Dlaczego Czarnobyl wciąż przyciąga ludzi z całego świata? Strefa Wykluczenia robi niesamowite wrażenie
Obszar, z którego po katastrofie w Czarnobylu ewakuowano zagrożoną skażeniem ludność, nazywany jest dzisiaj Strefą Wykluczenia. Jest niedostępny, ale nie aż tak, by nie dało się do niego dotrzeć. A kto zrobi to raz, chce tu wracać. Bo Strefa to magiczny mikroświat angażujący każdy fragment wyobraźni. Niepowtarzalny i tajemniczy. Żywy. Prowokujący do odkrywania upiornych zagadek i eksplorowania niezbadanych miejsc charakterystycznych dla specyfiki funkcjonowania Związku Sowieckiego.

- Tomasz Ilnicki
Spis treści:
Byłem tam już kilkadziesiąt razy. Nigdzie indziej nie czuję się równie wolny i wyjątkowy. Teraz chcę zabrać tam ciebie.
Chcę opowiedzieć o przygodzie i o dreszczach, ale też o fascynującej historii tego miejsca. I to historii poznanej z pierwszej ręki, bo choć nie mam ambicji, by podejmować się odpowiedzi na pytania związane z czarnobylską katastrofą od strony technicznej, to zgłębiając temat dotarłem do wielu polskich i ukraińskich ekspertów z dziedziny energetyki jądrowej oraz – i to przede wszystkim – do byłych mieszkańców Prypeci, niegdysiejszego radzieckiego miasta-ogrodu, a dziś – miasta duchów. I jedni, i drudzy podzielili się ze mną niesamowitymi relacjami dotyczącymi okoliczności ewakuacji oraz funkcjonowania Strefy tuż po wybuchu. Uzupełniają one opowieść o tym, co sam tam widziałem i czego doświadczyłem.
Zasady bezpieczeństwa obowiązujące w Strefie
- Strój musi zakrywać całe ciało, a buty powinny mieć grubą podeszwę;
- Nie wolno niczego kłaść na ziemi (z wyjątkiem statywu). Należy też unikać szorowania po ziemi nogawkami, sznurówkami i wszystkim, co zbiera kurz;
- Przed wypiciem czegokolwiek należy opłukać usta i wypluć ich zawartość (by pozbyć się z jamy ustnej kurzu, który może zawierać radioaktywne izotopy);
- Nie wolno jeść, w ostateczności należy skorzystać z produktów w zamkniętych opakowaniach, np. batonów;
- Przed załatwieniem potrzeby fizjologicznej należy opłukać dłonie. Należy unikać chodzenia w wysokiej trawie (m.in. dlatego, że złomiarze rozkradli pokrywy studzienek i łatwo wpaść do niewidocznej na pierwszy rzut oka dziury);
- Nie wolno wchodzić do budynków i na stalowe konstrukcje. Jeśli w pomieszczeniu, w którym przebywamy, uniesie się kurz, należy błyskawicznie zatkać usta i nos.
100 metrów od reaktora
Pierwszą atrakcją dnia była wizyta pod kultowym blokiem nr 4. Sarkofag robił piorunujące wrażenie. Ogromny, połatany, zdawał się rozpadać w oczach. Górowały nad nim dwa kominy. Ten wyraźnie niższy i węższy, utrzymany w czerwono-białej kolorystyce, dobudowano już po wybuchu, z kolei oryginalny komin – uszkodzony w wyniku awarii – otrzymał po katastrofie dodatkowe wzmocnienia. Inaczej dawno by się zawalił, podobnie jak potężna frontowa ściana Sarkofagu, gdyby i jej nie podparto wielkim rusztowaniem. Przed ogrodzeniem okalającym kolosa usytuowany był pomnik upamiętniający wydarzenia z 26 kwietnia 1986 roku.
Dopiero teraz naprawdę poczułem grozę. Można obejrzeć setki zdjęć i wysłuchać dziesiątek relacji z tamtych dni, jednak dopiero wizyta na miejscu pozwala w pełni zrozumieć fakty. Widok tej mrocznej budowli w połączeniu ze świadomością tego, co czai się w jej wnętrzu, podziałał na mnie obezwładniająco.

Staliśmy ok. stu metrów w linii prostej od reaktora. Pomiary dozymetrem wskazywały radioaktywność wyższą od normy – ok. 7-8 μSv/h. Choć zarząd Strefy pozwala fotografować blok nr 4 dopiero od wysokości szczytu ogrodzenia – płot stanowi element systemu bezpieczeństwa i dlatego obowiązuje zakaz – mało kto się tym przejmował. Prawie każdy chciał mieć zdjęcie w tym miejscu, a niektórzy zakładali nawet do niego maski przeciwgazowe.
