Pierwszy raz spotkałam ich w Muzeum Narodowym w Dżakarcie, tydzień po przeprowadzce. Byli bez butów, na głowach mieli tradycyjne chusty. – To ludzie Baduy. Przyjście tutaj zajęło im kilka dni, bo nie korzystają z żadnych środków transportu – powiedział Rio, mój indonezyjski przyjaciel, który oprowadzał mnie po stolicy. Baudy – to słowo nic mi wtedy nie mówiło, bo cała Dżakarta, cała Indonezja, cała Azja, były tak nowe i obce.

120 km na piechotę

Ludzie Baduy, czy inaczej – jak sami siebie nazywają – Kanekes, to społeczeństwo plemienne, które żyje w izolacji od świata zewnętrznego. Bez prądu, bez dostępu do bieżącej wody. Odrzuca dorobek cywilizacji i zachowuje tradycyjny styl życia. Baduy to nazwa nadana przez kolonizatorów – holenderskich naukowców, którzy tę grupę utożsamiają z Bedawi, plemieniem prowadzącym osiadły tryb życia.

Długo męczyłam znajomych z Dżakarty, by kiedyś mnie tam zabrali. Mogłabym jechać tylko z nimi, bo plemię nie przyjmuje cudzoziemców. Kilku zagranicznym dziennikarzom odmówili wstępu do ich wioski. Gdy byłam w podróży na Lomboku, dostałam wiadomość od Paka Zula, mojego nauczyciela z Dżakarty: „Za tydzień jedziemy do Baduy”.

Tydzień później siedzę w autobusie z Dżakarty do Banten, prowincji oddalonej od stolicy Indonezji o ok. 120 km. Przez całą drogę myślę o tym, jak to możliwe, że ci ludzie pokonują tę trasę na piechotę, w dodatku – bez butów.

Dojeżdżamy w okolice wzgórza Kendeng na Jawie. Na parkingu czeka na nas pięciu mężczyzn, którzy wyglądają identycznie jak ci z muzeum. Ich skóra jest jasnożółta, a rysy twarzy zupełnie inne niż Indonezyjczyków. Patrzą trochę arogancko i z dystansem. Mają na sobie naturalne zwiewne koszule koloru białego, szare spodnie. Na głowie białe opaski. Poruszają się bez butów, a ich stopy są szersze niż stopy przeciętnego człowieka.

Jak to możliwe, że ci ludzie nie korzystają z prądu, nowych technologii, w zasadzie całego dorobku cywilizacji, a czekają tu na nas. Skąd dowiedzieli się, że przyjedziemy? – pytam Paka Zula.
Kilka tygodni temu odwiedziliśmy ich, by umówić odwiedziny na dwa dni. Wyznaczyliśmy konkretny dzień i miejsce spotkania – odpowiada mój nauczyciel.

 

Z zewnątrz i wewnątrz

Mężczyźni, którzy na nas czekają, to przedstawiciele Baduy Luar – jednej z dwóch grup Baduy. Pierwsza z nich, Dalam (z indonezyjskiego „w”, „wewnątrz”) najściślej przestrzega zwyczajów i tradycji. Żyje w wioskach, do których nie mają dostępu obcy, czyli ludzie spoza plemienia, również Indonezyjczycy. Niedostosowanie się do zasad panujących w Dalam grozi wydaleniem do Baduy Luar (z indonezyjskiego „zewnątrz”). To grupa otwarta, która utrzymuje sporadyczne kontakty z Indonezyjczykami, ale nadal żyje w tradycyjny sposób.

Rząd Suharto bezskutecznie próbował zmusić ich do zmiany stylu życia. Baudy odrzuciło rządową propozycję budowy obiektów szkolnych w swoich wioskach. Ludzie Kanekes nie chodzą do szkoły, w większości nie potrafią czytać i pisać. Nie znają swojej kultury, a zwyczaje, wierzenia i historie ich przodków przechowywane są wyłącznie w przekazach ustnych.

