"Dziennie robiłyśmy do 50 km. Dzięki temu wyprawa ta była przyjemnością i dla mnie, i dla trzyletniej Jaśminy" - opowiada. Na pokonanie trasy Świnoujście–Hel, będącej częścią międzynarodowego szlaku rowerowego wokół Bałtyku R10, potrzebowały dwóch tygodni.

Nie mam wątpliwości, kto zaszczepił mi bakcyla rowerowego. Był to dziadek Władysław Kołodziej, który pod koniec lat 20. sprawił sobie jako pierwszy we wsi bicykl. To był model czeskiej „balonówki”, na której pokonywał 85 km z Dobrej k/Limanowej do Wadowic, żeby zobaczyć się z siostrą.

Po latach okazało się, że potrzeba pedałowania jest u wnuczki równie silna. Po urodzeniu dziecka pomyślałam więc, że tę pasję trzeba pchnąć dalej! Dlatego gdy moja córka skończyła trzy lata, wyruszyłyśmy na pierwszą prawdziwą wyprawę rowerową.

 
Nadbałtycka trasa rowerowa

Na pokonanie trasy Świnoujście– Hel, biegnącej przez ok. 550 km częścią międzynarodowego szlaku rowerowego wokół Bałtyku R10 (Nadmorski Szlak Hanzeatycki), wyznaczam dwa tygodnie i dzienny limit 45–50 km.

 

Świnoujście → Międzyzdroje → Dziwnówek → Trzęsacz  → Rewal → Skalno → Rogowo → Kołobrzeg → Sianożęty → Ustronie Morskie → Chłopy → Mielno → Łazy → Dąbki → Osieki →  Rzepkowo → Darłówek → Palczewice → Łącko → Pęplino → Rowy → Kluki → Dębki → Karwia → Władysławowo → Jastarnia → Hel

 

Trzy miesiące przed wyjazdem biegam nawet sześć dni w tygodniu po 10 km. Przechodzę też szybki kurs zmiany dętki i pierwszej pomocy. Równolegle córka Jaśmina chodzi w kasku po domu i udaje, że pompuje rower.

 

Wyzwanie

Na początku wyprawy rzucam Jaśminie wyzwanie: „Wdrapiemy się na wszystkie latarnie morskie na trasie”. Nie wiedząc, co to dla niej oznacza, Jaśmina z chęcią się zgadza. Dowiadujemy się, że o Turystyczną Odznakę Miłośnika Latarń Morskich „BLIZA” może starać się każdy powyżej czwartego roku życia. Trzeba tylko zebrać w specjalnym paszporcie, dostępnym w wybranych latarniach, odpowiednią ilość stempli potwierdzających pobyt w blizach, jak nazywa się te morskie budowle.

Skonsternowana mina Jaśminy zadzierającej głowę, żeby zobaczyć szczyt najwyższej polskiej latarni, jest bezcenna. Za nic w świecie nie zamierza tam wejść. Cierpliwie opowiadam jej o pracy latarników – „strażników światła”, o statkach rozbijających się o brzeg w dawnych czasach, wrakach leżących na dnach mórz i oceanów. „Taki latarnik musiał kilka razy dziennie pokonywać 308 schodów, żeby wdrapać się na górę. A my mamy zrobić to tylko raz…” – próbuję ją przekonać. Jednak dopiero argument o tym, że pochwali się certyfikatem koleżankom w przedszkolu, sprawia, że mała staje na palcach przed panią sprzedającą bilety, udając, że jest trochę starsza. Tę zabawę będzie musiała ciągnąć do końca, bo przepisy są przepisami.

 
Błoto i chmary komarów

Fatalna kombinacja. Po doskonałej sieci tras rowerowych na wyspie Uznam, leśny odcinek R10 biegnący do Międzyzdrojów zaskakuje. Nie jest już wcale przyjemnie. Chwilami pcham rower przez błoto, walcząc jednocześnie z chmarą krwiopijców.