Prypeć – miasto duchów
Stanęliśmy u wrót Prypeci. Za szybą autobusu majaczyły bardzo wysokie drzewa, a teren za betonowym murem okalającym miasteczko wydawał się kompletnie zarośnięty. Pomiędzy liśćmi dało się jednak zauważyć wysoki, zrujnowany budynek bez okien. Wszyscy siedzieliśmy z nosami przy oknach, jakby ktoś nam je do nich przykleił. Strażnik sprawdził nasze pozwolenia i uniósł bramę. Wjechaliśmy do środka.
Znajdowaliśmy się teraz na placu, z którego na północny zachód ciągnęła się Aleja Lenina. Widoczność była naprawdę kiepska. Wszędzie rosły wysokie drzewa i krzewy, a ulice wyglądały jak wycięte w nich korytarze. Budynek, który dostrzegłem zza muru, ukazał się w pełnej krasie. Przyroda wręcz go pożerała. Skręciliśmy w al. Lenina. Kiedyś szeroka, składająca się z dwóch jezdni rozdzielonych zielenią, dziś stanowiła trudną do przebycia dżunglę. Przejezdny był tylko pas z lewej strony. Dotarliśmy nim do rozległego jak na panujące tutaj warunki skrzyżowania z ul. gen. Kurczatowa. To centralny punkt Prypeci i miejsce, w którym zatrzymuje się większość wycieczek. Wysiedliśmy z autobusu.
Pustka. Idealna cisza znienacka przerywana delikatnym wiatrem. Stałem w centrum niegdyś pięćdziesięciotysięcznego miasta, które nie dawało żadnych oznak życia. Mało tego, pochłaniały go, niczym trupa pod ziemią, nienasycone siły przyrody.
Szybko podzieliliśmy się na trzy grupy. Jedna poszła z Pawłem, druga z Markiem, a nasza czwórka wywalczyła sobie miejsce w ekipie dowodzonej przez Siergieja. Zależało nam, żeby jak najszybciej zobaczyć najsłynniejsze obiekty Prypeci, czyli basen oraz diabelski młyn, a właśnie tam wybierał się nasz przewodnik. Zaczęliśmy jednak od szkoły średniej nr 3 na ulicy Sportowej.
Szkoła
Dotarcie do niej nie było trudne, choć przed samym wejściem rosły bardzo gęste krzaki. Założyłem na twarz maskę przeciwpyłową, za moim przykładem poszły też inne osoby. Wolałem nie wdychać brudu, który mógł unosić się we wnętrzu. Wszedłem do środka jako jeden z ostatnich. Budynek był bardzo przestronny, ale wszyscy od razu zgromadzili się w wielkim holu. Ciszę przerwała salwa migawek, a mrok błyskające lampy aparatów.
Podszedłem bliżej, zaciekawiony, co wywołało aż takie zainteresowanie moich towarzyszy. Na ziemi leżał stos masek przeciwgazowych. Widok był ekscytujący i przygnębiający zarazem. Efekt potęgowało otoczenie: zrujnowana sceneria, farba odchodząca płatami ze ścian i sufitu, zniszczone, pokryte grubym kurzem meble lub ich fragmenty oraz wszechobecny zapach stęchlizny. Niezwykła mieszanka bombardująca niemal wszystkie zmysły. Jak to? Maski? Tutaj? Ktoś na pewno specjalnie je tu rozrzucił, by spotęgować efekt. Spytałem Siergieja. Niestety, potwierdził moje przypuszczenia. Inna sprawa, że w wielu budynkach użyteczności publicznej, m.in. w szkołach i przedszkolach, rzeczywiście magazynowano duże ilości masek na wypadek ataku na elektrownię lub jej uszkodzenia. Ot, taka specyfika barwnych, zimnowojennych czasów. Nie trzymano ich jednak nigdy zaraz przy wejściu.

Długim korytarzem udaliśmy się w kierunku sal lekcyjnych. Znaleźliśmy w nich książki do nauki oraz elementarze. Na ścianach widniały rzędy niedużych tabliczek zawierających litery cyrylicy. Można je było wyciągnąć ze specjalnych kieszeni i układać z nich wyrazy. Szkoły w Prypeci były rosyjskojęzyczne, jednak dodatkowo od drugiej klasy wprowadzano język i literaturę ukraińską. Na wysokim poziomie były klasy matematyczne – wielu ich absolwentów ukończyło potem politechniki w Moskwie. Dzieci, dla których język ukraiński nie był ojczystym, mogły być zwolnione z jego nauki na prośbę rodziców.