 

Z dala od cywilizacji

Mężczyźni Baduy wieszają na grubych gałęziach nasze plecaki, gałęzie kładą na barki i każą podążać za sobą. Po drodze próbuję nawiązać kontakt z jednym z młodszych Kanekes, zagadując go po indonezyjsku „apa kabar” (jak się masz), ale nie odpowiada. Później orientuję się, że język, którym posługują się przedstawiciele plemienia to dialekt – bahasa Sunda. Ludzie Baduy nigdy nie śmieją się i nie żartują. Zalecana jest neutralność.

Niecałą godzinę zajmuje nam wejście na wzgórze Kanekes. Droga jest błotnista, a im bliżej wioski, tym bardziej kamienista. W trakcie podróży zaskakuje nas deszcz, który sprawia, że buty zapadają się w błocie i ślizgają po nierównych kamieniach. Idziemy wzdłuż rzeki Ciujung, która dla tego plemienia jest jedynym źródłem wody.

W wiosce wszystkie domy wyglądają identycznie. Są zbudowane z bambusów, postawione na metrowych palach, które chronią przed zalaniem. Drzwi domów, zgodnie z tradycją, są skierowane na północ lub na południe.

 
Jedzenie za mieszkanie

Baduy rozdzielają nas i przyjmują w swoich domach, w których zostają tylko kobiety. Mężczyźni będą dzisiaj spać na dworze, by zrobić miejsce dla gości. Za nocleg nie chcą pieniędzy, bo prawie w ogóle z nich nie korzystają. Zgodnie z wcześniejszą umową przynosimy jedzenie „z dołu”, które przyda im się, gdy zabraknie ryb lub zbiory ryżu będą niewystarczające.

Ludzie Kanekes żyją ze sprzedaży miodu, asam keranji (tamaryndowiec), cukru imbirowego i owoców znalezionych w lesie, między innymi, duriana. Raz w miesiącu wyruszają na piechotę na pobliskie lokalne markety, by sprzedać swoje dobra, za zarobione pieniądze kupują niezbędne urządzenia gospodarstwa domowego, których nie są w stanie wyprodukować sami: słomkowe materace i naczynia. Znają je tylko ludzie z Baduy Luar, bo w Dalam zabronione jest posiadanie i posługiwanie się pieniędzmi oraz kupowanie rzeczy z zewnątrz. Większość członków nigdy ich nawet nie widziała.

W domu Ibu (z indonezyjskiego „matka”, oficjalny zwrot do starszej kobiety), której imienia nie znam, bo przez cały czas unika kontaktu, nawet wzrokowego, dostajemy maty do spania. Przydziela nam pokój, który jest jednocześnie przedsionkiem, przedpokojem, salonem i pokojem dla gości. Drugim pomieszczeniem w tym domu jest kuchnia, w której przez cały czas mojego pobytu przebywa i śpi Ibu.

Kobiety Baduy noszą tradycyjne batikowe sarongi koloru indygo. Ich głównym zajęciem jest przygotowywanie posiłków i tkanie. Wszystkie ubrania, które noszą ludzie Baduy zostały przez nie uszyte samodzielnie, zgodnie z tradycją.

 

Ciemność, cisza, cienie

Zostawiamy plecaki w domu Ibu i idziemy rozejrzeć się po okolicy. Krótka ścieżka między identycznymi domami w wiosce prowadzi do ogromnego mostu nad rzeką Ciujung. Most, wykonany przez ludzi Baduy z bambusa, umożliwia przeprawę na drugą stronę, gdzie składują żywność. Zgodnie z zaleceniem jednego z Kanekes na moście może jednocześnie znajdować się tylko jedna osoba, bo jest on bardzo niestabilny. Trzymając się poręczy z obu stron, ledwo stawiam kolejne kroki na śliskim od deszczu bambusowym moście, który, gdy tylko ciężar ciała nie znajduje się na środku, zaczyna się chwiać.