Jaśmina nie próżnuje w foteliku – z zacięciem odpędza intruzy: „Przegonię te komary z całego lasu!” – a krzywi się przy tym tak, że w całej grozie sytuacji powstrzymuję z trudem śmiech. Na osłodę zrywam jej prosto z krzaka garść borówek i razem na bojową nutę intonujemy piosenkę o czarnych jagódkach. Mijamy odcinek drogi porośnięty bujnymi paprociami. Mała komentuje: „Wygląda tu jak w lesie deszczowym…”. I ma rację!

 
Cywilizacja kontra natura

Dobrze jest czasami zasmakować cywilizacji, ale tylko na chwilę. Największe bowiem cuda w podróży zdarzają się w wioskach, na poboczach dróg, na dzikich plażach.

Dlatego w Międzyzdrojach na Alei Gwiazd przybijamy piątkę ze sławami polskiego filmu i czym prędzej umykamy z tego jarmarcznego rozgardiaszu. Dużo ciekawiej jest w Wolińskim Parku Narodowym, w pokazowej zagrodzie żubrów. Są też sarny, dziki i orzeł bielik.

Albo dalej: w drodze do Dziwnówka. Mijamy małe wioski, łany zboża, debatujemy o maszynach rolniczych, kombajnach i o tym, jak się robi chleb.

Żwawym krokiem wchodzimy na latarnię w Niechorzu. Tym razem do wejścia na wieżę motywuje Jaśminę to, że jej ukochany miś zobaczy z góry wesołe miasteczko. W nagrodę zabieram ją na przejażdżkę diabelskim młynem.

 

Pogoda (ducha)

Chwilę później niebo wygląda tak, jakby miało eksplodować deszczem, a do kolejnego noclegu w Rogowie mamy jeszcze 28 km. W Skalnie za Pogorzelicą widać w oddali błyskawice. Chwilę potem zaczyna lać. Z jednej strony niebo z furią ciska piorunami, z drugiej – nad jeziorem Liwia Łuża zachodzi słońce. Po godzinie, gdy deszcz pada już tylko nieznacznie, wychodzimy z pustostanu, w którym się schroniłyśmy, zakładamy kurtki, kalosze i pokonujemy ok. 22 km.

Do Rogowa trafiamy późnym wieczorem po przejechaniu w tym dniu 56 km. W takich chwilach nic tak nie cieszy jak łóżko! Następnego dnia dowiaduję się, że w Rogowie wieje mocniej niż na Helu. Oprócz pięknej plaży jest też jezioro Resko Przymorskie, przy którym przed wojną funkcjonowało lotnisko dla wodnopłatów. Stacjonowała tu niemiecka jednostka przeciwlotnicza, a od lat 50. prawie do końca 90. jednostka Wojska Polskiego.

Nadmorski Ekopark Wschodni położony na szlaku Bike the Baltic między Kołobrzegiem a Sianożętami wskakuje na nasz wyprawowy numer jeden. Po jednej stronie plaża, po drugiej – rezerwat dzikiego ptactwa z malowniczymi bagnami i liliami wodnymi. Można tu spotkać gęgawy, żurawie, perkozy i nieme łabędzie. Sceniczny bałtycki szlak rowerowy prowadzi nas aż do Ustronia Morskiego. Nie ma chyba większej przyjemności niż jazda z wiatrem we włosach tuż przy plaży!

Gąski uwiodły nie tylko mnie. Jaśminę również – z wieży latarni morskiej wypatrujemy bajkowej Balbinki. Jednak córa zauważa coś jeszcze. „Mamo, patrz na to wielkie gniazdo!”. Atrakcją są dla Małej boćki. W drodze zadzieramy więc głowy i obserwujemy bocianią rodzinę krzątającą się w gnieździe. Emocji jest co niemiara, bo młody bociek dopiero co uczy się latać pod okiem rodziców. Trzy razy nie trafia do gniazda, znosi go wiatr, rodzice widać zdenerwowani. Jaśmina wstrzymuje oddech. „Jest, udało mu się! Brawo!” – w końcu woła z radością, gdy za czwartym razem triumfalnie ląduje w „domu”.

