Reklama

Spis treści:

  1. Moja fascynacja dzięciołami czarnymi
  2. Kucie dziupli
  3. Walka o terytorium
  4. Wychowywanie młodych
  5. Ostatni dzień w dziupli

Dzięcioł czarny od dłuższego czasu był przedmiotem moich obserwacji w jednym z miejskich parków we Wrocławiu. Wczesną wiosną ptaki rozpoczęły prace nad nową dziuplą, którą systematycznie odwiedzałem, śledząc kolejne etapy jej powstawania i późniejszego zasiedlenia. Przez wiele tygodni dokumentowałem ich zachowania, od intensywnego kucia drzewa, przez okres wysiadywania jaj, aż po wylot młodych. Obserwacje te pozwoliły mi prześledzić pełny cykl lęgowy tego gatunku w warunkach miejskich.

Samce dzięciołów czarnych
Samce dzięciołów czarnych walczące o terytorium. Fot. Jan Zięba

Moja fascynacja dzięciołami czarnymi

Mieszkam we Wrocławiu od 66 lat. Dzięcioła czarnego (Dryocopus martius) w mieście po raz pierwszy zaobserwowałem dopiero pięć lat temu. Wcześniej bywały to zaledwie kilkusekundowe, ulotne spotkania gdzieś w lesie. Niewiele wiedziałem o tych ptakach. Z roku na rok uczyłem się jednak ich zwyczajów, a już z czasem potrafiłem bezbłędnie rozpoznać ich głos: kiedy nadlatują, jak się nawołują, a także wtedy, gdy sygnalizują niepokój.

Zawsze zachwycała mnie ich niesamowita elegancja. Głęboki, matowy czarny frak kontrastujący z jaskrawą, czerwoną czapeczką sprawia, że ten gatunek ptaka jest dla mnie nie mniej spektakularny niż bajecznie kolorowe zimorodki (Alcedo atthis) czy żołny (Merops apiaster).

Na początku roku, po pięciu latach od pierwszego spotkania z dzięciołem czarnym, zauważyłem samca pracującego nad wykuciem dziupli. Wtedy podjąłem decyzję: spróbuję udokumentować fotograficznie cały ich rodzinny cykl – od pierwszego uderzenia dziobem w drzewo, aż po wyprowadzenie lęgu. Od początku marca do połowy maja spędziłem w parku dziesiątki godzin, podpatrując życie dzięciołów czarnych. Bywały dni, kiedy meldowałem się pod bukiem na trzy godziny przed rozpoczęciem pracy i wracałem tam na kolejne trzy po jej zakończeniu.

W pewnym momencie okazało się, że para tych cudownych ptaków wykuła dziuplę lęgową zaledwie kilometr od mojego mieszkania – w miejskim parku. Kiedy ją odkryłem, zacząłem odwiedzać dzięcioły tak często, jak tylko mogłem. Czy wcześniej we Wrocławiu ich nie było? Zapewne były, lecz to ja nie potrafiłem ich dostrzec.

Choć jako ptaki żyjące w miejskim parku były przyzwyczajone do obecności ludzi, odnosiłem wrażenie, że z czasem nabrały do mnie szczególnego zaufania. Przestały zwracać na mnie uwagę, a ja korzystałem z tej chwili bliskości – robiłem zdjęcia i nagrywałem filmy.

Kucie dziupli

Po raz pierwszy zaobserwowałem samca kującego nową dziuplę w pniu buka na początku marca. Rok wcześniej dzięcioły czarne zasiedliły starą dziuplę. Tym razem samiec postanowił stworzyć coś od zera. Odwiedzałem go przez kilka dni z rzędu i niemal zawsze zastawałem go przy pracy, która zajmowała mu wiele godzin każdego dnia.

Pracował z niesłychaną wytrwałością. Aż trudno uwierzyć, że ptak ten jest w stanie wykuć komorę lęgową o głębokości sięgającej nawet pół metra w tak twardym drewnie. Dowiedziałem się także, że para dzięciołów czarnych kuje dziuplę na zmianę. Przyłapywałem na tym jednak wyłącznie samca, samica zaś przylatywała rzadko, jakby tylko wpadała skontrolować postępy prac.

To wtedy nagrałem film w zwolnionym tempie, dokumentujący tę dzięciołową harówkę. Kiedy pokazałem go przyjacielowi, powiedział: „Ładne, Jan, ale nie wrzucaj tego na Facebooka. Nikt nie będzie przez minutę oglądał dzięcioła”. Mylił się. Film obejrzało prawie 400 tysięcy osób, a zareagowało ponad 11 tysięcy użytkowników. To był dla mnie ostateczny dowód na to, że tę historię trzeba opowiedzieć do końca.