Idąc wzdłuż niekończących się korytarzy, natrafiłem na ławicę książek pokrywającą fragment holu. Było ich tak wiele, że spora część podłogi zupełnie pod nimi zniknęła. W pewnym momencie, przechodząc przez drzwi na końcu korytarza po prawej stronie, ujrzałem wypełnioną mrokiem głębię. Okazało się, że w dole jest zrujnowana sala gimnastyczna. Zorientowałem się, że niespodziewanie znalazłem się na antresoli, z której uczniowie oglądali toczące się tu rozgrywki i przedstawienia. Wkrótce usłyszałem głos Siergieja. Musiałem wracać.
Basen
Czas płynął szybko, do końca pobytu w Prypeci zostały nam zaledwie dwie godziny, więc czym prędzej udaliśmy się do położonego tuż obok szkoły kultowego basenu. To symbol miasta we wszystkich tworach popkultury poświęconych katastrofie czarnobylskiej. Budynek miał jedno piętro (dwa, jeśli przyjmiemy ukraińską nomenklaturę). Weszliśmy i znaleźliśmy się w dużej sali gimnastycznej. Podłoga w wielu miejscach prawie nie istniała – wiele długich klepek leżało w nieładzie lub tworzyło drewniane kopce. Ściany i sufit wyglądały identycznie jak w szkole. Odniosłem wrażenie, że w czasach swojej świetności sala musiała być dobrze wyposażona.
Siergiej skierował się na najbliższe schody. Wciąż były pokryte linoleum. Prowadziły do pomieszczenia z basenem. Zaskoczyła mnie jego ogromna przestrzeń. Na żywo basen wyglądał jeszcze bardziej niesamowicie niż w grze, choć jej twórcy odwzorowali go perfekcyjnie. W potężnych, wysokich oknach pozostały jedynie resztki szyb. Przez prześwity do wnętrza budynku dostawały się gałęzie drzew. Przyroda oblepiała tu wszystko i wdzierała się nieproszona przez każdy zakamarek. Wodziłem wzrokiem po kolejnych ścianach, dostrzegając charakterystyczne elementy wystroju: dwukondygnacyjną skocznię i wielki, czerwono-biały zegar ścienny.
Gdy minęło pierwsze uniesienie, zszedłem po drabince na dno. Głębokość wynosiła ok. 1,5 m. W dalszej części znajdował się stromy spad, który kończył się drugim dnem na głębokości ok. 3,5 m. Korciło mnie, żeby zjechać na sam dół, ale bez liny raczej bym stamtąd nie wrócił. Według różnych źródeł basen był czynny do 1996 lub 1998 roku. Do tego czasu korzystali z niego pracownicy elektrowni oraz pozostałych instytucji, które funkcjonowały w Strefie po awarii. Dostęp do wody i prądu, gwarantujących funkcjonowanie kompleksu, nie stanowił po katastrofie problemu, bo media te dostarczano również do innych, wciąż jeszcze wykorzystywanych budynków. Zasilano nawet niektóre latarnie uliczne. Taki stan rzeczy utrzymywał się do końca lat 90. Użytkowano wtedy oczywiście tylko niewielką część Prypeci, ale i tak dzięki temu pracownicy utrzymujący Strefę Wykluczenia mogli tu w miarę normalnie egzystować.
Niestety, nie mieliśmy czasu na dłuższy pobyt. Zrobiłem więc szybko kilka zdjęć i obiecałem sobie, że jeszcze kiedyś tu wrócę. Czułem, że basen kryje w sobie coś więcej.
Poczta
Wyszliśmy na ulicę Łazariewa, będącą – w dużym uproszczeniu – przedłużeniem Alei Lenina. Obie arterie stanowiły główną trasę przez środek miasteczka. W budynku poczty dostrzegłem piękny, kolorowy obraz zajmujący całą powierzchnię jednej ze ścian. Przedstawiał dwie postacie – kobietę i mężczyznę. Pani ubrana była w lekką sukienkę do kolan w odcieniach bieli, błękitu i brązu. Lewą ręką wykonywała zapraszający gest, prawą natomiast, zgiętą w łokciu, unosiła w górę, jakby pomagała nią sobie w wygłaszaniu przemowy. Jej twarz zwrócona była ku towarzyszowi. On miał na sobie surrealistyczny kostium w tych samych barwach, co jej sukienka. Przypominał kosmonautę, głównie za sprawą hełmu z napisem „CCCP”. Parę rozdzielało stado lecących w górę gołębi. Poniżej umieszczono podpis: „Poczta CCCP”. Prawa ręka mężczyzny w tym samym geście zaproszenia spotykała się wśród gołębi z ręką dziewczyny. Tło stanowiła wielokolorowa mozaika. Dało się na niej dostrzec kilka nieporównanie mniejszych postaci przedstawionych w codziennych sytuacjach.
To jest przedruk z książki autorstwa Tomasza Ilnickiego „Azyl. Zapiski z Czarnobyla”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Sorus. Tytuł, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji.


