Z Akiko Miwa, Japonką osiadłą na Podhalu, rozmawia Marek Tomalik

 

Czy to prawda, że w Tokio jest tak ciasno, że ludzie na ulicy muszą chodzić bokiem?
Ludzie chodzą normalnie (śmiech). Ale jak wracam do Japonii, do dużych miast, doświadczam potoków ludzi płynących śpiesznie np. do pracy. Aż mi się w głowie kręci, jakbym znajdowała się na statku. To naprawdę męczące. Muszę co chwilę spoglądać do góry, aby uwolnić się od tego obrazu. Wcześniej inaczej to odbierałam.

Interesowałaś się naszym krajem jeszcze w Japonii?

Temat Polski przewijał się w książkach, które czytałam. Wiele z nich mówiło o obozie w Oświęcimiu – były to głównie pozycje Wiktora Frankla, austriackiego psychologa, więźnia obozów koncentracyjnych. Interesowało mnie, jak człowiek może zachować godność w skrajnych sytuacjach. Jednak wtedy nie miałam jeszcze pojęcia o historii Polski. Kiedyś odwiedziłam moją siostrę w Los Angeles. I tam w czasie Bożego Narodzenia poznałam polską rodzinę. Święta te zapamiętałam jako czas śpiewania kolęd, co bardzo mi się podobało. Kolędom towarzyszyły opowieści o Polsce, o tym, jak trudno się tam żyje, że w ciągu dnia można zarobić równowartość jednego dolara.

Podobały Ci się kolędy? Czy jesteś chrześcijanką?

Jestem protestantką. Chrześcijaństwo w moim kraju wyznaje nie więcej niż 1 proc. ludzi. Większość Japończyków deklaruje przynależność do jednej z wielu szkół buddyjskich. Zawsze podobał mi się szintoizm [tradycyjna religia Japonii, najgłębiej ze wszystkich osadzona w życiu i tradycji jej mieszkańców] – kamień, skała, drzewo, rzeka są święte i ty sam jesteś sobie bogiem. Szacunek do natury jest w Japonii bardzo silny.

Co robiłaś przed przyjazdem do Polski?

Mieszkałam w Ariake. W Tokio dzieci chorowały na astmę, więc przeprowadziliśmy się do Nagano. Tam było lepsze powietrze i smaczniejsza woda. Kupiliśmy ziemię, wybudowaliśmy domek i nabyliśmy prawa do korzystania z wód gorącego źródła. Każdego wieczora spędzaliśmy przy nim dużo czasu – piliśmy wodę, kąpaliśmy się. Pracowałam jako nauczycielka, robiłam witraże, które po pewnym czasie zaczęły się świetnie sprzedawać, handlowałam biżuterią. W Japonii nie czułam się spełniona, drażniło mnie to, że wszystko jest tam takie poukładane. Kobieta 55-letnia przechodzi na emeryturę i czeka ją pustka.

 

 



Od jak dawna mieszkasz w Polsce?

Do Polski przyjechałam w 1989 r., po rozwodzie. Najpierw trafiłam do Warszawy, gdzie mój znajomy, profesor z Japonii, pracował na uniwersytecie. I to on tak naprawdę zaraził mnie Polską. Myślałam, że zostanę tu dwa–trzy lata. Zaczęłam od nauki języka w studium dla obcokrajowców. Profesor nie polecał mi Łodzi, więc za jego namową wybrałam Kraków.

Jak odkryłaś Harklową?

W Krakowie zaprzyjaźniłam się z moją imienniczką, Akiko, studentką filozofii, która zabrała mnie do sąsiedniej Łopusznej. Tam poznałam osobę rodem z Nowego Targu, której rodzice mieli w Harklowej dom letniskowy. Podczas spaceru – to było w zimie – weszliśmy na górę, na której stoi teraz mój dom. Natychmiast się w tym miejscu zakochałam! Wielka łąka i wspaniała panorama Tatr widoczna z otuliny Gorczańskiego Parku Narodowego. Już wtedy podjęłam błyskawiczną decyzję o budowie domu. A przecież nawet nie wiedziałam, czy uda mi się kupić ziemię i czy to w ogóle możliwe… Postanowiłam zostać w Polsce, za wszelką cenę. Bardzo szybko zachwyciłam się góralską naturą, mentalnością, tutejszą tradycją. Wcześniej sporo podróżowałam. Byłam w Anglii, Szwajcarii, we Francji, w Holandii, Norwegii – i nigdzie nie znalazłam tej sympatyczności w krajobrazie i ludziach, co tutaj, w Harklowej. Jest to „coś” w tym miejscu.

Widząc te góry, nie miałaś skojarzeń z Japonią?

Oczywiście, że miałam – z wyspą Hokkaido. Bardzo lubię chodzić po górach. Gdy moje córki miały 5 i 7 lat, często wędrowałyśmy szlakami wytyczonymi w Alpach Japońskich w Nagano na wyspie Honsiu, docierałyśmy na wysokość aż 3 000 m.

Jak się zabrałaś do budowy w tak dzikim terenie?

