Być może wywodzą się z rzadkiej i nieuleczalnej wrodzonej choroby zwanej hipertrichozą, objawiającej się obfitym owłosieniem całej twarzy i górnej połowy ciała. W 1995 r. odkryto zmutowany gen wywołujący skrajną postać hipertrichozy, tzw. zespół wilkołaka. Choroba występuje skrajnie rzadko, od średniowiecza do dziś odnotowano zaledwie 50 przypadków. Pierwszym chorym, którego opisano, był Petrus Gonzales (1537–1618). Z powodu niezwykłego wyglądu znalazł on zatrudnienie na dworze króla francuskiego Henryka II jako błazen. Pięcioro dzieci Gonzalesa odziedziczyło po nim chorobę.
 

Wyjący lunatycy
 

Ponieważ hipertrichoza jest tak rzadka, nie może być jedynym źródłem 30 tys. relacji o spotkaniach z wilkołakami w latach między 1500 a 1700 rokiem.

Twierdzono, że wilkołaki zabijają i zjadają małe dzieci, a także że mają związek z epidemiami, które dziesiątkowały wówczas ludność Europy.

Być może inną z chorób, która przyczyniła się do opowieści o wilkołakach, była wścieklizna. Groźny wirus, którym można się zarazić po ukąszeniu przez chore zwierzę, atakuje mózg i skłania ofiarę do kąsania następnych zwierząt.

Wścieklizna szerzyła się zwłaszcza w XVIII w. I tak np. – jak pisze Matt Kaplan w książce The Science of Monsters (Nauka o potworach) – w 1738 r. we Francji jeden wściekły wilk pogryzł 70 osób. Można sobie wyobrazić, że powszechny strach przed chorymi na wściekliznę przekształcił się w mające stanowić przestrogę opowieści o krwiożerczych potworach.

Ponadto niektórzy zaczynali wierzyć, że sami stają się wilkołakami – to objaw rzadkiego schorzenia psychicznego zwanego likantropią. Jeden z chorych na tę przypadłość, XVI-wieczny chłop niemiecki Peter Stubbe, zamordował brutalnie 13 osób. Twierdził, że otrzymał od diabła czarodziejski pas, który zamieniał go w wilka.

Choroby zakaźne, zmutowane geny i zaburzenia psychiczne – wszystkie razem złożyły się na szerzące się w dawnej Europie lęki przed wilkołakami. Dziś historie o wilkołakach są pożywką dla popkultury.