Jon Witman sprawdza ustnik aparatu tlenowego, poprawia płetwy i przewrotem do tyłu ląduje w Pacyfiku u brzegów wyspy Beagle. To jedna z ponad setki skał, wysepek i wysp tworzących archipelag Galapagos, leżącą na równiku prowincję Ekwadoru. Fala odbija się od brzegu i powraca do źródła pod białą flagą piany. Na skalnej półce poza zasięgiem rozbryzgów głuptaki niebieskonogie przedreptują z łapy na łapę. Na skałach pod nimi właśnie wybuchła sprzeczka między dwoma uszankami galapagoskimi. Cała scenka wygląda dokładnie tak jak wtedy, gdy przed niemal 200 laty dopłynął tu Darwin. Te stworzenia, perfekcyjnie dostosowane do panujących na tych wyspach trudnych warunków, wydają się zdolne przetrwać wszystko, nawet sam czas. Nagle na powierzchnię wypływa Witman.

– Zaczyna się – oznajmia z grymasem na ustach i ponownie znika w falach. Nurkuję za nim. Pięć metrów pod powierzchnią pokazuje mi koralowiec madreporowy Porites lobata. Powinien przypominać zielonomusztardową pagodę, tymczasem jaśnieje bielą na tle pokrywających dno wściekle różowych i jadowicie zielonych sąsiadów. Bieleje w reakcji na zbyt ciepłą wodę. Niedługo umrze.

Witman i jego współpracownicy poszukują zmian w miejscach takich jak wyspa Beagle. Nietrudno je znaleźć. Pomiary temperatury podgrzewają lokalną atmosferę dosłownie i w przenośni. W roku 2016, w trakcie najintensywniejszego El Niño ostatnich dwóch dekad, woda w miejscach, gdzie nurkowali, miewała 31°C. (Przeciętne temperatury wody w rejonie Galapagos były o ponad 2°C wyższe od średniej wieloletniej). Witman, który od 40 lat bada przybrzeżne ekosystemy od Wyspy Wielkanocnej po zatokę Maine, obawia się, że ten bielejący koral może zwiastować nasilającą się w kolejnych latach epidemię.

 Archipelag galapagos to 13 większych wysp, na których Darwin w 1835 r. rozpoczął obserwacje zięb, a właściwie kłowaczy (Camarhynchus), co w efekcie doprowadziło go – i nas wszystkich – do odkrycia, jak zmieniało się życie na Ziemi. Jego dzieło O pochodzeniu gatunków podważyło niemal wszystko, w co wierzy współczesny człowiek – pisał biolog ewolucyjny Ernst Mayr.

Na pozór całkowicie odizolowane, wyspy Galapagos nie są jednak nieczułe na wpływy: zmiany klimatu wdzierają się do kolebki teorii ewolucji. Ucierpieć na tym mogą tak ikoniczne gatunki, jak słynne żółwie, zięby, głuptaki i morskie legwany. Ekosystemy, które nauczyły świat, czym jest naturalna selekcja, mogą przekazać nam dziś kolejną lekcję. – Galapagos – twierdzi Witman
– to fantastyczne laboratorium, w którym można śledzić odpowiedź gatunków na zmiany klimatu.

Zanim stały się wyspami Galapagos, znane były jako Las Encantadas – „wyspy zaczarowane” – wątłe skrawki lądu w koronkach z piany, z wypływającą z głębin ziemi lawą i mnóstwem dziwacznych zwierząt. Nie przyznają się do nich ani ludzie, ani wilcy – pisał Herman Melville. Podstawowym dźwiękiem tutejszego życia jest syk.

Wielorybnicy wrzucali syczące żółwie do ładowni jako pożywienie, napełniali beczułki pitną wodą i płynęli dalej. Jeśli chodzi o dziwaczność, mieli rację: odcięta od lądu Ameryki Południowej jakimś tysiącem kilometrów wody tutejsza natura zdziwaczała. Przetrwały tylko nieliczne spośród zwierząt, które przebyły długą drogę ze stałego lądu. Te, którym się to udało, przystosowując się do warunków panujących na każdej z wysepek, wyewoluowały w różniące się od siebie formy. Pozostałe po prostu wyginęły.

W dobie ocieplania się klimatu pracujący dla Brown University Witman i inni badacze próbują zrozumieć, jak wyglądać będzie przyszłość tego regionu. Być może nigdzie indziej na Ziemi cykl życia i śmierci nie zależy w takim stopniu od klimatycznych zdarzeń w rodzaju El Niño i La Niña – sytuacji, gdy zmiany temperatury, opadów i prądów morskich wywołują tak uderzające fluktuacje pogody i dostępności pożywienia zarówno w wodzie, jak i na lądzie. Jak się zaś sądzi, zmieniający się klimat będzie nasilał częstotliwość El Niños z ulewnymi deszczami; zamiast raz na mniej więcej 20 lat można się ich będzie spodziewać co dekadę. Według Andrew Wittenberga, fizyka pracującego dla NOAA (Amerykańska Narodowa Służba Oceaniczna i Meteorologiczna). modele przewidują, że ocean w pobliżu równika będzie się ocieplać nieco szybciej niż pozostałe tropikalne wody Pacyfiku. Podniesie się też poziom mórz; według niektórych prognoz do 2100 r. nawet o 55–76 cm. Eksperci sądzą także, że ocieplające się wody w porze chłodnej mogą zmniejszać intensywność gęstej mgły, która od jakichś 48 tys. lat spowija wyżyny Galapagos. To byłaby katastrofa dla organizmów, których życie zależy od tej mgielnej wilgoci. Z drugiej strony w miarę jak oceany pochłaniają wytwarzany przez ludzkość dwutlenek węgla, wyspy Galapagos będą cierpieć wskutek zakwaszenia wody: dojdzie do rozpuszczania węglanowych szkieletów koralowców i mięczaków, co może porwać cały łańcuch pokarmowy.