Poza tym mostem, w Baduy nie ma niczego. W wioskach mieszka ok. 6 tys. ludzi Kanekes, a nie ma w nich żadnej szkoły, żadnego sklepu. Nic poza identycznymi domami, rozmieszczonymi wzdłuż wąskiej kamienistej ścieżki. Jedynym zajęciem dzieci jest bieganie po okolicy, rozmawianie z rówieśnikami i nauka gry na angklungu – tradycyjnym instrumencie. W Baduy Luar nie ma sygnału ani zasięgu. Nie działają telefony, nie ma światła. Jest tylko cisza.

I ciemność, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Nieporównywalna do tej, gdy wieczorem gasisz światło w sypialni, a przez okno do pokoju wpada światło z ulicznej latarni, światła przejeżdżających samochodów. Stojąc w domu Ibu po zmroku, nie widzę nawet własnych stóp. Zupełna ciemność.

 

Harmonia świata

Po zachodzie słońca Ibu zaczyna przygotowywać dla nas jedzenie. Na opasce na głowie ma przyczepioną latarkę, którą oświetla prowizoryczną kuchnię. W wielkim garnku gotuje ryż, uprawiany przez ludzi Baduy w nietypowy sposób – hama, na suchym lądzie, by nie ingerować w naturę, tworząc pola ryżowe. Kanekes wyznają zasadę „bez zmian w ogóle lub zmiany w jak najmniejszym stopniu”. W rolnictwie zakazane jest oranie gleby, stosowanie pestycydów i nawozów, zmienianie obrysu terenu dla pól, uprawianie ziemi pługiem, tarasowanie.

Na palniku Ibu smaży trzy ryby wielkości dłoni, wyłowione wcześniej z rzeki. Po chwili przynosi je nam do pokoju. Dzielimy je na cztery osoby.

Po posiłku mężczyźni Baduy organizują dla nas ognisko. Spotkanie zaczyna się od rytuału – tańca wokół ognia i gry na angklungach. Rytuał ma charakter religijny, w ten sposób Kanekes oddają cześć bogom natury. Ich religia to dziedziczne pradawne nauki zakorzenione w hołdzie dla przodków. Są połączeniem animizmu z wpływami hindu, buddyzmu i nauk islamu. Trzy razy w roku Baduy obchodzą Kawaluh – tradycyjny post, podczas którego, tak jak muzułmanie w trakcie ramadanu, nie jedzą aż do zachodu. Kanekes wierzą, że trwając w ascetyzmie, zachowują harmonię świata.

 

Przekazy ustne

Po rytuale odwiedza nas Pu'un – 99-letni przywódca Baduy Luar. Najstarszy i najważniejszy przedstawiciel plemienia, który zna i przekazuje jego historię.

Podczas zbiorów ryżu mieszkańcy Baduy w formie pieśni wciąż opowiadają sobie taką historię... – zaczyna opowieść Pu'um, a z bahasa Sunda na język angielski tłumaczy nam znajoma Indonezyjka. – Około XIV wieku hinduskie królestwo Sunda, znane jako Pajajaran, zostało zaatakowane przez muzułmańską armię Cirebon pod dowództwem Sunan Gunung Jati. Ostatni książę Prabu Pucuk Umum nie był w stanie stawić czoła muzułmańskiej armii i uciekł z kilkoma ministrami do lasu, miesiącami chowając się w górach, by uniknąć konfrontacji z armią. Wreszcie przybyli do gęstej puszczy zwanej Mandala Singkah, a pierwsze miejsce, w którym się zatrzymali, zostało nazwane Arca Domas i jest zlokalizowane na początku rzeki Ciujung.

Arca Domas jest obecnie centrum i najświętszym miejscem dla ludzi Baduy, a jego lokalizacja jest utrzymywana w tajemnicy. Droga do tego miejsca jest ekstremalnie trudna do pokonania. Kilku przedstawicieli Baduy odwiedza to miejsce raz w roku. Legenda głosi, że znajduje się tam moździerz, w którym gromadzi się woda deszczowa. Jeśli odwiedzający to miejsce zastaną wodę czystą, to oznacza, że w nadchodzącym roku będzie często padało i zbiory będą dobre. Jeśli woda będzie zanieczyszczona, mętna, to zbiory będą skromne.

