Każda gwiazda na niebie oznacza członka plemienia Tarahumara, którego dusze – trzy w przypadku mężczyzn i cztery w przypadku kobiet, dawczyń nowego życia – zaznały wreszcie wiecznego spoczynku. Tego właśnie można się dowiedzieć od antropologów i misjonarzy na temat wierzeń Tarahumara (sami siebie nazywają Rarámuri) – plemienia zamieszkującego kaniony na północy gór Sierra Madre Zachodniej, gdzie pojawili się pięć wieków temu, szukając schronienia przed hiszpańskim najazdem.

Hiszpanie nie dość, że przywieźli ze sobą broń palną i konie, to jeszcze mieli niepokojący obyczaj zapuszczania bród. To właśnie dzięki nim powstało w mowie Rarámuri słowo chabochi, oznaczające każdego, kto nie należy do Tarahumara. Określenie to nie ma zabarwienia pejoratywnego, służy jedynie do wyraźnego oddzielenia swojego świata od świata obcych. Dosłowne tłumaczenie, sięgające o wiele dalszych czasów niż współczesne stosunki Tarahumara z resztą populacji Meksyku, brzmi: „człowiek z twarzą ukrytą w pajęczynie”.

Tarahumara to skryci, cisi ludzie ceniący samotność. Mieszkają w domach z suszonej cegły lub drewna, bywa również, że osiedlają się w jaskiniach lub pieczarach. Na swoich uprawianych tradycyjnymi metodami poletkach hodują kukurydzę, wykorzystywaną między innymi do produkcji alkoholu, podawanego podczas szczególnie uroczystych okazji w wydrążonych tykwach przechodzących z rąk do rąk. Żyjąc od pokoleń pośród rozległej sieci ścieżek umożliwiających poruszanie się po górskich kanionach, Rarámuri odznaczają się ogromną biegową wytrwałością; sama nazwa plemienia oznacza „biegacza” lub „niestrudzonego wędrowca”. Są w stanie wyprowadzić z równowagi najlepszych amerykańskich maratończyków, bo mimo częstych przerw na papierosa i przyzwyczajenia do biegania w sandałach z plecionki wygrywają z nimi bez najmniejszego wysiłku.

Pracę uznają za konieczność, nie przydają jej jednak żadnej dodatkowej wartości i traktują jako mniej istotną od zagadnień związanych z duchowością. Ich system handlu opiera się na wymianie, nie na pieniądzach. Kórima to nieprzetłumaczalne słowo z ich języka, opisujące zwyczaj dzielenia się, które cudzoziemiec może usłyszeć z ust Indianki Tarahumara wyciągającej ku niemu dłoń po jałmużnę. Nie należy wtedy oczekiwać podziękowania za ofiarowaną monetę, jednakże kórima nakłada na obdarowanego obowiązek dzielenia się własnością dla dobra całego społeczeństwa.

Uwielbiają zajadać się japońskimi zupkami błyskawicznymi Maruchan opakowanymi w naczynia z plastiku. Lubią także chipsy, coca-colę w butelkach i puszkowane piwo Tecate. Można spędzić sześć godzin w ciężarówce przemierzającej najgłębsze rozpadliny kanionów, wspinającej się po serpentynach żwirowych dróg przyczepionych do stromych zboczy i doczekać chwili, gdy wreszcie samochód pokona ostatnie wzniesienie. Słychać już odległe dźwięki rytualnych bębnów, nad dymiącymi kominami wioski Tarahumara słońce chyli się ku zachodowi, a na poboczu leżą plastikowe butelki i zgniecione opakowania po zupie. To pozwala utrzymać w ryzach nadmiernie romantyczne wyobrażenia o życiu Indian, jakie często mają chabochi. Jak wynika z ostatnich rządowych spisów, na terenie Meksyku mieszka 106 tys. Tarahumara, co czyni z nich jedną z największych grup rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Większość z nich wciąż żyje w sporym oddaleniu od reszty społeczeństwa, na ziemiach, które władze Meksyku próbują promować pod nazwą Miedziany Kanion, ale zarówno nazwa, jak i obraz mieszkańców prezentowany w przewodnikach turystycznych (wiodą proste życie pozbawione zdobyczy współczesnych technologii – tyle można się dowiedzieć z jednozdaniowego opisu) wprowadzają pewne nieporozumienie.

Sam Miedziany Kanion na przykład, zwany również Barranca del Cobre, to tak naprawdę tylko jeden z 12 olbrzymich kanionów w tej części Sierra Madre. Kilka z nich jest głębszych od Wielkiego Kanionu w USA. Jednak handel chabochi, zarówno legalny, jak i nielegalny wdarł się już wszędzie. Przemysł narkotykowy w coraz większym stopniu wykorzystuje te rozpadliny do tworzenia nielegalnych plantacji opium i marihuany, zawłaszczając ziemię, na której dotychczas Tarahumara uprawiali kukurydzę, fasolę i dynie. Wysiłki rządu mające na celu doprowadzenie dróg i budowę szkół na tych terenach sprowadziły także tanią tequilę, uzbrojonych bandytów i cały chatarra (określenie używane przez Meksykan na fast foody) piętrzący się na stosach w prowizorycznych sklepach pozbawionych elektryczności.

Na tradycyjny strój męski Tarahumara składają się szerokie opaski na głowę i przepaski biodrowe; nawet zimą Indianie chodzą z gołymi nogami. Jednak dziś wielu z nich woli dżinsy i kowbojskie kapelusze, skórzane buty ze szpicem oraz dopasowane paski. Większość kobiet wciąż nosi wielobarwne opaski na głowach i długie plisowane spódnice ozdobione kwiatowymi wzorami, zebrane w pasie na wzór muszli i udrapowane niczym zasłony. Są jednak również takie, które chodzą w dżinsach.