Przez znajomą poznałam syna słynnego filozofa Romana Ingardena, który był architektem i to on zaprojektował mój pensjonat. Nie wiedziałam jednak, co znaczy budowanie w miejscu, do którego nie prowadzi żadna droga. Do wsi jest stąd 3,5 km. Dojazd został poprowadzony leśnym żlebem, wydrążonym specjalnie na głębokość półtora metra. Na początku nie miałam żadnego pojęcia o budowie domu. Dopiero gdy zostały wykopane fundamenty – chwyciłam się za głowę. Pojawiły się problemy, głównie z transportem materiałów. Kupiłam traktor i samochód terenowy. Cały czas pracowałam fizycznie, woziłam żwir, kamienie i wszystko to, co było potrzebne. Budynek musiał być utrzymany w stylu góralskim, dlatego zdecydowałam się kryć dach gontem. Ponadto musiał mieć własną oczyszczalnię ścieków.

Jak patrzyli na Ciebie górale?

Podziwiali mój upór i siłę w pokonywaniu trudności, pomagali. Myślę, że są to wspólne cechy moje i górali. Mówią o mnie, że mam duszę mężczyzny. Z kolei japońskie kobiety z tutejszymi łączy pracowitość. Oczywiście miałam chwile zwątpienia, swego czasu permanentnie. Ale utopiłam już tyle pieniędzy, że nie było odwrotu. Musiało się udać. Miałaś przywilej nadania swojemu przysiółkowi nazwy geograficznej. Tak, nazwałam to miejsce Ariake. Miejscowe władze były temu przychylne. Wcześniej mieszkałam w Ariake, urodziłam się koło morza Ariake, gdzie doki portowe budował mój ojciec. Jest także święta góra o tej nazwie, wszystko na wyspie Honsiu. Dla Japończyków słowo ariake oznacza też chwilę, kiedy księżyc świeci jeszcze czysto, choć już za moment zacznie się wschód słońca – czyli przedświt.

 

 



Twój pensjonat jest bardziej znany w Japonii niż w Polsce.

W to niedostępne miejsce przyjeżdżają goście z różnych stron świata, często osoby znane. Na dole zostawiają nie tylko swoje samochody, ale też troski. U mnie żyje się innym rytmem, niezależnie od tego, czy spędza się tu tylko weekend, wakacje, czy całe życie.

I żyje Ci się tutaj lepiej niż w Japonii?

Lubię tutejszy klimat i to miejsce. Gdybym mieszkała w mieście – na pewno nie byłabym szczęśliwa. Ale samo życie jest tutaj cięższe.

Gdzie jest Twoja ojczyzna? Czy możesz już powiedzieć, że jesteś stąd?

Tak myślę, chociaż jeszcze nie do końca. Pół życia spędziłam w Japonii i mam z nią stały kontakt. Jeżdżę tam co najmniej raz w roku.

Do Harklowej zaprosiłaś chór z Tokio, zorganizowałaś również Święto Kwitnącej Wiśni, a także Tęczę nad Podhalem, czyli Święto Latawca.

Próbuję tu krzewić japońską kulturę, sztukę, kuchnię. Chcę pokazać te dobre strony Japonii. Ale najbardziej zależy mi na zaprezentowaniu Polski w Japonii, ponieważ uważam, że Japończycy mogą się od Polaków wiele nauczyć. Macie dużo wyższą kulturę, sztukę, muzykę. Nawet edukacja znajduje się u Was na wyższym poziomie.

Jesteś bardzo mocno zaangażowana w życie wsi.

Jestem Harklowianką. Jeszcze w Japonii uczestniczyłam w pracach samorządów lokalnych. Zawsze miałam szacunek dla rolników. Ci ludzie bardzo ciężko pracują i oczekują wsparcia. Sama promuję technologię efektywnego wykorzystania mikroorganizmów [tzw. Technologia TM]. Od trzech lat jestem rolnikiem ekologicznym na skromnym areale 1,85 ha. Prowadzę własne gospodarstwo, mam dwie owce, kozę i kury, które dają bardzo dobry nawóz.

Niedawno założyłaś Polsko-Japońskie Stowarzyszenie na Rzecz Regeneracji Środowiska „Tęcza”. Co chcesz dzięki niemu osiągnąć?

Coś trzeba po sobie pozostawić. Bo co ja mogę zrobić w Polsce dla Polski? Tak długo już tu mieszkam… Japońska filia Stowarzyszenia działa w Tokio i liczy ok. 60 osób. Ekologia, sztuka, nauka i sport – wszystkiego po trochu, ale małymi krokami. Na pewno chcę szerzyć świadomość ekologiczną. I zachęcam do działania w stowarzyszeniu inne osoby – ale na razie idzie z tym jak po grudzie. Ludzie nie chcą tracić energii na takie rzeczy. Niewiele osób myśli o pracy. Gdy w zeszłym roku w październiku na lotnisku w Nowym Targu zorganizowałam Święto Latawca pod hasłem One Sky, One World, ludzie pytali mnie o cel tego przedsięwzięcia, uśmiechali się i dziwili. A przecież wystarczyło spojrzeć na dzieci, jak patrzą w niebo, by się przekonać, że już to samo w sobie stanowi sens… W tym roku będę się zmagać ze sponsorami o ufundowanie biletu lotniczego dla zwycięzców. Chciałabym, aby mogli wziąć udział w podobnych zawodach organizowanych w Japonii.

