Reklama

Szybko rozprzestrzeniający się pożar lasu w środkowej Hiszpanii zmusił NASA do ewakuacji Madryckiego Kompleksu Deep Space Network. Agencja tymczasowo przeniosła personel stacji. Kontrolę operacyjną nad misjami przekazano 24 lipca 2026 kompleksowi Goldstone w Kalifornii, co na szczęście zapewniło nieprzerwaną łączność z sondami kosmicznymi.

Pożary zagrażają infrastrukturze kosmicznej

Podobnie jak półtora roku temu w przypadku innego obiektu NASA – siedziby Jet Propulsion Laboratory (JPL) w Pasadenie w Kalifornii, gdzie działa centrum kontroli sieci DSN – pożar ostatecznie zatrzymał się przed samym kompleksem. Wstępne raporty wskazują, że anteny i budynki pomocnicze obiektu ocalały, co pozwoliło NASA rozpocząć planowanie powrotu personelu, gdy tylko lokalne władze uznają teren za bezpieczny.

To już kolejna sytuacja, w której kluczowa infrastruktura DSN była zagrożona przez pożar. A to stawia poważne pytanie o bezpieczeństwo misji międzyplanetarnych.

Deep Space Network, czyli fundament łączności w kosmosie

Początki sieci sięgają stycznia 1958 roku, gdy JPL porozmieszczało przenośne stacje śledzenia radiowego w Nigerii, Singapurze i Kalifornii, do śledzenia satelity Explorer 1.

DSN składa się z trzech kompleksów naziemnych rozmieszczonych mniej więcej co 120° długości geograficznej, tak by obracająca się Ziemia zawsze utrzymywała łączność z sondą przez co najmniej jedną stację. Znajdują się w:

  • Goldstone (Kalifornia, USA)
  • Madrycie (a właściwie Robledo de Chavela pod Madrytem, Hiszpania)
  • Canberze (Australia)

Trójwęzłowa sieć zaczęła formalnie działać pod koniec 1963 roku. Kompleks madrycki powstał w 1964 roku, a jego lokalizację wybrano w rok wcześniej właśnie ze względu na idealne oddalenie od Goldstone i Canberry.

Wszystkie trzy kompleksy mają co najmniej cztery stacje, wyposażone w duże anteny paraboliczne i ultraczułe systemy odbiorcze zdolne wykrywać niezwykle słabe sygnały radiowe z odległych sond. Typowy skład kompleksu to dwie anteny o średnicy 34 m, jedna 26-metrowa i jedna 70-metrowa. Obecnie Madryt ma sześć anten, a Canberra buduje piątą.

Voyager 1 musi „dzwonić do domu”

Sieć łączy się z praktycznie wszystkimi aktywnymi misjami międzyplanetarnymi NASA i partnerów: łazikami marsjańskimi, Juno (Jowisz), sondami Voyager 1 i 2, misjami badającymi planetoidy, Parker Solar Probe, Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, a w przyszłości też misjami załogowymi (Artemis) i teleskopem Nancy Grace Roman.

To właśnie hiszpańska stacja pozwala na łączenie się z sondą Voyager 1, która znajduje się w rekordowej odległości ponad 38 miliardów km od Ziemi. Sygnał Voyagera jest na tyle słaby, że jego odbiór wymaga połączenia wszystkich sześciu anten pod Madrytem w jeden wirtualny odbiornik.

Ostateczny stan madryckich anten wciąż nie został formalnie potwierdzony, choć, jak wspomniano wyżej, wstępne raporty są optymistyczne. Obecnie NASA przełączyła łączność na Goldstone i Canberrę. Na szczęście sygnał nie został przerwany, ale sieć musiała rozłożyć cały ruch na dwa węzły zamiast trzech. Większość misji toleruje generowane przez to opóźnienia. Problemem jest właśnie kontakt z sondą Voyager 1.

Coraz mniejsza wydolność kosmicznej sieci

Dodajmy, że nawet przed pożarami w Hiszpanii DSN i tak była już przeciążona. Według audytu Inspektora Generalnego NASA z 2023 r., popyt na czas antenowy przewyższał podaż nawet o 40% w szczytowych okresach i ma sięgnąć 50% w latach 30. Do tego najsilniejsza antena w Goldstone (DSS-14) jest wyłączona od września 2025 r. po wypadku i wróci do pracy nie wcześniej niż w 2028 r.

Oznacza to, że z trzech anten 70-metrowych w całej sieci jedna jest uszkodzona, druga (w Canberze) przejmuje nadmiarowy ruch z Goldstone, a stan trzeciej, w Madrycie, wciąż nie jest potwierdzony.

Sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że pobliska stacja ESA Cebreros (część sieci Estrack), która teoretycznie mogłaby częściowo odciążyć sytuację dzięki umowie o wzajemnym wsparciu NASA-ESA, również została ewakuowana z powodu tego samego pożaru, więc i ta rezerwa z długości geograficznej Madrytu obecnie nie działa. Jeśli MDSCC jednak został uszkodzony, konsekwencji dla misji kosmicznych nie da się uniknąć.

Źródło: New Scientist

Nasza autorka

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka

Dziennikarka i pisarka zajmująca się tematyką popularnonaukową, głównie kosmosem. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, przygodę z mediami rozpoczęła ponad 20 lat temu w redakcji „Życia Warszawy”. Poza pisaniem o polskiej i światowej nauce na łamach „National Geographic” współpracuje m.in. z „Wysokimi Obcasami” i kilkoma magazynami premium. Współautorka trzech bestsellerowych książek: „Człowiek – istota kosmiczna”, „Kosmiczne wyzwania” i „Odważ się robić wielkie rzeczy”. Ambasadorka Śląskiego Festiwalu Nauki. Pracuje w Centrum Badań Kosmicznych PAN i współpracuje z polskim Obserwatorium Cerro Murphy w Chile (OCM), którym zarządza CAMK PAN.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...