 

Cud miód

Nie mam wątpliwości, że żyję, gdy sunę R10 z wiatrem w plecy! Są na trasie momenty, gdy z górki rozwijam niepokojącą prędkość. Mijamy małe wioseczki – Korlino, Królewo, Zaleskie – i zbaczamy z R10 do wsi Krzemienica, do Pasieki Wędrowna Barć. Grażyna i Leszek Onisiewiczowie pszczelarstwem zajmują się od 1996 r. i robią to po mistrzowsku. Każdy zakątek ich tradycyjnej zagrody chłopskiej z I połowy XX w. tętni życiem.

Jaśmina poznaje mnóstwo pszczelich ciekawostek – od stroju pszczelarza, przez pasiekę, wyroby z wosku pszczelego, aż po postać św. Ambrożego – patrona pszczelarzy. W szklanym ulu obserwacyjnym przyglądamy się pszczelej rodzinie. Na wsi jest tak błogo, że pedałuję jeszcze do pobliskiego Swołowa. A konkretnie do muzealnej Zagrody Albrechta – typowej czworobocznej chaty zamożnego chłopa, jakie występowały na Pomorzu w XIX i XX w. Ku uciesze Jaśminy przemykają tu stada gęsi, kozy, konie, krowy. I dzieci.

 

"Koniec z rowerami"

Wreszcie kosztujemy słynnych Lodów Usteckich i ruszamy do Rowów położonych w bramie Słowińskiego Parku Narodowego. Od tego momentu jazda idzie mi jak po grudzie. Podczas wspinaczki na świętą górę Kaszubów – Rowokół (114,8 m n.p.m.) – Jaśmina, przyglądając się z bliska żuczkowi, pyta: „A mieszkają tu czarownice i leśne skrzaty?”. Jeśli tak, to na pewno one spłatały nam figla za Klukami.

Grzęznę w bagnie po kostki, a wraz ze mną zapada się rower z Jaśminą. Błoto okleja koła i wciska się w błotniki. Przepchnięcie roweru choć o kilka metrów graniczy z cudem. Upaprana błotem i spocona pokonuję w końcu ten najbardziej uciążliwy odcinek trasy w rekordowym czasie: cztery kilometry w 1,5 godziny! Trudno uwierzyć, że to europejskiej klasy R10.

Jak zwierzęta z potrzasku wydostajemy się na wolność. Po kolejnych dziesięciu kilometrach drogi do Łeby znów zostajemy „schwytane” przez piach, ulewę i komary.

Humor nam się poprawia na widok lasów w Osetniku, które przypominają tasmańską dżunglę. I myśl o pstrągach, które przyrządzają dla nas przyjaciele w Dębkach. Droga do Helu to czysta przyjemność!

Na miejscu Jaśmina pyta: „Czy to znaczy, że już koniec z rowerem?”. „Kochanie, ta przygoda dobiegła końca, ale przed nami jeszcze wiele innych” – odpowiadam. I już zaczynam planować.

 

Warto wiedzieć

■ Warto mieć przy kierownicy torbę na podręczne rzeczy, takie jak: repelent, żel łagodzący ukąszenia, krem z filtrem, mapa z trasą rowerową/GPS, scyzoryk, latarka czołówka, chusteczki nawilżające, żel antybakteryjny, minilornetka, taśma klejąca.

■ Wybierz odpowiedni fotelik, koniecznie z możliwością regulacji odchylenia. Ułatwia to dziecku drzemkę. Patent, gdy dziecko zasypia podczas jazdy: prócz rogala dmuchanego można też taśmą przykleić kask dziecka do fotelika – unikniemy opadania główki w różne strony.

■ Noclegów najlepiej szukać w ośrodkach wypoczynkowych lub gospodarstwach agroturystycznych. Poranna zabawa z rówieśnikami pozytywnie naładuje dziecku akumulatory na cały dzień.

Monika Okrza-Strzelecka

_______________________________

Trwa 10. edycja konkursu TRAVELERY. To najbardziej prestiżowe nagrody podróżnicze w Polsce!
Poznaj nominowanych, zagłosuj na wybraną "Podróż roku" i wygraj nagrody - mamy dla Was m.in. bilety lotnicze.