Walka o terytorium

Jest niedziela po południu. Dużo ludzi. Znajoma, zafascynowana również dzięciołami, poinformowała mnie, że ganiają się po parku. Dwa samce, zupełnie nie zwracając uwagi na nikogo, latały od drzewa do drzewa i siadały na pniach. Z jednej strony wydawało się, że podążały za sobą, z drugiej zaś unikały się, przemieszczając się po przeciwległych stronach pni.

Nie dochodziło do kontaktu fizycznego, ale ptaki wyraźnie próbowały się wzajemnie nastraszyć. Podczas gdy jeden odlatywał, drugi natychmiast ruszał za nim. Taka wojna nerwów trwała kilka godzin. Nie wiem, jak wyznaczony został zwycięzca, ale później już nigdy nie widziałem w parku dwóch samców jednocześnie. Jeden z nich musiał ustąpić rywalowi i opuścić jego terytorium.

Samiec dzięcioła czarnego
Samiec dzięcioła czarnego podczas pracy nad dziuplą. Fot. Jan Zięba

Wychowywanie młodych

W kolejnych dniach nadal trwały prace nad dziuplą, a po ich zakończeniu dzięcioły zniknęły. Nie obserwowałem ich przez wiele dni. Czy ostatecznie samica postanowiła złożyć jaja w nowej dziupli? Odwiedzałem ją niemal codziennie. Dzięciołów wciąż nie spotykałem. Wreszcie któregoś dnia je zobaczyłem – jeden wyleciał, a drugi zajął jego miejsce, co oznaczało, że w dziupli były jaja wysiadywane na zmianę.

W majowy dzień wokół dziupli zrobił się duży ruch. Mogło to oznaczać jedno – w środku wykluły się młode. Po pewnym czasie dorosłe ptaki przestały wchodzić do wnętrza dziupli, gdyż pisklęta urosły na tyle, że nie było miejsca dla wszystkich. Rodzice lądowali na skraju otworu i sięgali do wnętrza, podając pokarm pisklętom.

18 maja po raz pierwszy zobaczyłem dzioby młodych ptaków. Były trzy. Rodzice przylatywali co 30–60 minut, by je nakarmić, a posiłkom towarzyszył harmider i przepychanie się młodych o dostęp do pokarmu. Dwa dni później młode były już tak duże, że ledwie mieściły się w otworze dziupli. Wtedy zrobiłem swoje ulubione zdjęcie. Nazwałem je „Ciasny pokój dziecinny 5 km od wrocławskiego Rynku”. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to ich ostatni wspólny wieczór.

Ostatni dzień w dziupli

Aby zamknąć tę historię, potrzebowałem zdjęcia wylotu młodych dzięciołów czarnych z dziupli. Kłopot w tym, że nie wiedziałem, kiedy to nastąpi. W parku pojawiłem się około szóstej rano, ale było już za późno. Pierwszy z młodych latał nieporadnie po parku, zaczepiany przez wrony siwe (Corvus corone) broniące swojego terytorium. Do końca dnia nic więcej się nie wydarzyło.

22 maja pojawiłem się pod bukiem przed godziną 5. Na początku nic się nie działo. Rodzice nie przylatywali z jedzeniem, co – jak czytałem – miało oznaczać, że chcą głodem skłonić dzieci do opuszczenia dziupli. Jednak po dwóch godzinach przyleciał samiec i nakarmił młode. Uznałem, że chyba jeszcze nie będą wylatywać i pomyślałem, że czeka mnie kolejna pobudka o 4:30. Wtedy drugi młody wyleciał z dziupli, i oczywiście nie zdążyłem zrobić zdjęcia.

Została mi ostatnia szansa, bo w dziupli pozostał jeden młody osobnik. W pewnej chwili przyleciała samica i podała mu pokarm. Tym razem byłem przygotowany. Minutę po karmieniu zobaczyłem jego głowę, potem wysunięty tułów i pierwszy raz rozłożone skrzydła. Gdy rozwinął je całkowicie, aż trudno było uwierzyć, że nigdy wcześniej tego nie robił. Odleciał w głąb parku i zniknął mi z oczu. Pewnie jeszcze się spotkamy.

Spakowałem sprzęt fotograficzny i wróciłem do domu. Tylko raz w życiu czułem się podobnie – po zdaniu egzaminu magisterskiego. Z jednej strony radość, z drugiej dziwne uczucie pustki. Następnego dnia o poranku wybrałem się na spacer do parku. Nie dowierzałem, lecz znów spotkałem dzięcioła czarnego, prawdopodobnie jednego z tych, które dokumentowałem wcześniej.

Dzięciołowe życie toczy się dalej. Ciekawe, co będzie w przyszłym roku. Czy wykują nową dziuplę? A może zasiedlą którąś ze starych? Jedno wiem – będę z niecierpliwością ich wypatrywał. Nigdy mi się to nie znudzi.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...