Reklama

Spis treści:

  1. Młodość w Jaśle
  2. Szlak legionowy
  3. Walka o granice
  4. Dobrzański na salonach Europy
  5. Walki 1939–1940
  6. Ostatnia walka pod Anielinem

Jako jeden z najbardziej znanych oficerów regularnej armii, który nie złożył broni, Henryk „Hubal” Dobrzański stał się wyrzutem sumienia dla tych, którzy skapitulowali. Z kolei dla przyszłych pokoleń partyzantów stanowił największą inspirację. Choć pacyfikacje hubalowskie pozostają bolesną kartą w jego historii, sam major do końca wierzył, że walka mundurowa jest jedynym godnym sposobem reprezentowania Rzeczypospolitej.

Młodość w Jaśle

Henryk Dobrzański urodził 22 czerwca 1897 roku w Jaśle. Dom, w którym się wychował, od pokoleń był przesiąknięty wartościami patriotycznymi. Rodzina Dobrzańskich pieczętowała się herbem Leliwa, co w ówczesnej Galicji niosło ze sobą konkretne zobowiązania społeczne i moralne. Jego rodzice, Henryk i Maria z hrabiów Lubienieckich, dbali o to, by syn dorastał w atmosferze szacunku do historii Polski i tradycji rycerskiej. Jasło przełomu wieków było miastem, w którym wspomnienia powstań narodowych wciąż były żywe, co ukształtowało w młodym Henryku poczucie obowiązku wobec ojczyzny.

Edukacja Dobrzańskiego była typowa dla sfery społecznej, z której się wywodził. Rozpoczął od nauki domowej w ramach czteroklasowej Szkoły Ludowej, by później, po przeprowadzce rodziny do Krakowa, kontynuować edukację w tamtejszych szkołach realnych. Należy jednak wspomnieć, że bardziej niż przedmioty ścisłe i humanistyczne interesowała go kultura fizyczna.

W sprawozdaniach szkolnych figurował jako uczeń „uzdolniony”, choć jego ścieżka edukacyjna była przerywana. Ostatecznie zaliczył sześć klas siedmioletniej szkoły realnej. To właśnie w Krakowie, sercu polskiej kultury i kolebce ruchów niepodległościowych, Henryk zetknął się z Polskimi Drużynami Strzeleckimi. Wstąpienie do nich w 1912 roku, w wieku zaledwie 15 lat, było pierwszym krokiem na jego długiej drodze żołnierskiej.

Szlak legionowy

Gdy wybuchła I wojna światowa, Dobrzański był gotowym do walki siedemnastolatkiem. Nie czekając na formalne wezwania, w grudniu 1914 roku zameldował się na stacji zbornej Legionów Polskich w Krakowie. Został przydzielony do 2. Pułku Ułanów, formacji, która szybko zyskała miano jednej z najbitniejszych w polskim wojsku. Już w kwietniu 1915 roku otrzymał stopień kaprala, co świadczyło o jego szybkich postępach i naturalnych predyspozycjach dowódczych.

Służba w Legionach była dla niego doskonałą szkołą kunsztu kawaleryjskiego. Uczestniczył w krwawej bitwie pod Rarańczą, gdzie ułani musieli wykazywać się niezwykłą mobilnością i odwagą w starciu z regularnymi armiami mocarstw zaborczych. Po kryzysie przysięgowym w 1917 roku i buncie polskich oddziałów pod Rarańczą w lutym 1918 roku, Dobrzański znalazł się w grupie żołnierzy internowanych przez Austriaków. Trafił wówczas do obozu na Węgrzech. Należy jednak podkreślić, że ze swoją buntowniczą naturą nie mógł znieść życia w niewoli. Zdołał uciec. Po przedostaniu się do kraju kontynuował walkę.

Walka o granice

W listopadzie 1918 roku Dobrzański przeszedł do regularnej armii odrodzonej Rzeczypospolitej. W następnym miesiącu włączył się do walki o Lwów w dywizji płk. Władysława Sikorskiego. Dla młodego oficera był to prawdziwy chrzest bojowy, podczas którego musiał wykazać się samodzielnością w dowodzeniu odizolowanymi pododdziałami.

Jeszcze większym sprawdzianem okazała się wojna polsko-bolszewicka. Henryk Dobrzański służył wówczas w 2. Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich i brał udział w ofensywie kijowskiej. Na polu bitwy wykazał się ogromną odwagą, za co został czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Kulminacją uznania dla jego zasług bojowych było nadanie mu w 1921 roku Srebrnego Krzyża Orderu Wojennego Virtuti Militari.

