Przypadkowy spektakl światła w Hagia Sophia, wizyta w tajemniczej Cysternie Bazyliki i uderzająca intensywność soku z granatów. Ze Stambułu wracam rozmarzona! Do tego z gwarancją na spełnienie kolejnych marzeń.

Stambuł słynie z przeszczepów włosów. Przyjeżdżają tu Arabowie z całego świata spełnić marzenie o bujnej fryzurze. Ja składam krótką wizytę, by przekonać się dlaczego wszyscy znajomi, którzy tu byli, opowiadają o mieście z błyskiem w oku.

 

Bosfor i zaczarowana dorożka

Zanim wylądowałam w Stambule, dopytywałam Erdema, znajomego Turka, jak mógłby opisać to miasto, najlepiej jednym słowem. Bez wahania odpowiedział przymiotnikiem - „magiczne”. Miałam się o tym przekonać jeszcze tego wieczora.

Pierwsze spotkanie z miastem nie zwiastowało obiecanych czarów – po wyjściu z lotniska powitał mnie ciąg takich samych, pomarańczowych taksówek. Instagramowe ujęcie! Wszystko wydawało się wielkomiejskie, bardzo nowoczesne, jakby nowojorskie, podczas gdy ja - po obietnicy Erdema - spodziewałam się raczej zaczarowanych dorożek.

W końcu jedna z tych (nie)zaczarowanych taksówek zabrała mnie nad cieśninę Bosfor w okolice Ortaköy. Było już ciemno, błyszczały tylko światła latarni i neonów, co - ze względu na ukształtowanie terenu  - sprawiało wrażenie, jakby wszystko pokrywał różnokolorowy brokat. Bez odrobiny znudzenia gapiłam się na podświetlony Most Bosforski, meczet Ortaköy, pobliskie knajpki i ich bliźniaki odbijające się w wodzie.

Mogłabym tak stać kilka godzin, bo to przyjemny dla oka spektakl, do tego hipnotyzowała mnie myśl, że  jestem  w miejscu, w którym Europa łączy się z Azją. Dopiłam raki (jej cierpki smak raczej sprowadzał mnie na ziemię) i poszłam spać - w przeciwieństwie do Stambułu, w którym życie nocne kwitnie do naprawdę późnych godzin.

Gdy się obudziłam, czar nie prysnął. W dziennym świetle miasto dwóch kontynentów wygląda równie zjawiskowo, zwłaszcza podczas rejsu po Bosforze. Wody Morza Czarnego i Morza Marmara mieszają się tu w całkiem przejrzystą, błękitną miksturę. Nad głową unoszą się mewy – nieodłączny element każdego kadru. Przez lewe okno spoglądam na Europę, przez prawe na  Azję. Nie wierzę własnym oczom – wszędzie wieże! Po prostu gdzie nie spojrzę, wyrastają minarety. Ten nieprawdopodobny widok uwiarygadniają dopiero statystyki - w Stambule jest 3,5 tysiąca meczetów. Statek mija pałace: najpierw Topkapı, potem Dolmabahçe, Çırağan, w którym mieści się słynny Hotel Kempinski, pałac Beylerbeyı… Popijam te widoki mocną turecką kawą i wróżę sobie z jej piętrowych fusów.

 

Granat i Grand Bazar

Już na lądzie. Stoję przed wejściem do Grand Bazaru  w świetle południowego słońca. Popijam sok z granatów i pomarańczy, zastanawiając się nad intensywnością jego smaku i urodą chwili. Z tej sielanki wyrywa mnie głos policjanta. Nie do mnie mówi, ale do znajomego, który fotografował okolice, a że przed bazarem stał opancerzony wóz policyjny jest spora szansa, że pojazd znalazł się w kadrze. Policjant wskazuje na telefon i każe usunąć zdjęcia. Nie ma dyskusji. Spotkanie wyostrza moją czujność i zmysły, które za chwilę zostaną wystawione na prawdziwą próbę. Wielki Bazar to ponad 60 uliczek z prawie 4 tys. stoisk pełnych baklaw, przypraw, piramid daktyli, bogato zdobionych naczyń i  lamp rodem z Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy. Wszystko ułożone w zgrabne kompozycje. Fotograf ma tu ręce pełne roboty - dostrzegam ujęcie za ujęciem.

 

Hagia Sophia a sny o potędze

- To naprawdę TA Hagia Sophia? – dopytuję z lekkim rozczarowaniem, gdy oglądam ją z zewnątrz. Ogromna – to fakt, podniszczona i jakby poskładana z przypadkowych kawałków. Tu ktoś dokleił kopułę, ktoś dach, ktoś inny wieżę. Mam wrażenie, że patrzę na tort obudowany muffinkami. (Co za świętokradztwo, mówić tak o jednej z najważniejszych świątyń w dziejach kilku religii!).

Przy wejściu, w narteksie, wita mnie mozaika z końca IX wieku:  Leon całujący Chrystusa. Nieszczęśnik leży u stóp syna bożego i błaga, by ten w drodze wyjątku pozwolił mu poślubić drugą kobietę. Jest młodsza i piękniejsza od poprzedniej. A więc od wieków nic się nie zmieniło – myślę – a to dobry punkt wyjścia do zwiedzania 1500-letniej świątyni.

Już w środku zaczyna pojawiać się zachwyt. Wielkość wnętrza urzeczywistnia sny o potędze budowniczych tej świątyni (ufundował ją Justynian I Wielki w VI wieku, a w 1453 r. po zdobyciu Konstantynopola przez Turków zamieniono ją na meczet). Przeogromną przestrzeń wypełniają promienie światła, padające jak lasery na właściwe miejsca, jakby ktoś reżyserował ten świetlny spektakl. Pokryte złotem mozaiki łapią blask i jeszcze bardziej onieśmielają.

Tyle wieków historii patrzy na mnie, gdy stoję malutka po środku nawy! Z tego upływu czasu zdaję sobie sprawę, gdy przewodniczka zwraca uwagę na napisy na ścianie, nieczytelne wydrapanki przypominają gimnazjalne wygłupy w stylu „Sebastian, tu byłem”. Okazuje się, że zostawili je… Wikingowie. A więc nie Sebastian, a raczej Wilhelm albo inny Harald.