Prześwietlili 900 km kw. dna Bałtyku. Sprawdzają, co leży niedaleko plaż
Przez lata na dnie Bałtyku pozostawały nieodkryte wraki statków, amunicja, a nawet broń chemiczna. Z czasem badacze zaczęli alarmować, że zapomniane relikty dawnych wojen mogą nam jeszcze zaszkodzić. Po raz pierwszy na taką skalę ktoś postanowił to sprawdzić.

Naukowcy i Urząd Morski przebadali ponad 900 kilometrów kwadratowych dna. I okazało się, że Bałtyk jest niebezpieczny, ale niekoniecznie w taki sposób, jak przez lata sądziliśmy.
Odkrywanie dna Bałtyku
Na dnie Morza Bałtyckiego zalegają przede wszystkim pozostałości po wielkich wojnach. Dużą ich część stanowią tysiące wraków statków wojennych, które przewoziły olbrzymie ilości amunicji różnego typu.
– Około pół miliona ton amunicji konwencjonalnej i około 40 tysięcy ton amunicji chemicznej. I nie jest aż tak czarno, ani aż tak biało, jak można by sobie zakładać – komentuje prof. Jacek Bełdowski z Uniwersytetu Gdańskiego.
Jak podkreśla, część obiektów mogła podczas zatapiania przemieścić się z miejsca, w którym miała zostać zrzucona, ale z czasem trafiła w obszary, gdzie ruch wody jest niewielki, więc w rzeczywistości liczby nie są aż tak straszne. Jednocześnie teorie, że może podobne relikty można będzie znaleźć na plażach są błędne. Zdaniem eksperta nie ma także dowodów na to, czy podobne składowiska grożą katastrofą ekologiczną.
Dziedzictwo dawnych wojen
Naukowcy od lat spierają się, czy amunicja będzie korodować stopniowo, czy większe skupiska mogą uwalniać substancje jednocześnie. Jak tłumaczy prof. Jacek Bełdowski, ze względu na zmienność warunków korozja będzie przebiegać w różnym tempie. W przypadku amunicji chemicznej może dochodzić do sporadycznych wycieków, choć część badaczy jest zdania, że jeżeli nic się nie stało do tego czasu, to tak pozostanie.
Nie każdy statek jest bombą ekologiczną
Jednym z najbardziej znanych bałtyckich wraków jest zbombardowany w 1943 roku niemiecki statek pasażerski Stuttgart. W tym czasie był wykorzystywany do przewozu paliwa syntetycznego produkowanego z węgla.
Podczas zatonięcia, jak również później, gdy doszło do wysadzenia jego pozostałości, paliwo rozprzestrzeniło się po dnie. Dziś ze Stuttgartu zostało niewiele, a ważniejszy od samej konstrukcji statku jest zanieczyszczony osad znajdujący się wokół niego. Wrak leży na głębokości około 20 metrów. Podczas sztormów osady są przemieszczane, a zanieczyszczony materiał może zostać przykryty piaskiem. Nie oznacza to jednak, że problem znika.

To przykład realnego, ale lokalnego zagrożenia. Nie każdy wrak na Bałtyku jest bowiem ekologiczną bombą. Żeby ocenić ryzyko, trzeba najpierw wiedzieć, co dokładnie znajduje się na dnie i czy substancje przedostają się do środowiska.
Problemem jest to, czego nie monitorujemy
Zdaniem badaczy nadal nie obserwujemy dna wystarczająco regularnie, żeby znać pełną skalę zjawiska. Polska jako jedyne państwo bałtyckie prowadzi podstawowy monitoring substancji związanych z bronią chemiczną.
Odbywa się on jednak na stacjach służących do ogólnej oceny stanu Bałtyku, a nie bezpośrednio w miejscach zatopienia amunicji. To oznacza, że jeśli zmiany zostaną wykryte dopiero w takim monitoringu, trudno będzie ustalić, kiedy i gdzie dokładnie doszło do uwolnienia substancji.
Naukowcy przygotowali więc schemat obserwowania podobnych miejsc na bieżąco. Powstał on w ramach projektu MUNIMAP. Jeśli zyska aprobatę komisji helsińskiej (HELCOM), może zostać przedstawiony państwom nadbałtyckim i służyć im jako „podręcznik” monitorowania własnych wód.
Jak podkreśla prof. Bełdowski, inicjator przedsięwzięcia, dopiero regularne pomiary pozwolą odpowiedzieć na pytanie, czy zagrożenie rzeczywiście narasta. Na razie wiadomo, że pod Bałtykiem znajduje się ogromna ilość pozostałości po wojnach i że część z nich już oddziałuje na środowisko. Nie wiadomo natomiast, jak zmieni się sytuacja za dziesięć czy dwadzieścia lat.
Chcesz znaleźć więcej inspirujących podróży, fascynujących odkryć i opowieści ze świata nauki? Skorzystaj ze specjalnej oferty prenumeraty magazynów National Geographic Polska i National Geographic Traveler.
Nasz autor
Kuba Stasiak Korespondent wojenny i wolontariusz. Od lat relacjonuje konflikty zbrojne, łącząc pracę reporterską z bezpośrednim wsparciem ludności cywilnej. W ostatnich latach przebywał na ukraińskim froncie, gdzie dokumentował rzeczywistość wojny i uczestniczył w ewakuacjach mieszkańców ze stref zagrożenia. Publikował m.in. podczas konfliktu w Górskim Karabachu w 2020 roku. Z wykształcenia dziennikarz, posiada przygotowanie z zakresu medycyny pola walki. W swojej pracy skupia się na doświadczeniu ludzi uwikłanych w konflikty oraz na granicy między pomocą humanitarną a reportażem. Obecnie mieszka w Ameryce Południowej, skąd publikuje i pracuje nad kolejnymi projektami reporterskimi.

