Dolina Przysowy i Słudwi – ptasi raj na wyciągnięcie ręki. Dlaczego warto ją odwiedzić?
Wiosenne poranki potrafią odsłonić świat, którego na co dzień nie dostrzegamy. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, spojrzeć w górę albo wsłuchać się w dźwięki. Wyprawa do Doliny Przysowy i Słudwi prowadzi do jednego z najbardziej spektakularnych ptasich przystanków w centralnej Polsce. Oto ptasi raj, który warto poznać bliżej.

Spis treści:
- Sokoły wędrowne nad Warszawą
- Złaków Kościelny: nieoczywiste spotkanie z ptakami
- Walewice – kiedy przyroda nie pozwala się nudzić
- Dolina Przysowy i Słudwi – w sercu ptasiego raju
Spod PKiN w Warszawie, gdzie na wysokościach budzą się już sokoły wędrowne, ruszam w stronę Ziemi Łódzkiej. Wraz z grupą zostawiamy za plecami betonowe wieżowce, by znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Wśród wież kościoła i starych zabudowań spotykam uszatkę – niewielką sowę o przenikliwym spojrzeniu. Potem kieruję się w stronę podmokłych łąk oraz stawów – nad rozlewiskami pojawiają się bataliony, gęsi i łabędzie, a wysoko nad nimi szybują bieliki. Przede mną Dolina Przysowy i Słudwi – miejsce, gdzie krajobraz nieustannie pulsuje ruchem skrzydeł.
Sokoły wędrowne nad Warszawą
Zbiórka o 7:30 pod Pałacem Kultury i Nauki. Jestem na miejscu przed czasem, a poranne miasto dopiero budzi się do życia. Po chwili pojawia się nasz przewodnik, Rafał Bartosz. Sprawnie rozstawia lunetę ornitologiczną – specjalistyczne, jednooczne urządzenie o dużym powiększeniu, stworzone do precyzyjnej obserwacji przyrody. Wszyscy z zaciekawieniem spoglądamy w stronę iglicy PKiN. Oto sokół o imieniu Hrabia, rezydent tutejszego gniazda – mówi przewodnik, wskazując na niewielki punkt na wysokościach.
Jest wiosna, a para sokołów wędrownych (Falco peregrinus) intensywnie wysiaduje jaja. Każdy ruch tych ptaków jest dokumentowany przez Stowarzyszenie Na Rzecz Dzikich Zwierząt „SOKÓŁ”. Obecna partnerka Hrabiego nie ma jeszcze imienia. To samica bez obrączek, która przyleciała prawdopodobnie z Niemiec. Pojawiła się w Warszawie niedługo po śmierci poprzedniej sokolicy, słynnej Gigi, która odeszła w lutym 2026 r. Mimo krótkiego stażu, nowa para błyskawicznie przystąpiła do lęgów. Już na początku kwietnia w gnieździe pojawiły się cztery jaja, którymi ptaki opiekują się na zmianę z ogromnym zaangażowaniem.
Sokół wędrowny to prawdziwy obywatel świata – występuje na każdym kontynencie z wyjątkiem Antarktydy, mając najszerszy naturalny zasięg lęgowy spośród wszystkich ptaków lądowych. Jeszcze do lat 40. XX w. gatunek ten gniazdował we wszystkich regionach Polski. Przykładowo w 1935 r. w samym regionie olsztyńskim znanych było ok. 100 gniazd. Niewiele rzadziej ptaki te spotykano na Pomorzu, Śląsku, w Wielkopolsce czy na Ziemi Lubuskiej.
W latach 50. nastąpił tragiczny zwrot akcji. Masowe stosowanie DDT oraz innych pestycydów i insektycydów doprowadziło gatunek na skraj przepaści. Silne środki owadobójcze wykorzystywano wówczas bez opamiętania – zarówno w rolnictwie, jak i w walce z malarią. Paul Müller, który odkrył owadobójcze właściwości DDT, został za to uhonorowany Nagrodą Nobla w 1948 r. Naukowcy wierzyli wówczas, że znaleźli antidotum na problem głodu i chorób zakaźnych. Byli dumni z preparatu, który bezwzględnie niszczył szkodniki, a wczesne badania sugerowały, że środek ten nie pozostawia po sobie szkodliwych śladów w środowisku.
