Bez GPS-u, satelitów i łączności. Logistyczny koszmar i niezwykli pasażerowie wyprawy Endurance
Jak zaplanować wyprawę na niezbadany kontynent, gdy jedynym oknem na świat jest papierowa mapa, a o telefonach satelitarnych nikomu się jeszcze nie śniło? Ernest Shackleton rzucił wyzwanie Antarktydzie w czasach, gdy logistyka opierała się na ślepej ufności we własne kalkulacje, a błąd oznaczał wyrok śmierci. W najnowszym odcinku podcastu redakcji National Geographic Polska Mikołaj Golachowski odsłania kulisy tej morderczej wyprawy od strony, której nie znacie.
Spis treści:
- 69 psów, pasażer na gapę i kot prowokator. Życie na pokładzie Endurance
- Szaleństwo na szczycie. Samobójczy zjazd w lodową przepaść
- Paradoks Shackletona. Genialny podróżnik, któremu nie wyszło
- Posłuchaj całej rozmowy o tajemnicy statku Endurance
Współczesne wyprawy polarne, choć wciąż niebezpieczne, dysponują technologią, która w kilka sekund potrafi skorygować plany. Satelitarne mapy lodowe, prognozy pogody aktualizowane co godzinę i stała łączność z bazą to dziś standard. W 1914 roku rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej.
69 psów, pasażer na gapę i kot prowokator. Życie na pokładzie Endurance
– Musimy sobie uświadomić, że oni nie mieli żadnych środków komunikacji. To nie jest tak, że teraz mogę zadzwonić do ciebie nawet na Antarktydzie i spytać się, czy już jesteś i czy nie zapomniałaś mi dołożyć skarpetek ciepłych do depozytu. Wszystko musiało być od początku do końca zaplanowane – tłumaczy w rozmowie z Iwoną El Tanbouli-Jabłońską były kierownik Polskiej Stacji Antarktycznej, Mikołaj Golachowski. Ta skomplikowana logistyka zakładała współpracę dwóch ekip po przeciwnych stronach kontynentu. Gdy Endurance utknął w lodzie, plan runął, a załoga została całkowicie odcięta od świata.
Zanim Endurance stał się więzieniem w lodowym paku, na jego pokładzie tętniło niezwykle barwne – i głośne – życie. Ernest Shackleton zabrał ze sobą 69 psów zaprzęgowych sprowadzonych specjalnie z Kanady, które miały pomóc w planowanym trawersie Antarktydy. Zwierzęta w trakcie podróży zaczęły się rozmnażać, co tylko potęgowało chaos.
– Trudno nawet sobie wyobrazić, jaki tam był rwetes i hałas podczas żeglowania – śmieje się w podcaście Mikołaj Golachowski, dodając natychmiast kolejny, mało znany szczegół: był z nimi również kot, który ponoć miał takie hobby, że uwielbiał przechadzać się po właśnie tych budach psich, żeby je jeszcze drażnić dodatkowo. Ten czworonożny celebryta (w rzeczywistości kocur o imieniu Mrs. Chippy, należący do cieśli McNisha) stał się maskotką całej załogi.
Obok zwierząt, na statku znalazł się także ludzki pasażer na gapę – młody chłopak, który bardzo chciał wziąć udział w wyprawie. Choć Shackleton początkowo był wściekły, ostatecznie przyjął go do załogi. To właśnie ten najmłodszy uczestnik, podczas późniejszej ucieczki szalupami, przypłacił walkę z mrozem odmrożeniem i amputacją zaledwie dwóch palców u nogi – co przy skali całej katastrofy graniczyło z cudem.
Szaleństwo na szczycie. Samobójczy zjazd w lodową przepaść
Kiedy po miesiącach tułaczki Shackleton, Worsley i Crean wylądowali na Georgii Południowej, przed powrotem do cywilizacji dzielił ich już „tylko” nieludzki marsz przez nieznane pasmo górskie. Wycieńczeni dwuletnią walką o przetrwanie, bez map, szli na oślep przez lodowce pełne zdradliwych szczelin. To właśnie tam doszło do jednego z najbardziej brawurowych i szalonych momentów w historii eksploracji.
Gdy znaleźli się na grani i zorientowali się, że zapada zmrok, a powrót oznacza zamarznięcie na kość, Shackleton podjął natychmiastową i skrajnie ryzykowną decyzję. Polarnicy usiedli na zadkach, chwycili się razem i po prostu zjechali kilkaset metrów w dół w kompletną ciemność, nie mając pojęcia, czy na dole nie czekają na nich ostre skały lub pionowe urwisko. – To na pewno była decyzja Shackletona – podkreśla z podziwem Golachowski. Przeżyli. Chwilę później, u podnóża gór, usłyszeli upragniony dźwięk – poranny gwizdek parowy w osadzie Stromness, wzywający wielorybników do pracy.
Paradoks Shackletona. Genialny podróżnik, któremu nie wyszło
Wyprawa Endurance zapisała się w historii złotymi zgłoskami, ale gdy przyjrzymy się jej celom czysto technicznym, ujawnia się fascynujący paradoks. Ernest Shackleton jest dziś uznawany za jednego z największych i najbardziej ikonicznych odkrywców polarnych, choć... nigdy nie osiągnął celów, które sobie zakładał.
– Shackleton niewątpliwie jest jednym z najbardziej znanych odkrywców, tylko tyle że jak się zastanowisz, to jemu w życiu nie wyszło nic, co sobie postanowił – poza tym, że wrócił do domu. Nie osiągnął żadnego z tych swoich celów, które przed sobą stawiał – podsumowuje Mikołaj Golachowski.
Nie zdobył bieguna jako pierwszy, nie przeszedł Antarktydy w poprzek, stracił swój flagowy statek i zadłużył wyprawę. Mimo to, jego nazwisko stało się synonimem absolutnego sukcesu. Dlaczego? Ponieważ udowodnił, że ludzka niezłomność i dbałość o drugiego człowieka są cenniejsze niż jakiekolwiek geograficzne rekordy.
Posłuchaj całej rozmowy o tajemnicy statku Endurance
Chcesz poznać więcej wstrząsających szczegółów tej wyprawy? Dowiedzieć się, czym żywiła się załoga, by uniknąć szkorbutu i jak wyglądał powrót Shackletona po pozostałych na Wyspie Słoniowej 21 towarzyszy? Posłuchaj całej rozmowy, którą z Mikołajem Golachowskim poprowadziła Iwona El Tanbouli-Jabłońska z National Geographic Polska. Wideo z rozmową można obejrzeć poniżej, a także na naszym kanale YouTube i w serwisie Spotify.
Źródło: National Geographic Polska
Nasz ekspert
Łukasz Załuski
Od ponad 20 lat opowiada o świecie – jego historii, nauce i miejscach, do których warto wyruszyć z otwartą głową. Jest redaktorem naczelnym „National Geographic Polska” oraz National-Geographic.pl. Wcześniej kierował m.in. „Focusem”, „Focusem Historia” czy „Sekretami Nauki”, konsekwentnie rozwijając tematykę popularnonaukową i podróżniczą. Jest inicjatorem projektu pierwszej naukowej rekonstrukcji wizerunków władców z dynastii Jagiellonów. Po godzinach miłośnik gimnastyki sportowej, książek kryminalnych i europejskich stolic.