Skąd czerpiesz energię?

Nie wiem, sama się zastanawiam. Sporo też leniuchuję, dziś spałam do 11.00. Wczoraj czytałam do późna w nocy.

 

 



Co czułaś, gdy dzieci z Harklowej zaśpiewały po japońsku piosenkę, której ich sama nauczyłaś?

Miałam łzy w oczach! Ale dla mnie znacznie ważniejsze jest włożyć im do głowy, co jest ich ojczyzną. Dlatego pytałam je – Które miejsce jest najważniejsze w Polsce? Większość dzieci mówiła – Warszawa, inne – Kraków, Lublin, Poznań. A ja ich przekonywałam – Nie! Harklowa jest dla was najważniejszym miejscem. To wasza ojcowizna!

Co Ci się najbardziej u nas podoba?

Przeciętny Polak posiada wiele umiejętności i sporą wiedzę o świecie. Bardzo to szanuję. W Japonii większość ludzi nie potrafi wbić gwoździa w ścianę. Mimo że miejscowi są trudni w pierwszych kontaktach, to po przełamaniu lodów okazują się bardzo sympatyczni, prostolinijni i otwarci. W Japonii człowiek jest sztuczny, zamknięty, ciągle rozważa, co wypada zrobić, udaje. Ja też jestem otwarta, ale w Japonii traktują mnie trochę jak wariatkę (śmiech).

Wariatkę? Akiko po japońsku znaczy błyskotliwe dziecko.

Całe życie byłam wariatką, tak mnie postrzegano. Większość moich decyzji, pomysł przyjazdu i osiedlenia się w Polsce – to wszystko dla mojej mamy i rodaków było czystym wariactwem. W moim kraju ciągle szłam pod prąd i to musiało się nie podobać.

Najbardziej w Polsce drażni Cię…?

Wiem, że macie bardzo tragiczną historię i często się na nią powołujecie. Niedobre jest to, że w przeszłości upatrujecie źródeł swoich teraźniejszych niepowodzeń. Narzekacie na 50 lat komunizmu i twierdzicie, że nie da się nic zrobić. Było to było, a teraz trzeba budować. Niestety, na razie nic takiego się nie dzieje. Widzę za to, jak ludzie, szczególnie młodzi, uciekają za granicę. To bardzo źle!

A co Cię ubawiło?

Most w Rabce – budują go od 10 lat, a przy tym tyle się o nim mówi i pisze. W końcu jako tako jest zrobiony i oddany do użytku. Najbardziej bawi mnie u Was przyzwolenie na tymczasową prowizorkę, na „jako tako”. I mówię to z pozytywną przekorą. Macie zdolność radzenia sobie w kłopotliwych sytuacjach, wiązania trudnych spraw metodami, które w świecie zachodnim mogłyby wywoływać poważne wątpliwości bądź ironiczny uśmiech.

Twoje marzenia?

Myślę o pszczołach, a także o uprawie lnu. Życia mi na to nie wystarczy. Nie mam marzeń jako takich, o czym pomyślę, to zaraz realizuję.

Akiko Miwa

Urodziła się w 1944 r. w Kumamoto, na zachodzie wyspy Kiusiu. Przez lata mieszkała w dzielnicy Ariake miasta zwanego dziś Azumino, w prefekturze Nagano na wyspie Honsiu. Studiowała wychowanie przedszkolne, zdobyła dyplom uprawniający do prowadzenia żłobka. Teraz promuje Polskę w swoim ojczystym kraju i jest animatorką wielu imprez przybliżających góralom japońską kulturę. Zorganizowała m.in. Święto Kwitnącej Wiśni, podczas którego przedstawiciele gminy wzięli udział w ceremonii parzenia herbaty, będącej najważniejszym elementem japońskiej gościnności. Pracuje nad wprowadzeniem w gospodarstwach domowych na Podhalu nowych technologii, które sprawdziły się w Japonii. Próbuje przekonać m.in. do utylizacji śmieci i stosowania naturalnych opakowań, które zastąpiłyby reklamówki. Chce hodować krowy na japońską modłę, czyli z masażem, piwem i muzyką w oborze. Myśli o wypromowaniu produktu ekologicznego z marką Harklowa.

W wolnych chwilach gra na organach Hammonda muzykę Bacha i polskich kompozytorów renesansowych. Zaczytuje się w książkach Hermanna Hessego, we Wróżkach kwiatowych Cecily Mary Barker, uwielbia rolę Anthony’ego Hopkinsa w Okruchach dnia. Kocha zwierzęta.

 

Tekst: Marek Tomalik, www.australia-przygoda.com