Kanekes przez całe życie kierują się 10 zasadami, zwanymi „Dasa Sila”. – Zasady życia to: nie zabijać, nie kraść, nie oszukiwać, nie pić alkoholu, nie jeść po zachodzie słońca, nie okazywać emocji. Obowiązuje także zakaz poligamii i zakaz używania perfum – wylicza Pu'um. Ci, którzy łamią zasady, mogą być ukarani, np. trzema miesiącami przymusowej pracy na rzecz plemienia lub wydaleni z grupy.

 

Lekcja angielskiego

Wódz plemienia Pu'um jest już zmęczony i udaje się do swojego domu, a my spędzamy wieczór w towarzystwie mężczyzn Kanekes. Przyznają nam, że w Baduy Dalam kontakt z obcymi jest zabroniony, a w Luar mogą nauczyć się od przybyszów. Jeden z gości pokazał im, jak obsługiwać telefon i nawet założył jednemu z Kanekes konto na Facebooku. Mnie i drugą białą koleżankę automatycznie uznali za osoby spoza Indonezji, czyli posługujące się językiem angielskim. Poprosili, żebyśmy nauczyły ich liczyć po angielsku. – Powiedzcie jak jest sto, dwieście, pięćset, tysiąc – poprosili i zdałyśmy sobie sprawę, że dla ludzi Baduy liczby zaczynają się właśnie od stu, a później od razu są tysiące – tak jak indonezyjskie pieniądze, rupie.

Po rytuałach, grze na angklungu i krótkiej lekcji angielskiego, wracamy do przydzielonych nam domów. Kanekes nie używają mydła i pasty do zębów, bo uważają, że zanieczyszcza to rzekę i ich środowisko, dlatego żadna z nas nie może się umyć. Nie ma zresztą za bardzo gdzie, bo łazienka jest zwykłym bambusowym domkiem na zewnątrz z wykopaną kilkucentymetrową dziurą, z której ścieki odprowadzane są do rzeki. Z tej samej rzeki z ustawionego na jej brzegu bambusa woda wlewa się do miski umieszczonej w łazience. Woda, którą można obmyć twarz czy ciało.

Wśród ludzi Baduy jest medyk, który korzysta tylko z tradycyjnych metod. Ma zioła, którymi leczy wszystkie schorzenia. Członkowie plemienia Dalam nigdy nie schodzą na dół i nie korzystają ze szpitali. Nigdy wśród ludzi Baduy nie urodził się niepełnosprawny człowiek.

 

Prawdziwe bogactwo

Kładziemy się spać na bambusowych matach, które dała nam Ibu. Nie mogę zasnąć, bo w jednym pomieszczeniu na podłodze śpi kilka dziewczyn, których w ogóle nie widzę. Czuję się niepewnie.

Po kilku godzinach snu budzę się wyziębiona, bo w nocy temperatura w górach spada o kilka stopni, a my nie dostałyśmy niczego do przykrycia. Ibu przygotowała już dla nas śniadanie – ryż i omlet, który musimy podzielić na cztery osoby.

Pakujemy rzeczy, dziękujemy za gościnę i zbieramy się do wyjścia. Przy placu w centrum wioski czekają na nas ludzie Baduy. Na pożegnanie pytam jednego z nich, co jest dla mieszkańców Baduy największym problemem lub wyzwaniem.

 

Martwią mnie zmiany, które zachodzą w przyrodzie. Góry się wyrównują, doliny zostały zniszczone, naturalne surowce są wykorzystane lub zostały jeszcze na kilka lat. Teraz wszędzie powstają kopalnie złota, srebra, brązu. Góry i doliny nie są chronione, a prawdziwym bogactwem jest właśnie nasze naturalne środowisko – odpowiada Ayah Karmain.

Olivia Drost