Reklama

Spis treści:

  1. Kryzys zaufania i ucieczka w psią miłość
  2. Pies jako lekarstwo na samotność i stres
  3. „Psieci” wcale nie są szcześliwe
  4. W Polsce widać te same problemy

Margret Grebowicz, profesorka nauk humanistycznych i filozofii na Missouri University of Science and Technology, jest autorką książki „Rescue Me” („Uratuj mnie”). To wnikliwa analiza współczesnej relacji ludzi i psów w USA. Według autorki jest ona symptomem głębokiego kryzysu społecznego.

Niemal połowa amerykańskich gospodarstw domowych posiada psa, a większość właścicieli traktuje zwierzęta jak pełnoprawnych członków rodziny. Autorka argumentuje, że zjawisko to jest wyrazem rosnącego rozczarowania społeczeństwem i innymi ludźmi. W jej ujęciu psy stały się narzędziem do łagodzenia skutków erozji życia społecznego, oferując relacje, które dla wielu są łatwiejsze i bardziej satysfakcjonujące niż te z drugim człowiekiem. Ale ma to swoją cenę – także dla psów.

Kryzys zaufania i ucieczka w psią miłość

Współczesne USA borykają się z rozpadem więzi społecznych, co przejawia się w drastycznym spadku zaufania do innych ludzi – z 46% w 1972 roku do 34% w 2018 roku. Zjawisko to sprawia, że ludzie coraz rzadziej rozmawiają z nieznajomymi i spędzają więcej czasu w domu.

Dla pokolenia milenialsów psy stały się alternatywą dla tradycyjnych wyznaczników stabilizacji, takich jak posiadanie dzieci czy własnego domu. Podczas pandemii COVID-19 wszystkie te trendy jeszcze się nasiliły. Badania z 2025 roku potwierdzają, że opiekunowie wyżej oceniają wsparcie otrzymywane od psów niż od partnerów czy dzieci, ceniąc ich „bezwarunkową miłość”.

Pies jako lekarstwo na samotność i stres

Prof. Grebowicz twierdzi, że ludzie emocjonalnie wykorzystują psy, czerpiąc korzyści, których nie potrafią uzyskać w sferze ludzkiej. To podejście jest w jej ocenie instrumentalne i szkodliwe – i to dla obu stron. Wobec psów mamy nierealne oczekiwania: mają one leczyć traumy, zastępować dzieci, redukować stres związany z pracą i poprawiać zdrowie psychiczne.

Choć interakcje ze psami faktycznie przynoszą korzyści, traktowanie ich jako zasobu emocjonalnego spycha na dalszy plan ich potrzeby gatunkowe. Autorka ostrzega, że tak wysokie wymagania wobec zwierząt są wyrazem bezradności ludzi wobec problemów, których nie potrafią już rozwiązywać między sobą.

Warto jednak pamiętać, że diagnoza prof. Margret Grebowicz nie jest jedyna. Inni badacze widzą współczesną relację ludzi i psów w trochę innym świetle: jako ułatwiającą kontakty międzyludzkie, a nie zastępującą je.

„Psieci” wcale nie są szcześliwe

Kultura tzw. „psieci” (fur babies) prowadzi według prof. Grebowicz do pogorszenia dobrostanu zwierząt. Od współczesnych psów oczekuje się, że będą:

  • ciche i spokojne w mieszkaniach.
  • przyjazne wobec każdego obcego człowieka i psa, którego spotkają na spacerze.
  • zdolne do zostawania w samotności przez 8–10 godzin, a po powrocie właściciela – natychmiast gotowe do bycia radosnym towarzyszem.
  • odporne na bodźce miejskie (hałas, tłumy, samochody).

Czyż nie są to skrajnie wysokie wymagania? A to nie koniec. Właściciele często nie zaspokajają przy tym podstawowych psich potrzeb: kontaktu z innymi psami czy odpowiednio długich, swobodnych i powolnych spacerów. Zwierzęta, pozostawione same w domach na długie godziny, cierpią z powodu chronicznego stresu i nudy. Pozbawione kontaktu z psami, nie potrafią się zachować w ich towarzystwie – i tak rozpoczyna się „spirala” treningu, który przeważnie nadal przebiega w izolacji od innych psów. Współczesny styl życia i nierealne oczekiwania niemalże taśmowo „produkują” psy reaktywne, zalęknione i przebodźcowane.

Prof. Margret Grebowicz przypomina skrajne postulaty niektórych etyków (m.in. Anny E. Charlton i Gary’ego Francione), aby wprowadzić wręcz zakaz posiadania zwierząt domowych. Z drugiej strony argumentuje, że pies to pierwsze zwierzę udomowione przez człowieka, więc takie „rozstanie” byłoby trudne do przeprowadzenia. Zdaniem badaczki świat bardziej skupiony na dobrostanie ludzi naturalnie stałby się lepszym miejscem również dla psów.

W Polsce widać te same problemy

Choć tekst prof. Grebowicz dotyczy USA, te same problemy w relacji ludzi z psami widać i w Polsce. Dotyczą one szczególnie psów miejskich, żyjących nieraz w nadmiernym uzależnieniu od człowieka. Mimo pozorów troskliwej opieki, często ich podstawowe potrzeby gatunkowe nie są zapewnione. Wiele z nich nie żyje bez kontaktu z innymi psami, a ich spacery są krótkie i pozbawione swobodnej eksploracji i jakiegokolwiek urozmaicenia.

Nic więc dziwnego, że tak często słyszy się o „psach problemowych”. Niestety, także rozwiązywanie tych problemów często stoi w sprzeczności z potrzebami psa. Zdecydowana większość behawiorystów poleca opiekunom metody, które tylko te problemy pogłębiają, np. izolację od innych psów, skupianie uwagi na człowieku, warunkowanie smaczkami, a nawet karmienie tylko w nagrodę, i to na zewnątrz.

Jednak większość to na szczęście nie wszyscy. Coraz większą popularność zyskuje tzw. nurt relacyjny w opiece nad psami, polegający na uwzględnianiu ich potrzeb gatunkowych. Nurt ten propaguje m.in. książka Ewy Pikulskiej i Agnieszki Ornatowskiej „Przyjaźń na dwie ręce i cztery łapy”.

Źródła: The Conversation, E. Pikulska, A. Ornatowska „Przyjaźń na dwie ręce i cztery łapy”

Nasza autorka

Magdalena Rudzka

Redaktorka i wydawczyni National-Geographic.pl. Wcześniej związana m.in. z National Geographic Traveler i magazynem pokładowym PLL LOT Kaleidoscope. Z wykształcenia humanistka (MISH i SNS PAN), ale to przyroda stanowi jej największą pasję. Szczególnie bliskie są jej ekosystemy słodkowodne, a prawdziwym „konikiem” są ryby. W National-Geographic.pl pisze o swoich przyrodniczych pasjach, nauce i medycynie. Prywatnie ceni sobie podróże po nieoczywistych kierunkach, ze szczególnym sentymentem do Europy Środkowej i Wschodniej.
Magdalena Rudzka
Reklama
Reklama
Reklama