Wojnę zakończył w stopniu porucznika, pełniąc funkcję adiutanta pułku. Był to czas, kiedy polska kawaleria święciła ostatnie wielkie triumfy.

Dobrzański na salonach Europy

W latach międzywojennych nie tylko pełnił służbę garnizonową, ale także rozpoczął błyskotliwą karierę sportową. W 1922 roku, już jako rotmistrz, zaczął intensywnie startować w krajowych zawodach hippicznych. Szybko okazało się, że jego talent jeździecki wykracza daleko poza przeciętność. Dwa lata później wszedł w skład reprezentacji Polski, która odniosła historyczny sukces w Nicei, zdobywając po raz pierwszy dla kraju Puchar Narodów. Sam Dobrzański wywalczył wówczas siedem nagród w różnych konkurencjach.

W kolejnych latach odnosił sukcesy na wszystkich najważniejszych arenach Europy. W 1925 roku, w Londynie, zajął pierwsze miejsce, zostawiając za sobą najlepszych jeźdźców świata. W swojej sportowej karierze zdobył łącznie 22 złote medale, 3 srebrne i 4 brązowe. Był zawodnikiem rezerwowym polskiej ekipy na Igrzyskach Olimpijskich w Amsterdamie w 1928 roku. Jego sukcesy sportowe miały ogromne znaczenie prestiżowe dla młodej Rzeczypospolitej.

Należy podkreślić, że dla Dobrzańskiego, sport nie był jedynie formą rozrywki. Trenując i startując w zawodach de facto doskonalił rzemiosło wojenne. Wyrażał przekonanie, że doskonałe opanowanie konia jest kluczem do sukcesu w kawaleryjskim starciu.

Służba pokojowa

Mimo intensywnej działalności sportowej, Dobrzański piastował ważne funkcje w strukturach Wojska Polskiego. W 1927 roku awansował na stopień majora. Służył kolejno w 18. Pułku Ułanów Pomorskich w Grudziądzu i 20. Pułku Ułanów w Rzeszowie, gdzie dowodził szwadronem. W latach 30. jego kariera zaczęła jednak zwalniać. Choć był doskonałym frontowcem i sportowcem, biurokracja wojskowa nie zawsze była jego mocną stroną.

W 1934 roku został odkomenderowany do 2. Pułku Strzelców Konnych w Hrubieszowie na stanowisko kwatermistrza. Funkcja ta, polegająca na zarządzaniu logistyką i finansami jednostki, wydawała się obca naturze zagończyka, jednak Dobrzański wywiązywał się z niej rzetelnie przez dwa lata. Następnie objął to samo stanowisko w 4. Pułku Ułanów w Wilnie. To właśnie w tym okresie, 31 lipca 1939 roku, w atmosferze zbliżającej się wojny, major Henryk Dobrzański został przeniesiony w stan spoczynku.

Walki 1939–1940

Gdy wybuchła II wojna światowa, Dobrzański nie zamierzał stać z boku i bezradnie przyglądać się rozwojowi wydarzeń. Już we wrześniu został zmobilizowany jako zastępca dowódcy 110. Rezerwowego Pułku Ułanów. Jednostka ta, pod dowództwem ppłk. Jerzego Dąbrowskiego, brała udział w walkach z sowieckim agresorem w rejonie Grodna i Wołkowyska. Po 17 września i agresji ZSRR sytuacja stała się beznadziejna. Pułkownik Dąbrowski wydał rozkaz rozwiązania pułku, jednak major Dobrzański podjął decyzję, która zaważyła na jego wiecznej sławie. Wraz z grupą ok. 180 ułanów odmówił złożenia broni. Podjął wówczas marsz w kierunku oblężonej Warszawy.

Oddział Wydzielony Wojska Polskiego

Po drodze, w okolicach Krubina, dotarła do nich wieść o kapitulacji stolicy. Wówczas Dobrzański wygłosił słynne słowa: „Broni nie złożę. Munduru nie zdejmę. Tak mi dopomóż Bóg!”. W gajówce Podgórze w Górach Świętokrzyskich, na początku października 1939 roku, przyjął pseudonim „Hubal” i sformował OWWP – Oddział Wydzielony Wojska Polskiego.