Prawdziwy dramat ujawnił się dopiero lata później. Jako pierwsi alarm podnieśli ornitolodzy, obserwując katastrofalny spadek liczebności sokołów wędrownych. Toksyczne substancje zaburzały gospodarkę wapniową ptaków, co sprawiało, że skorupki jaj stawały się niezwykle kruche i pękały pod ciężarem wysiadującego rodzica. Trucizna przenikała też do wnętrza, zabijając zarodki. W efekcie sokoły niemal całkowicie zniknęły z mapy Polski – ostatni potwierdzony lęg odnotowano w 1964 r.
Dzisiejsza obecność sokołów to efekt tytanicznej pracy przyrodników i sokolników. Program restytucji, czyli odbudowy gatunku, ruszył wiele lat po katastrofie. Do 1998 r. na wolność wypuszczono 97 młodych ptaków: 80 trafiło do lasów Wielkopolski, Pomorza i Mazowsza, 11 w Pieniny, a 6 do Warszawy. Szacuje się, że dzięki tym staraniom dzisiejsza populacja sokoła wędrownego w Polsce liczy od 100 do 120 par, a Hrabia, spoglądający na stolicę ze szczytu PKiN, stał się dla wielu żywym symbolem tego wielkiego powrotu.

Złaków Kościelny: nieoczywiste spotkanie z ptakami
Wysiadam z autokaru w Złakowie Kościelnym, wsi o korzeniach sięgających XIV w., głęboko osadzonej w tradycji Księstwa Łowickiego. Wraz z przewodnikiem ruszamy w kierunku kościoła. Nad głowami słyszymy niezwykłą kakofonię dźwięków – od „kia, kia” po „kii-kii-kii-kii”. W zakamarkach kościelnych wież mieszkają tu kawki (Coloeus monedula), niezwykle wygadane i towarzyskie szaro-czarne ptaki z rodziny krukowatych. Tworzą pary na całe życie i chętnie zasiedlają wysokie budowle.
W ich sąsiedztwie lęgną się także pustułki (Falco tinnunculus) – ptaki szponiaste z rodziny sokołowatych. To jedne z najbardziej rozpoznawalnych sokołów, znane z unikatowej umiejętności „zawisania” w powietrzu podczas polowania, co sprawia wrażenie, jakby były zawieszone na niewidzialnej nici.
Niektóre z tutejszych pustułek są zaobrączkowane – jedna z nich miała białą obrączkę na prawej nodze. W zeszłym roku, dokładnie w tym samym miejscu, udało mi się odczytać numer takiej obrączki. Dane wprowadziłem do systemu Polring, prowadzonego przez Krajową Centralę Obrączkowania Ptaków w Polsce. W odpowiedzi otrzymałem fascynującą historię: ptak został zaobrączkowany jako pisklę w maju 2022 r. Mój odczyt był dopiero drugą informacją zwrotną o tym osobniku w systemie, choć minęło niecałe 4 lata. Takie dane są bezcenne dla naukowców, zwłaszcza ornitologów – pozwalają potwierdzić, że ptak żyje, sprawdzić, jak daleko się przemieszcza, oraz pomagają ustalić długość życia gatunku.
Nagle, nie wierząc własnym oczom, spotykam znajomą fotografkę przyrody, którą poznałem podczas fotografowania dzików w Warszawie. Nie była uczestniczką tej wycieczki. – Widziałeś pójdźkę? – zapytała. Odpowiedziałem, że niestety nie udało mi się jej wypatrzeć, choć niektórym uczestnikom wycieczki ornitologicznej dopisało szczęście. – A uszatkę? – dodała, wskazując kierunek, gdzie ją widziała.
Bez pośpiechu udałem się we wskazane miejsce i rzeczywiście – była tam. Olśniło mnie, gdy ją zobaczyłem. Wydawała się zaskakująco mała, choć na zdjęciach sprawiała wrażenie znacznie większej sowy. To było pierwsze tak bliskie spotkanie z uszatką (Asio otus), nazywaną tak z powodu charakterystycznych, długich „pseudouszu”. W rzeczywistości to tylko pęczki piór, a nie prawdziwe uszy – te ukryte są głęboko pod upierzeniem. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy podczas fotografowania tego gatunku spojrzała na mnie tak przenikliwie, że trudno było oderwać wzrok.
