Jeśli zrozumiemy, skąd się brała obsesja Rzymian na punkcie granic – i jaką rolę ta obsesja odegrała w upadku cesarstwa – to może lepiej zrozumiemy samych siebie.

To nie jest kwestia czysto akademicka. Wyznaczaniu i obronie granic także i dzisiaj nadaje się wielkie znaczenie. Skoro politycy dyskutują o budowie muru między USA a Meksykiem, jeśli płoty rosną na granicach UE, a wojska patrzą na siebie z dwóch stron zaminowanego pasa ziemi między dwiema Koreami, to znaczy, że realia, w obliczu których stali rzymscy cesarze, są wciąż aktualne. Jeśli zrozumiemy, skąd się brała obsesja Rzymian na punkcie granic – i jaką rolę ta obsesja odegrała w upadku cesarstwa – to może lepiej zrozumiemy samych siebie.
 

Przez sześć następnych stuleci, mniej więcej od roku 500 p.n.e., Rzym nieustannie rozszerzał się terytorialnie. Z małego miasta-państwa w niespokojnym zakątku Półwyspu Apenińskiego stał się największym imperium, jakie kiedykolwiek widziała Europa.
 

Cesarz Trajan był nieodrodnym dziedzicem tej tradycji podbojów. W latach 101–117 n.e.
podporządkował sobie ziemie dzisiejszej Rumunii, Armenii, Iranu i Iraku i ciężką ręką zmiażdżył powstania żydowskie. Jego zwycięstwa upamiętniają rzymskie monety.
 

W roku 117 n.e., gdy zmarł Trajan, terytorium cesarstwa rozciągało się od Zatoki Perskiej po Szkocję. Cesarz usynowił i naznaczył następcą swojego wychowanka, 41-letniego senatora pochodzącego jak i on z Hiszpanii, samozwańczego poetę i architekta Publiusza Eliusza Hadriana.
 

Świeżo wyniesiony do godności cesarz od razu zdał sobie sprawę, że Rzym podbił za dużo ziem, by móc nimi efektywnie zarządzać, dlatego mimo nacisków polityków i wojskowych skończył z polityką podbojów. – Jego pierwszą decyzją było wycofanie się z ostatnich nabytków terytorialnych i redukcja kosztów – wyjaśnia biograf władcy, Anthony Birley. – Miał dość rozumu, by się domyślić, że jego poprzednicy nachapali się więcej, niż mogli strawić.