Reklama

Spis treści:

Pierwszy dzwonek to sygnał końca lata. Przez dekady utrwaliło się przekonanie, że ten powakacyjny harmonogram to dziedzictwo epoki agrarnej, mające pozwalać wiejskim dzieciom na wcześniejszą pomoc przy zbiorach.

Prawda jest jednak taka, że kształtowanie się dzisiejszego kalendarza edukacyjnego było długim procesem administracyjnym, a wbrew powszechnemu przekonaniu letnia przerwa wcale nie wywodzi się z potrzeb rolnictwa. Aby zrozumieć, dlaczego polscy – i szerzej, zachodni – uczniowie wracają do szkół właśnie we wrześniu, musimy cofnąć się do XIX i początków XX wieku.

Semestr zimowy i letni, czyli obalamy rolniczy mit

Polscy włodarze w czasach komunizmu powtarzali, że wakacje to „dziedzictwo gospodarki rolnej”. To dosyć atrakcyjna – trzeba przyznać – ale błędna teoria. Amerykański historyk edukacji, dr Kenneth Gold, udowadnia, że to kompletny mit. Bo z perspektywy kalendarza rolniczego lato było okresem relatywnego spokoju.

W rzeczywistości na dawnej wsi dzieci były najbardziej potrzebne wiosną (podczas wzmożonych zasiewów) oraz jesienią. To właśnie wtedy najczęściej omijały zajęcia. Doskonałym polskim przykładem są słynne jesienne wykopki, które przez całe dekady, nawet w czasach PRL, masowo odciągały młodzież od wrześniowych i październikowych lekcji.

W XIX wieku historyczny kalendarz szkół wiejskich często obejmował dwa krótkie semestry: zimowy i... letni. Dzieci uczyły się zatem w środku lata, kiedy prace na polach nie wymagały aż tylu rąk do pomocy. Nazwy semestrów zostały przecież z nami do dzisiaj.

W miastach trzeba było uciekać przed upałem

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w rozwijających się miastach, do których w epoce rewolucji przemysłowej masowo ciągnęli ludzie. W XIX-wiecznych metropoliach – w gęsto zabudowanej Warszawie czy przemysłowej Łodzi – edukacja nie była jeszcze powszechnym obowiązkiem, a szkoły pracowały niemal bez przerw. Dzieci przychodziły na lekcje po prostu wtedy, kiedy mogły. Skąd więc wzięła się długa letnia przerwa? Zadecydowała o niej ucieczka przed miejskim skwarem.

W czasach przed upowszechnieniem kanalizacji i wywozu nieczystości, nagrzane słońcem, betonowe miasta bywały latem nie do zniesienia. Zaduch potęgował ryzyko wybuchu epidemii cholery czy tyfusu. Zamożniejsi mieszczanie, a z czasem również przedstawiciele rosnącej klasy średniej, zaczęli masowo wyjeżdżać na tzw. letniska – do podwarszawskiego Otwocka, Konstancina czy zakopiańskich uzdrowisk – by przeczekać najgorsze upały i zadbać o zdrowie. Duszne, nagrzane sale lekcyjne po prostu świeciły pustkami. Szybko zrozumiano, że organizowanie zajęć w najgorętszych miesiącach roku nie ma absolutnie żadnego sensu i zaczęto odgórnie zawieszać działalność szkół na czas lata.

Standaryzacja i polska droga do 1 września

Pod koniec XIX i na początku XX wieku reformatorzy oświaty postanowili uporządkować system. Nowoczesna biurokracja wymagała jednego kalendarza. W Polsce ten proces był szczególnie skomplikowany – po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku młode państwo polskie musiało scalić trzy zupełnie różne systemy oświatowe odziedziczone po zaborcach (rosyjskim, pruskim i austriackim). Obowiązek szkolny został uchwalony 7 lutego 1919 r.

Wybór 1 września na start nauki, mocno ugruntowany w reformach dwudziestolecia międzywojennego i ostatecznie zabetonowany przepisami w czasach PRL, był pragmatycznym kompromisem. Pozwalał na zsynchronizowanie rytmu szkół z nowoczesnym rytmem administracyjnym państwa. Niestety, badania pokazują, że tak długa przerwa prowadzi dziś do zjawiska tzw. „letniego regresu” (ang. summer slide), w trakcie którego najmłodsi zapominają materiał odpowiadający nawet miesiącowi nauki. Z tego powodu na zachodzie coraz częściej dyskutuje się o edukacji całorocznej. Np. w Wielkiej Brytanii przerwa letnia jest dużo krótsza.

Dlaczego nie mamy jednego światowego kalendarza?

Choć system oparty na letnich wakacjach zakorzenił się u nas bardzo mocno, na świecie nie istnieje jeden globalny harmonogram szkolny. Rytm nauki zależy od klimatu, szerokości geograficznej, a nierzadko od uwarunkowań kulturowych. Jak to wygląda na świecie?

  • Południowo-wschodnia część globu (styczeń i luty): W Australii, Nowej Zelandii czy RPA rok szkolny zaczyna się tuż po Nowym Roku. To przez to, że przełom stycznia i lutego w tej części świata to koniec upalnego lata.
  • Ameryka Południowa (marzec): W Argentynie czy Chile powrót do ławek przypada na marzec, co zbiega się z nadejściem tamtejszej jesieni.
  • Japonia (kwiecień): Ten termin ma głęboką symbolikę. Kwietniowy start nauki zbiega się z kwitnieniem wiśni (sakura), co dla Japończyków oznacza nowe życie i piękny początek.

Wrześniowy pierwszy dzwonek to zatem kombinacja różnych okoliczności – zebrała się na niego chęć ucieczki przed upałami w miastach i urzędniczej standaryzacji nowoczesnych państw (w tym odrodzonej Polski). Z historyczną rola żniw nie ma on jednak wiele wspólnego.

Źródło: PBS, NPR, The New York Times, culture.pl

Szukasz więcej inspirujących podróży, fascynujących odkryć i opowieści ze świata nauki? Skorzystaj ze specjalnej oferty prenumeraty magazynów National Geographic Polska i National Geographic Traveler.

Nasz autor

Jonasz Przybył

Redaktor i dziennikarz związany wcześniej m.in. z przyrodniczą gałęzią Wydawnictwa Naukowego PWN, autor wielu tekstów publicystycznych i specjalistycznych. W National Geographic skupia się głównie na tematach dotyczących środowiska naturalnego, historycznych i kulturowych. Prywatnie muzyk: gra na perkusji i na handpanie. Interesuje go historia średniowiecza oraz socjologia, szczególnie zagadnienia dotyczące funkcjonowania społeczeństw i wyzwań, jakie stawia przed nimi XXI wiek.
Jonasz Przybył
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...