Spacerując dalej w stronę okolicznych łąk, trudno nie ulec wrażeniu, że w Złakowie Kościelnym historia i przyroda przenikają się na każdym kroku. Jednym z obrazów, które najczęściej definiują te podmokłe tereny i pola są stada batalionów (Calidris pugnax), które co jakiś czas zrywają się do lotu, kreśląc na niebie figury w niemal idealnej, budzącej podziw synchronizacji. To jeden z najliczniejszych tu gatunków siewkowych w okresie wiosennych przelotów, pojawiający się w Dolinie Przysowy i Słudwi głównie podczas wędrówek na północ.
Batalion gnieździ się w północnej Europie i Azji, zasiedlając strefę tundry i lasotundry. Jeszcze w XIX w. gatunek ten był rozpowszechniony w wielu częściach Polski. Po II wojnie światowej jego liczebność zaczęła jednak gwałtownie spadać, a dziś krajowa populacja lęgowa znajduje się na krawędzi wymarcia. W naszym kraju ptak ten pozostawał gatunkiem łownym aż do 1995 r. – objęcie go ochroną nastąpiło niestety w czasie, gdy był już skrajnie nieliczny. Patrząc na bataliony, trudno nie pomyśleć o tym, jak szybko może zniknąć coś, co kiedyś wydawało się powszechne. Choć zmiany w środowisku wydają się nieodwracalne, właśnie takie chwile budują najtrwalsze wspomnienia, które pozostaną we mnie na zawsze. Tak niepozorne krajobrazy nadal mają wielką wartość przyrodniczą, a ich tajemnice wciąż odkrywam na nowo.
Walewice – kiedy przyroda nie pozwala się nudzić
Po południu lądujemy w Walewicach, małej wsi znanej z okazałego pałacu – klasycystycznej rezydencji wzniesionej pod koniec XVIII w. przez szambelana Stanisława Augusta Poniatowskiego. Znana jest tu także największa w Polsce stadnina koni rasy półkrwi angloarabskiej, z doskonałym zapleczem jeździeckim. Udajemy się na stawy rybne, których jest aż 8 o łącznej powierzchni ponad 200 ha. Raptem słyszę hasło „bielik” (Haliaeetus albicilla). Widzę go, jak stoi na płytkiej wodzie jednego ze zbiorników, kilkadziesiąt metrów ode mnie. Po chwili wzbija się w powietrze, a ja trzymam aparat w pogotowiu i robię serię zdjęć. Ptak szponiasty zaczyna nad nami szybować, wypatrując z wysokości prawdopodobnie zdobyczy, na którą mógł by zapolować.
Odwracam się, a na zbiorniku obok pływają jedne z największych ptaków krajowych – łabędzie nieme (Cygnus olor), łabędzie krzykliwe (Cygnus cygnus) oraz łabędzie czarnodziobe (Cygnus columbianus). Przez lunetę dostrzegam w ich pobliżu mniejsze ptaki wodne – płaskonosy (Spatula clypeata), cyranki (Spatula querquedula), a także nurkujące perkozy dwuczube (Podiceps cristatus). Niedaleko mnie słychać donośne echa klangoru żurawi (Grus grus), a nad głową co chwilę, z różnych kierunków, docierają nietypowe świsty. Dźwięki te należą do łabędzi niemych i powstają w locie najprawdopodobniej dzięki pracy skrzydeł oraz silnym oddziaływaniom aerodynamicznym towarzyszącym utrzymaniu tak dużej masy ciała w powietrzu. Jest to efekt reakcji na siłę nośną i opór powietrza – przy każdym uderzeniu sztywne pióra przecinają powietrze, generując niskie, rytmiczne buczenie, które może nieść się nad wodą nawet na kilka kilometrów.
Pomyślałem wtedy, że to niemal cud, ile dzieje się tu jednocześnie, ze wszystkich stron. W gęstwinie drzew cicho śpiewa rudzik (Erithacus rubecula), a nad polami niesie się chrapliwe krakanie kruków (Corvus corax). Trudno się tu nudzić – przyroda po prostu na to nie pozwala.

