Antarktyda – i szerzej Antarktyka – kojarzy nam się z bezkresną bielą, kilometrami płaskiego krajobrazu aż po horyzont, lodowymi klifami w miejscach, gdzie kończy się lądolód, a zaczyna ocean. Poza nielicznymi gatunkami zwierząt na wybrzeżach, to z pozoru całkowicie pusty świat. Przeogromna przestrzeń, w której nieliczne bazy naukowe dzieli od siebie tysiące kilometrów.

Ten obraz został utrwalony na tysiącach zdjęć Antarktyki. Nie przekazuje on jednak pełnej prawdy o tej zagadkowej części Ziemi. Od pewnego czasu naukowcy zdają sobie sprawę, że pod lodami Antarktyki mogą się kryć sekrety, o których się nikomu nie śniło. Takie jak podziemne rzeki ze słodką wodą oraz jeziora i zatoki, których nigdy nie widziały ludzkie oczy.

Jak znaleźć coś, co kryje się kilometry pod lodem?

Poszukiwanie podziemnego świata Antarktyki to zajęcie niełatwe. Pierwszym krokiem jest analiza zdjęć satelitarnych. W 2020 r. Huw Horgan, glacjolog z Uniwersytetu Te Herenga Waka – Victoria w Wellington, przeglądał fotografie satelitarne Lodowca Szelfowego Larsena.

Lodowiec szelfowy to brzeżna część lądolodu, której górna część unosi się na wodzie, a dolna ukryta jest pod jej powierzchnią. Lodowiec Szelfowy Larsena przylega do wschodniego wybrzeża Półwyspu Antarktycznego.

Na jednym ze zdjęć Horgan wypatrzył długie zagłębienie. Depresja była znakiem, że pod lodem znajduje się podziemna rzeka. Rok później na Antarktykę udała się wyprawa naukowa, której celem było zajrzenie do nieznanego wcześniej świata.

Pół kilometra w głąb lodu

Naukowcy najpierw musieli jednak znaleźć miejsce uwidocznione na zdjęciach satelitarnych. W terenie okazało się to trudne, ponieważ depresja manifestowała się ledwie lekkim nachyleniem lodowego stoku. Ostatecznie wyprawa wypatrzyła zagłębienie, rozłożyła obóz i zaczęła wiercenie w lodzie (z pomocą gorącej wody).

Po przewierceniu pół kilometra lodu naukowcy natrafili na potężną jaskinię zalaną wodą. Ocenili, że ma ona setki metrów wysokości. Spuścili do niej kamerę – i wtedy spotkała ich niespodzianka.

Uznaliśmy z początku, że kamera się zepsuła – mówi Craig Stevens, jeden z naukowców uczestniczących w ekspedycji, w wywiadzie dla „The Guardian”.

Na obrazie przesłanym na powierzchnię pojawiły się setki małych rozmazanych plamek. Dopiero po poprawieniu ostrości badacze zorientowali się, że widzą gromady obunogów. Są to kilkumilimetrowe skorupiaki przypominające krewetki.

– To było jak dotarcie do ukrytego świata – wspomina Horgan. – Skakaliśmy z radości – wtóruje mu Stevens. – Zobaczenie tych wszystkich organizmów oznaczało, że pod lodem istnieje cały złożony ekosystem – mówi naukowiec.

Rzeki płynące w kilku kierunkach

Nie był to koniec zaskoczeń. Badając jaskinię, naukowcy spostrzegli, że jej sufit jest ukształtowany zupełnie inaczej niż przypuszczali. Spodziewali się, że będzie płaski i gładki, tymczasem okazał silnie pofałdowany. Im wyżej, tym jaskinia robiła się też szersza.

Niespodzianką okazał się również ruch wody w jaskini. Pomiary wykazały, że wypełniająca pieczarę woda składa się z czterech–pięciu warstw płynących w różne strony. – To zmienia naszą dotychczasową wiedzę i modele tych środowisk – przyznaje Stevens. – Będziemy musieli dopiero wyjaśnić, co to oznacza.

Naukowcy poczynili jeszcze jedną ciekawą obserwację. Ich ekspedycja miała miejsce w czasie wybuchu wulkanu Hunga Tonga-Hunga Ha’apai. Okazało się, że skutki wybuchu zarejestrowały czujniki znajdujące się w podlodowej jaskini. – Do erupcji doszło tysiące kilometrów dalej, a mimo to zdołaliśmy ją wykryć – mówi Stevens. – To nadzwyczajne przypomnienie, jak połączone ze sobą są wszystkie systemy naszej planety – dodaje badacz.


Źródło: The Guardian.