliśmy muzykę, przeczytaliśmy wszystkie książki. Przez satelitę odbieramy prognozy pogody. Są tragiczne. Ale jak długo można leżeć w namiocie? Gdy tylko przestaje lać, wskakujemy do kajaków i podejmujemy kolejną próbę. W dwa dni zdobywamy 800 m ściany nad poprzednio osiągniętym tarasem. Na wąskim szczycie stajemy w ostatnich promieniach słońca. Widać z niego wszystko, o czym dotąd tylko słyszałem – wysokie na kilometr niezdobyte iglice, bajkowe lodowce, górskie jeziora. Euforia trwa zaledwie kilka minut. Przed nami powrót: kilkaset metrów zjazdów w pionie – po ciemku.
Marzenie o cywilizacji Nasze zapasy jedzenia już się wyczerpują. Pora wracać. Pakujemy bazę i ładujemy sprzęt na kajaki. Najbliżej nas znajduje się Aappilattoq, wioska Innuitów otoczona górami. Dzieli nas od niej kilkanaście kilometrów, ale dopłynąć tam udaje się nam dopiero za trzecim podejściem.
Do Aappilattoq wpływamy pod wiatr, zalewani deszczem. Dzieci z ciekawością przyglądają się, jak wyciągamy na brzeg 5-metrowe kajaki, zdejmujemy kapoki i pianki. Jeden z chłopców podchodzi do mnie i wyciąga rękę. Nic nie chce – po prostu częstuje przybyszów czekoladkami! W ciągu godziny Innuici przydzielają nam pokój w wioskowym service house. To prawdziwy luksus – kuchenka i gorący prysznic. Za kilka dni z Nanortalik odlatuje helikopter, na który nie możemy się spóźnić. Themo, jeden z mieszkańców wioski, obiecuje transport łodzią do tego miasteczka – jeśli tylko fale trochę zmaleją. Mimo że aura się nie zmienia, dotrzymuje słowa. Bierze do pomocy brata Jacoba. Wypływamy. Widząc zbliżającą się ścianę wody, z przerażenia wbijam wzrok w pokład. Wyjący silniczek musi nas wciągnąć na falę. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby zgasł. Gdy już znajdujemy się na górze, mam wrażenie, że runiemy w dół jak z walącego się podestu. Pocieszam się myślą, że Themo na pewno wie, co robi, w końcu jest rybakiem. Patrzę, jak mocuje się z kołem sterowniczym.  
– Dla ciebie takie fale to chyba nic wielkiego? – pytam go, już w bezpiecznym Nanortalik, gdzie szykujemy się do powrotu do Europy.
– Dzisiaj nie popłyniemy do domu – odpowiada.

Thumbnail – najwyższy klif świata

Wyprawa rozpoczęła się 20 lipca 2007 i trwała do 4 września 2007 r. David Kaszlikowski i Eliza Kubarska na szczycie stanęli 14 sierpnia. W sumie w ścianie spędzili 7 dni. Wytyczoną nową drogę długości 2 000 m nazwali Golden Lunacy (czerwona linia na zdjęciu). W połowie góry znajduje się taras, z którego nastąpił odwrót po nocnej nawałnicy. Drogę powrotną stanowił lodowo-śnieżny kuluar widoczny po lewej stronie. Za wyprawę Polacy otrzymali „Jedynkę” – nagrodę Polskiego Związku Alpinizmu za największy wyczyn 2007 r., a także wyróżnienie Kolosów oraz nominację do Travelerów.  

No to w drogę – Grenlandia

■ Powierzchnia: 2,2 mln km2, największa wyspa na świecie w 81 proc. pokryta lodem. Autonomiczne terytorium Królestwa Danii.
■ Ludność: ok. 57 tys. osób, z czego 88 proc. to Grenlandczycy (Innuici i biali urodzeni na wyspie), resztę stanowią głównie Duńczycy.
■ Religia: luteranizm (98 proc. mieszkańców).
■ Języki: grenlandzki (jeden z jego dialektów jest językiem urzędowym), duński, angielski.
■ Waluta: korona duńska; 1 DKK = ok. 45 gr. ■ Z Polski lata Air Greenland i Air Iceland: do Narsarsuaq (z Kopenhagi i Reykiavíku), Kangerlussuaq (z Kopenhagi), Nuuk oraz Kulusuk (z Reykiavíku), ponadto z Kopenhagi lata SAS (do Kangerlussuaq). Bilet z Warszawy kosztuje od 3 300 zł w dwie strony. ■ Samolotem lub helikopterem Air Greenland (500–900 zł w jedną stronę) można dolecieć do miasteczek na zachodnim wybrzeżu. Z Narsarsuaq pływa na północ prom Arctic Umiaq Line (www.aul.gl). Najtańszy bilet z Nuuk do Narsarsuaq kosztuje 850 zł (kuszetka). Do zatoki Disko kursują promy Disko Line.
■ W miastach można wynająć kajak morski: 180 zł/dzień i 900 zł/tydzień. www.blueice.gl
■ Jednodniowe wypady z miejscowym biurem podróżykosztują 200–350 zł (np. Nanortalik Tourism Service; nanortalik@greennet.gl).
■ Hotel Angmagssalik, Tasiilaq – dwójka kosztuje 680 zł. www.arcticwonder.com
■ Gardar Hostel Igaliku, Narsaq – łóżko 150 zł.
■ Guesthouse Niviarsiaq – łóżko od 120 zł. www.hotel-narsaq.com ■ Dominują dania z ryb, kuchnia kontynentalna, miejscowym przysmakiem jest jagnięcina z soczewicą. Ceny w restauracji: śniadanie
ok. 20–30 zł, ciepła przekąska 5 zł, kanapka
15 zł, obiad trzydaniowy 70–120 zł. ■ Ambasada Danii w Warszawie, ul. Rakowiecka 19, tel. (0048) 22 565 29 00.
www.ambwarszawa.um.dk www.greenland.com
www.eastgreenland.com,
www.northgreenland.com
www.grenlandia.pl ■ Greenland & the Arctic – Lonely Planet