Pod wieloma względami była to formacja unikatowa. OWWP nie przypominało klasycznej partyzantki. Oddziałowi bliżej było do regularnej jednostki Wojska Polskiego, operującej w warunkach okupacji. Hubalczycy nosili mundury, przestrzegali regulaminów i zachowywali strukturę wojskową. Major wierzył, że jego oddział jest „nieprzerwanym ciągiem Armii Rzeczypospolitej” i musi dotrwać do wiosennej ofensywy aliantów w 1940 roku, która miała przynieść wolność. Wkrótce oddział rozrósł się do ponad 300 żołnierzy, budząc podziw cywilów i wściekłość Niemców.

Konflikt z ZWZ

Działalność Hubala szybko stała się problemem dla rodzącego się dowództwa Związku Walki Zbrojnej. Generał Stefan Rowecki „Grot” uważał, że istnienie umundurowanego oddziału w środku okupowanego kraju jest przedwczesne, niepotrzebnie prowokuje Niemców do represji i naraża siatkę konspiracyjną. Do „Hubala” wysłano ppłk. Leopolda Okulickiego z rozkazem rozwiązania oddziału.

Do spotkania doszło 13 marca 1940 roku, w Gałkach Krzczonowskich. Dobrzański stanowczo odmówił wykonania rozkazu. Ostatecznie doszło do kompromisu – oddział miał zostać zmniejszony, a przy majorze mieli pozostać jedynie ochotnicy niemogący wrócić do domów.

Pacyfikacje hubalowskie

Wiosna 1940 roku była czasem najbardziej intensywnych walk OWWP. Niemcy rzucili przeciwko Hubalowi ogromne siły – od 5 do 8 tys. żołnierzy SS i policji. 30 marca 1940 roku pod Huciskiem doszło do największej bitwy, w której hubalczycy pokonali niemiecki batalion policji i wyrwali się z okrążenia. Kolejne starcie nastąpiło 1 kwietnia pod Szałasami.

Niestety, sukcesy militarne Hubala miały swoją straszną cenę. Niemcy, w odwecie za pomoc udzielaną oddziałowi, rozpoczęli tzw. pacyfikacje hubalowskie. Między 30 marca a 11 kwietnia 1940 roku zaatakowali kilkadziesiąt wsi, mordując ok. 700 cywilów. Wsie były palone, a mężczyźni rozstrzeliwani w stodołach lub pod ścianami domów.

Ostatnia walka pod Anielinem

30 kwietnia 1940 roku, w pobliżu wsi Anielin, oddział liczący ok. 70 żołnierzy został wytropiony przez oddziały Wehrmachtu. Wróg otoczył zagajnik trzema pierścieniami wojsk. Podczas próby przedarcia się przez linię wroga, major Henryk Dobrzański został trafiony serią z karabinu maszynowego MG-34. Wraz z nim zginął jego luzak, kpr. Antoni Kossowski „Ryś”, i, według niektórych relacji, także wierny koń Demon.

Miejsce pochówku Henryka Dobrzańskiego jest jedną z największych niewiadomych polskiej historii współczesnej. Niemcy, chcąc uniknąć stworzenia miejsca kultu narodowego, postąpili ze zwłokami majora w sposób wyjątkowo perfidny. Ciało przewieziono do Tomaszowa Mazowieckiego, wystawiono na widok publiczny w koszarach, a następnie pochowano w nieznanym miejscu.

Nasz autor

Artur Białek

Współpracownik National-Geographic.pl. Wcześniej związany m.in. z redakcjami regionalnymi, technologicznymi i motoryzacyjnymi. Pisał dla tytułów takich jak: „Kulisy Powiatu”, „AndroidNow” (gdzie pełnił także funkcję redaktora naczelnego) i „Bezpieczna Podróż”. Z wykształcenia jest ekonomistą, ale bardziej z przypadku niż zamiłowania. Jego największą pasją są podróże, zwłaszcza do miejsc wysokich, stromych i skalistych. Niewiele brakuje mu do zdobycia Korony Gór Polski, ale jego ambicje sięgają dalej. Lepiej niż w otoczeniu betonu i wielkopłytowej zabudowy czuje się wśród drzew i gór, które są jego największą miłością (zaraz obok ekosystemów leśnych), a obiektyw jego aparatu woli architekturę zabytkową niż nowoczesną. Najbardziej interesuje go historia współczesna, jako ta najlepiej poznana i pozostawiająca najmniej znaków zapytania. Wszystkie zwierzęta uważa za równorzędnych mieszkańców Ziemi. Zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, w „National-Geographic.pl” pisze przede wszystkim o przyrodzie i historii. Zagorzały przeciwnik betonozy. Prywatnie opiekun dwóch wspaniałych gryzoni.
Reklama
Reklama
Reklama