Dolina Przysowy i Słudwi – w sercu ptasiego raju
Dolina Przysowy i Słudwi to prawdziwy raj dla miłośników ptaków – ostoja obejmująca rozległe, podmokłe łąki wzdłuż dolin obu rzek, położona na pograniczu województw łódzkiego i mazowieckiego. Jest to jeden z najważniejszych w Polsce punktów koncentracji ptaków wodno-błotnych podczas wiosennej migracji, których stada mogą liczyć nawet kilkadziesiąt tysięcy osobników.
Według dostępnych danych w tym regionie obserwowano m.in.:
- gęsi (Anserinae) – do 22 tys. osobników,
- siewki złote (Pluvialis apricaria) – ok. 11 tys. os.,
- czajki (Vanellus vanellus) – 10 tys. os.,
- krzyżówki (Anas platyrhynchos) – 5 tys. os.,
- bataliony (Calidris pugnax) – 3,5 tys. os.,
- świstuny (Mareca penelope) – 2,5 tys. os.,
- żurawie (Grus grus) – 2 tys. os.
Teren ten obfituje w stwierdzenia także wyjątkowo rzadkich gatunków ptaków, obserwowano tu m.in.: gęś tybetańską (Anser indicus), gęś krótkodziobą (Anser brachyrhynchus), berniklę rdzawoszyją (Branta ruficollis), berniklę białolicą (Branta leucopsis), gęś śnieżną (Anser caerulescens), bociana czarnego (Ciconia nigra), błotniaka stepowego (Circus macrourus), kurhannika (Buteo rufinus), sokoła wędrownego, orła przedniego (Aquila chrysaetos), kanię rudą (Milvus milvus), kulika mniejszego (Numenius phaeopus), orzechówkę (Nucifraga caryocatactes), dzięcioła zielonosiwego (Picus canus), czajkę towarzyską (Vanellus gregarius), biegusa zmiennego (Calidris alpina), rzepołucha (Linaria flavirostris), edredona (Somateria mollissima), rybołowa (Pandion haliaetus) czy szablodzioba (Recurvirostra avosetta).
Mój udział w terenowym kursie rozpoznawania ptaków, zorganizowanym przez polskie biuro podróży Horyzonty.pl, był czymś więcej niż tylko wycieczką. To intensywna lekcja uważności spędzona na podmokłych łąkach Doliny Przysowy i Słudwi. Pod okiem doświadczonego ornitologa uczyłem się, jak w chaosie tysięcy skrzydeł dostrzec rzadkiego bekasa kszyka (Gallinago gallinago) czy odróżnić cyraneczkę (Anas crecca) od krakwy (Mareca strepera). Wyjazd ten uważam za wyjątkowo udany – nie tylko ze względu na listę zaobserwowanych gatunków, ale przede wszystkim dzięki nauce szacunku do ptasiego spokoju, który w takich miejscach jest wartością najwyższą.
Pamiętajmy, że każda nasza wizyta na tych terenach powinna być aktem pokory, a nie podboju. Ptaki z roku na rok tracą swoje siedliska, dlatego nasza obecność nie może być dla nich kolejnym ciężarem. Niech podziw nad ich pięknem idzie w parze z odpowiedzialnością – bo tylko w ciszy i z dystansu możemy naprawdę dostrzec duszę tych dzikich miejsc.
Źródła: peregrinus.pl, sosknbul.ptaki.org.pl, otop.org.pl
Nasz autor
Aleksander Kusznir
Od lat łączy pasję do ptaków z fotografią i edukacją przyrodniczą. Wspołpracuje z „National Geographic Polska”, gdzie opowiada o świecie natury – zarówno tej, którą spotyka na codzień, jak i bardziej egzotycznej. Najchętniej o dzikiej przyrodzie, jej ochronie i niezwykłych zachowaniach zwierząt. Pracuje też w laboratorium weterynaryjnym, gdzie na co dzień ma możliwość badania różnych gatunków zwierząt. Inspirację czerpie z podróży i nowych doświadczeń, a twórczą energię najłatwiej odnajduje przy filiżance dobrej kawy – najlepiej pośród śpiewu ptaków.


